czwartek, 24 stycznia 2013

TRZECIA AFRYKA


[To nie jest tekst na Twitterze, może się okazać, że będzie liczył ponad 10 tysięcy znaków. Najlepiej usiąść sobie wygodnie, powiększyć czcionkę, puścić muzykę.]

                                        - Pamięci Dósiołka, umierającego gdy w mojej głowie rodziło się to wspomnienie.

Dziś po południu, właściwie nocą, Afryka zagra w Toruniu po raz 23. Podśpiewując nieco zmieniony KATHARSIS: Nie będzie mnie tam i nic nie zobaczę, nie będzie mnie tam… Ale robię co mogę – cofam czas o dwie dekady, do trzeciej Afryki. Posłuchajcie.

Pierwsza Afryka – choć wtedy przy nazwie nikt jeszcze nie stawiał liczebnika – to była totalna partyzantka. Miały być 3-4 zespoły (pierwszy kontakt był  do białostockich REBELSÓW i kumpli w Brodnicy) a zrobił się całonocny koncert. Niektóre zespoły, jak bluesowo-rockowa ZOŚKA PKP w ogóle nie wiadomo skąd się wzięły. Albo taki MORRIS GENERATIV… Myśleliśmy, ze się rozkładają na scenie, podpinają instrumenty, stroją – tymczasem zeszli po dwudziestu minutach i okazało się, że to był koncert. Próbkę możecie zobaczyć na JUTUBIE.

[pierwsza dygresja NA MARGINESIE. Z ZOŚKĄ było tak: w dniu koncertu, jeszcze przed świtem, odbierałem z dworca REBELSÓW, których miał ugościć mój kumpel z roku. Trochę się zdziwił, bo nie przewidział, że każdy muzyk, choćby grał na marakasie, przyjedzie jeszcze z dziewczyną – taka jest rzeczywistość rozbudowanych instrumentalnie reggaeowych bandów. Ale OK., przyjął całą, kilkunastoosobową ekipę w swoim mieszkaniu, wychodzę. Na przystanku niedaleko OD NOWY patrzę – stoi jakaś grupa, ze czterech chłopaków, z gitarami. Szósta rano, ledwie świta. Coś mnie tknęło, więc spytałem, czy na jakiś koncert przyjechali – a nie były to czasy, kiedy w Toruniu jednego dnia mogło się odbyć kilka koncertów. Oni że tak. – Może na Afrykę? – No, jakoś tak. Usłyszeli o koncercie – to fakt, wprawdzie pocztą pantoflową, ale wieść o koncercie rozchodziła się szeroko – więc wzięli gitary i postanowili przyjechać. Zagrali, ich występ zachował się na taśmie do dziś. A słyszał ktoś kiedyś o ZOŚCE PKP?]


Druga Afryka była testem, potwierdzeniem naszego zapału i zdolności organizacyjnych. Chyba się udała, skoro rzecz chcieliśmy kontynuować.

Natomiast trzecia była przełomowa. Wytyczyła kierunek, w którym impreza będzie się rozwijać przez kilka następnych lat (do 1998 roku). Chociaż korzenie tych zmian tkwiły jeszcze w drugiej edycji koncertu.

Po pierwsze – zmieniliśmy profil muzyczny. Wcześniej, trochę na wzór Muzycznego Campingu w Brodnicy, próbowaliśmy ożenić reggae z bluesem. W bluesowej TORTILLI FLAT grał też szef OD NOWY – Maurycy – co nie było bez znaczenia (wystąpili w 1992). Jednak ten mariaż nie był zbyt szczęśliwy. Na koniec drugiej Afryki na scenie pojawiły się nasze toruńskie punki – Misza i jego CABALLERO DE LA TRISTE FIGURA. Trochę nam się oberwało w różnych zinach – na przykład od Pielgrzyma w „I’n’I” chyba – za to mieszanie gatunków. Ale droga na przyszłość była już znana – od następnej edycji Africa is Hungry funkcjonowała jaka reggae-czad party. I to był strzał w dziesiątkę.

Druga zmiana – to też ciekawa historia. Znowu trzeba się cofnąć o rok. Przez cały dzień pod OD NOWĘ, pojedynczo lub małymi grupkami przyjeżdżali ludzie, żeby kupić bilety, przyjść na koncert. Gdy tylko pojawiali się obok klubu, lub wyszli z autobusu – natychmiast zza winkla wyłaniała się duża grupa skinheadów i… grzecznie rozdawała ulotki. Nie zachowała mi się, niestety, ale była w klimacie, że my tu pomagamy głodującej Afryce, a przecież nasi bracia Słowianie, w Polsce i na Litwie (tu akurat z tymi Słowianami nie trafili:), też nie mają co do garnka włożyć. Wzruszyliśmy się i postanowiliśmy lecieć do sklepu po drugiej stronie ulicy po karton z bułkami dla głodujących skinów. Ale potem, już na spokojnie, przemyśleliśmy kwestię i część dochodu, we współpracy z PCK,  przekazywaliśmy na dofinansowanie szkolnych obiadów dla najuboższych dzieci z Torunia. Odtąd tak już było każdego roku, a logo PCK pojawiło się na plakatach..
Do dzisiaj jest to dla mnie najbardziej pożyteczna akcja, o której słyszałem, zrobiona przez toruńskich skinheadów. Śmialiśmy się wówczas, że chyba jakiegoś studenta mają w swoich szeregach, bo ulotka była dość zgrabnie zredagowana.

Wreszcie nadszedł 9 stycznia. Obsuwa pewnie była tradycyjna, tak koło godziny, ale przecież przed nami była długa, styczniowa noc. Jako pierwszy na scenie pojawili się kumple – toruński h/c HOODED MAN. Czekali w gotowości, kiedy jeszcze zapowiadałem, kto zagra tego wieczoru.

Gobbo – konferansjer. Dawno tego nie robiłem:) Ale niedługo będę mógł sobie przypomnieć, choć w zgoła innych okolicznościach – podczas inscenizacji związanej z obchodami rocznicy Powstania Styczniowego (zapraszam – Sosnowiec, 9 lutego, plac przed dworcem kolejowym, który przed stu pięćdziesięciu laty szturmowali nasi kosynierzy). Może się chłopaki obrażą i więcej mnie na Afrykę już nie wpuszczą, ale powiem to: irytuje mnie to skandowanie ze sceny: A!-fryka, A!-fryka, A!-fryka… (fot. Pele)

Generalnie zagrało wówczas sporo toruńskich zespołów – jeszcze T.C.R, UP & UP i TRANSFORMERS. Ale „gwiazdą”, na którą wszyscy czekali, był IZRAEL. Pamiętam, jak cały czas ludzie podchodzili i pytali, czy to na pewno nie ściema z naszej strony, z tym IZRAELEM. Tym bardziej, że na plakacie napisani byli tak jakoś poniżej innych zespołów.


Godzina 20 – IZRAELA nie ma, godzina 22 – IZRAELA nie ma, godzina 24 – IZRAELA nie ma… Nie pamiętam już, o której przyjechali, ale chyba dobrze po północy. Może coś pokręciłem w swojej pamięci, ale zdaje się, że oni jeszcze w sobotę po południu byli na czyimś ślubie w Poznaniu, i przyjechali do nas prosto stamtąd – może ktoś to zweryfikuje? Wyszli na scenę jako ostatni, gdzieś tak koło drugiej w nocy. Dawali ognia bite dwie godziny.

To były złote lata Afryki. Takie na przykład zdjęcie:

  ALIANS na czwartej Afryce. (fot. Pele)

Nie widać, gdzie kończy się scena a zaczyna widownia. Żadnych barierek i pilnujących je ochroniarzy – kto bywa w OD NOWIE teraz, może to docenić. Tłumy ludzi, że nie można się było do baru przecisnąć. Muzyczny maraton czasami trwał ponad dziesięć godzin – ludzie się bawili, potem trochę kimnęli, znowu się bawili. Do domów wracaliśmy porannymi autobusami. Pamiętne są te koncerty przed świtem – o IZRAELU wspomniałem wyżej. Innym razem imprezę i emocje wyciszały WSZYSTKIE WSCHODY SŁOŃCA. Albo brodnicki REBELION: Kto spędzi z powiek sen? Igor, wokalista z YO, chodzący po scenie z gwizdkiem i wołający: Toruń – śpicie? Afryka jest głodna, a wy śpicie? Dzisiejsza, dwudniowa formuła festiwalu, przy wszystkich swoich zaletach, już nie oddaje tamtego klimatu.

[druga dygresja NA MARGINESIE. Igora spotkałem z górą dwa lata temu w Pradze. Idziemy sobie z dziećmi starą uliczką, między rynkiem a Mostem Karola, aż tu nagle słyszę: - Gobbo? Szok, tyle lat… Postaliśmy chwilę, powspominaliśmy – jest nadzieja, że i inni kiedyś się odnajdą.]

A, racja, jest jeszcze trzecia nowość, która pojawiła się w 1993 roku – trójkolorowy biuletyn koncertowy. Pisałem już o nich TUTAJ, a tutaj można ściągnąć PIERWSZY NUMER, ten z trzeciej Afryki.


Podczytuję fragmenty… Jakby nie patrzeć – to są w sumie moje pierwsze publikowane artykuły… No, może poza ARMAGEDONEM.

*     *     *

A teraz – coś z tamtych czasów. Zapis chwil ulotny, autentyczny świadek wydarzeń, bez filtra później nastałych lat i wspomnień. Przepisuję jak leci,  niczego nie zmieniam, trochę tylko skracam.

[1993]
8 styczeń
Okazuje się, że SYJON nie dojedzie. Tak to już jest, człowiek stara się coś robić, a tu wszystko się wali. Już sobie pomyślałem, że jeśli IZRAEL też nie przyjedzie, to ja się chyba zamknę u siebie w domu i nigdzie nie będę się ruszał. Ale jednak dzwoniliśmy dzisiaj do Warszawy i IZRAEL będzie. Uff – chociaż to. Ciekawe, jak się to wszystko skończy.

Dzisiaj już poszliśmy do OD NOWY, żeby zrobić niektóre rzeczy. Tam jest taka wielka ściana z wystającymi bolcami i fajnie mi się po tym wspinało. Pobawiłem się trochę w takiego wspinacza skałkowego. Jutro z samego rana idziemy rozstawiać sprzęt i dekoracje. Będzie między innymi taki duży lew i Afryka z Murzynkiem.

Chociaż na ścianie OD NOWY pojawił się wówczas po raz pierwszy, ten kontur kontynentu towarzyszył nam od zarania. Widoczne na zdjęciu dekoracje – lew i  Afryka – były z nami przez kilka najbliższych lat, napis zużył się nieco wcześniej. (Ten kolorowy obrazek w środku chyba był z nami od początku, ale obok niego wcześniej znajdowały się dwie wielkie trójkolorowe flagi złożone z dużych arkuszy papieru. Patent ten sam co u mnie w pokoju na ścianie.) Czasami coś dochodziło, ale te elementy były zawsze. Autorką części z nich – a może wszystkich? – była Olga. Na scenie - TRANSFORMERS. (fot. Pele) 

A wczoraj też byłem na koncercie – to było otwarcie Starego Browaru. Kiedyś tam była taka muzyczna knajpka, ale ją zlikwidowali (podobno za handel narkotykami) i nie zdążyłem załapać się na żaden koncert. Dopiero teraz – przebudowali ją i znowu otworzyli. Bilety tam są zawsze tanie (10 tys.) ale za to piwo drogie. Było w sumie sporo kapel, ja osobiście czekałem na TRANSFORMERS, którzy grali jako szóści. Po nich jeszcze jakiś Atrakcyjny Kazimierz, ale już poszedłem do domu. Akurat mi się udało, bo był autobus nocny.

Ci TRANSFORMERS są super. Ta kapela mogłaby spokojnie wypłynąć na szersze wody. Grają takie szybkie, ostre reggae, ska i 50 innych rzeczy.

Dziś pewnie u mnie będzie mała imprezka. No bo tak – przyjeżdża Dominik, mam nadzieję że nie sam i z bębnami. Do tego przyjdą jeszcze tacy dwaj hipisi, którzy zwalili się do Gosi i zamierzają zostać do wtorku. Ona jest zdeczko załamana, a ja jej zawsze mówiłem, żeby się zbytnio z hipisami nie skumała, i rzeczywiście. No cóż.

Zaczynam już nieźle czuć tę przedkoncertową atmosferę. Szczególnie dziś, gdy byłem w OD NOWIE. Trochę się w sumie zdziwiłem, bo cały klub został w środku przemalowany. Teraz jest fajnie, kolorowo. I jak się schodzi w dół po schodach do Sali, to tak, jakby się szło przez jakiś tunel, zrobiony z papieru. To wszystko z okazji karnawału. W ogóle w środku jakieś materiały, balony itp. Wszystko to zostawiliśmy, tylko podwyższyliśmy nieco do góry, żeby się podczas koncertu nie rozwaliło. Bo byłby niezły numer, jak by cała dekoracja spadła ludziom na głowę.

Tu dobrze widać tę karnawałową dekorację. A i ludzie bawili się, jak na karnawał przystało. (fot. Pele)

Nawet w gazetach w tym roku więcej napisali niż poprzednio. Mam dwa wycinki – z „Nowości” i „Gazety Wyborczej”. Miało być jeszcze w paru gazetach, ale nie wiem, bo nie kupuję, ani nikt ze znajomych. Oczywiście nie obyło się bez błędów, np. SELELEINKATHA i THE HABAKUK, ale cóż, już się przyzwyczaiłem.


Oho! – ktoś idzie. Zadzwonił domofon!

DOMINIK!

10 styczeń – godz. 5.40
Jestem potwornie zmęczony. Ale jakże szczęśliwy! Udało się! Napiszę o wszystkim jak się wyśpię, bo teraz właśnie wróciłem i nie jestem w stanie.

No, doszedłem tak w miarę do siebie. Spałem do południa i jeszcze trochę leżałem. Teraz niedługo będzie trzecia, a ja muszę się jeszcze na jutro na kolokwium przygotować.
Było CZADOWO – i dosłownie i w przenośni. Bo takie kołyszące reggae to było chyba jedynie w wykonaniu REBELSÓW, i po trochu VISION, CHEROKEE i HABAKUK. Reszta to ska, folk-punk, funky, hard core itd. Tak, że ludzie spod znaku „I’n’I” mogą mieć pewien niedosyt, ale to są tylko jednostki. Bo większości się podobało. To był nasz bez wątpienia najlepszy koncert, choć zgrzyty też były największe.

Już mi się przypomniało kim był ów Człowiek z Gór – to niejaki Wentyl. Wie ktoś może, co u niego słychać?

Do końca nie było w sumie wiadomo, czy IZRAEL przyjedzie, bo niby wszystko w porządku, a jednak próbowali się do nas rano dodzwonić i nie wiedzieliśmy, co jest grane. Na szczęście przyjechali. Bez Kiniorskiego, ale za to z Vivianą, Gruszką i Sam’o’hutem, który właśnie wrócił ze Stanów. Przyjechali już po północy, kiedy sporo ludzi ubyło. Myślałem, że będzie mało ludzi, bo sala zaczynała świecić pustkami, masę ludzi spało gdzieś po kątach, a jednak, kiedy zaczęli grać, to cała sala się zapełniła. Nawet przy barze prawie nikogo nie było. A koncert dali po prostu świetny. Choć Maleo był bez gitary, to był chyba najlepszy ich koncert jaki widziałem na żywo.

IZRAEL – Maleo bez gitary, Viviane i Sam’o’hut. (fot. Pele)

Jeszcze jedna kapela totalnie mnie zaskoczyła – SPUNKIES, taki niby folk. Ludzie przy tym zmiękli. Ta kapela jest świetna, trudno to opisać, ale kolesie są dosłownie nie do wygięcia.

SPUNKIES – świetne połączenie polskiej energii (ALIANS + ŚWIAT CZAROWNIC) z irlandzkimi klimatami a’la THE POGUES. (fot. Pele)

Muzycznie koncert był na całkiem niezłym poziomie. Tylko że, jak mówię, dla niektórych to było zbyt czadowe. Od 17 do 4 rano non stop. Ludzie byli już potwornie zmęczeni, bo cały czas się bawili, ale wielu jeszcze wytrwało do IZRAELA. W ogóle, publiczności było też dużo więcej niż do tej pory, ale na razie nie wiem jeszcze ilu. Tak samo nie wiem jeszcze, ile jest pieniędzy, ale sporo.

Od jednej dziewczyny dostałem 150 tysięcy (to od ludzi z jej miasta) i… złoty pierścionek. Powiedziała, żebyśmy go sprzedali i pieniądze przeznaczyli na Afrykę. Ależ się wzruszyłem. [trzecia dygresja NA MARGINESIE. Dzisiaj, w rzeczywistości opanowanej przez WOŚP, to nic nadzwyczajnego, ale trzeba pamiętać, że pierwsza owsiakowa Orkiestra zagrała dopiero tydzień czy dwa później.]

Było tez w sumie sporo zgrzytów. Najbardziej zadymiło się wtedy, gdy miał grać HABAKUK, a chłopaki poszli sobie na piwo. Szlag mnie trafiał. Potem też jeszcze było trochę problemów, bo jak zwykle wszystkie kapele chciały grać w miarę szybko, bo mieli pociągi, ale jakoś wszystko szczęśliwie się skończyło.

Po kolei było tak:

HOODED MAN – hard core z Torunia, nie warto raczej wspominać, nic ciekawego.

VISION – pierwszy ich koncert, i na dodatek nie dojechał basista. Ale bardzo pozytywnie mnie zaskoczyli. Też grali trochę czadu. I ciągnęli chłopaki jak mogli, bo ciągle czekaliśmy na HABAKUKA, ale jakoś się nie doczekaliśmy, więc zagrali:

TORUŃ CITY ROCKERS – niezły czad. Generalnie takiej muzyki nie słucham, ale oni mi się bardzo podobali, bo grali świetnie i… melodyjnie. Wykorzystywali sporo różnych znanych fragmentów muzycznych.

SPUNKIES – odjazd, po prostu odjazd. Ci goście na scenie zachowywali się nieziemsko, szczególnie skrzypek i basista. Ludzie pytali, skąd ich wytrzasnęlismy.

Skrzypek – ktoś mówił, że to człowiek z UNDER THE GUN, ale nie wiem tego na pewno. (fot. Pele)

A basista? Oczywiście Dósiołek (R.I.P.) – choć zawsze myślałem, że to Dusiołek. Ale to pewnie z zaczytania Leśmiana. Żył szybko, rokendrolowo - jak widać - nawet fotografer za nim nie nadążał. (fot. Pele)

Następnie w końcu THC HABAKUK. Ale ani ich, ani następnego hard corowego ALIANSU (ci sami ludzie co SPUNKIES) nie słyszałem. ALIANS podobno był super, ale wiem, że HABAKUK Sebkowi się nie podobał (zresztą jemu nic się prawie nie podobało). Będę musiał posłuchać tego z kaset. Ja w ogóle większość kapel słyszałem tylko trochę a bawiłem się może z minutę.

Chłopaki mniej lub bardziej związani z „I’n’I” – Dominik bawił się dobrze, Sebek trochę mniej… (fot. Pele)

UP & UP – znowu h/c z Torunia, nie lubię ich specjalnie (w ogóle  nie przepadam za h/c), ale zagrali na wejście całkiem niezłe reggae.

TRANSFORMERS – reggae, ska i inne rodem z Torunia. Moim zdaniem super, większości też się podobało. Jeden tylko Sebek był zdegustowany. Kto ma uszy do słuchania, niechaj SŁUCHA.

TRANSFORMERS – w sumie tak teraz patrzę, że na tym zdjęciu nie widać żadnej twarzy. Jacek w szkockim kilcie schował się akurat za mikrofonem a w bębny wali tyleż samozwańczo co w natchnieniu chyba Przemek – chłopaki mieli potem do nas trochę pretensji, że go nie ściągnęliśmy ze sceny.  (fot. Pele)

THE REBELS – jedyna kapela, która kołysała publiczność. Nie słyszałem ich za dużo, ale byli super. Po prostu Rebelsi, zawsze ich lubiłem.

CHEROKEE z Częstochowy. Tak raczej średnio. Wszyscy już chyba byli zmęczeni. Żeby wyrobić sobie własne zdanie, TRZEBA POSŁUCHAĆ.

AHIMSA – ostry h/c z Warszawy. Ale ci muzycy byli może nawet najsympatyczniejsi ze wszystkich. Muzyka nie dla mnie, ale ludzie wspaniali.

No i na koniec IZRAEL. Jedyna kapela, którą słyszałem w całości, no, może bez paru minut. Ale byłem już zbyt zmęczony, żeby się bawić.

Do tego przyjechała ABRAZJA (zupełnie niespodziewani) [jak niegdyś ZOŚKA PKP] ale już nie dało się z nimi nic zrobić. I miało być jeszcze coś takiego: dwóch Japończyków, Koichi i Hirochi (bas i perkusja), bębniarze z SELALAINKATHY i jeszcze jacyś ludzie, ale też ostatecznie nic z tego nie wyszło. Trochę szkoda, ale ten maraton i tak był już za bardzo męczący.

Nasi Japończycy, Koichi Yamamoto i Hirochi, choć nie wiem, który jest który. Gdyby wowczas jednak zagrali, jak planowaliśmy, to byłby pewnie pierwszy w Polsce występ japońskiej formacji reggae. W środku India, która ich przywiozła i której miłość do kraju kwitnącej wiśni, mimo trudnych doświadczeń, nie minęła do dziś (doktorat w Japonii, dziś wykładowca literatury japońskiej w Poznaniu). Za nią Pele – skoro go widać, znaczy że ktoś inny akurat trzymał aparat – pewnie ja albo Dziobol. Tego człowieka z tyłu twarz pamiętam, ale nazwisko? Może to ktoś z Selalainkathy? Jak ktoś wie – proszę o info. PS - dowiedziałem się właśnie, że Hiroshi mieszka w Krakowie i gra na fortepianie.

[czwarta dygresja NA MARGINESIE. Z tymi Japończykami to w ogóle mieliśmy różne wesołe historie. Posłuchajcie: oprowadzałem któregoś po Toruniu, nie wiem już którego. Wykorzystując całą moją ówczesną angielszczyznę pokazuję rękami i mówię: Old city. Beautifull city. This is old building… Idziemy na ruiny zamku krzyżackiego, wtedy jeszcze nie udostępniane turystom, trzeba było przełazić po murze. I nagle: O shit! Dog shit! Taki miałem wkład w propagowanie wiedzy o dziejach Torunia w świecie.
Albo: gość nazywał się KOICHI YAMAMOTO (warto wejść na jego STRONKĘ). No a nam się Yamamoto tylko z Pearl Harbor kojarzył. Więc rękami i ustami naśladowaliśmy dźwięk karabinów maszynowych z japońskich myśliwców. Tego Koichi pamiętam zresztą najlepiej. Podarował nam po jednej części swojego tryptyku (litografia) – dziś już nie wiem, co się z moim fragmentem stało, podobnie jak z dziobolowym. Tylko u Pelego widziałem jeszcze kiedyś na ścianie. Ja dopiero po latach zajarzyłem skąd się oni w ogóle wzięli, ci Japończycy, których do Torunia przywoziła India – w tym czasie w Krakowie powstawała MANGGHA i to byli artyści, którzy byli z tym projektem związani.
Albo taki Tadashi. Chłopak przeżył tsunami, trzęsienie ziemi i nie wiem co jeszcze, a jeziora nigdy w życiu nie widział. I łódki. Więc mu pokazaliśmy, i jeszcze daliśmy wiosło do potrzymania. Jak jechaliśmy PKS-em to wpatrywał się przez okno w mijane kury, kaczki i gęsi i wreszcie westchnął: - zupełnie jak u nas osiemdziesiąt lat temu…]

Ogólnie – mimo wszystkich nerwów, które straciłem, jestem zadowolony. A teraz już muszę się wziąć do studiowania. Jutro kolokwium, pierwsze na trzecim roku – z informacji naukowej.

Dowiedziałem się, że telewizja lokalna chce zrobić z nami wywiad. Ale telewizję olewamy i nie idziemy.

Krewni i znajomi królika, górny korytarz OD NOWY. Stoją od lewej: Pele, Daga, Dziobol R.I.P., Beata, ja, Ajka. Na samym dole rzutem na taśmę załapał się jeszcze Rafał, perkusista TRANSFORMERSÓW. Pozostałe osoby kojarzę, ale już nie pamiętam dokładnie.

2 komentarze: