niedziela, 4 grudnia 2011

ARCHITEKTURA ZAGŁĘBIA

News i fotka za sosnowiec.info.pl



Najnowsze wydawnictwo Miejskiej Biblioteki Publicznej im. Gustawa Daniłowskiego w Sosnowcu to zbiór tekstów powstałych w oparciu o referaty przedstawione podczas ubiegłorocznej Sesji Zagłębiowskiej poświęconej architekturze Zagłębia Dąbrowskiego.

Materiały opracowali prof. Marian Kisiel i dr Paweł Majerski.

Niedoceniane zabytki architektoniczne okolicznych miast, pamięć przeszłości zaklęta w budynkach, agresja nowoczesności widoczna w architekturze i urbanistyce Zagłębia - to tylko część zagadnień analizowanych przez autorów szkiców.

W skład publikacji weszły następujące teksty:

• Tomasz Taczewski: „Architektura społeczeństwa wiedzy – Muzeum Ziemi w dolinie Czarnej Przemszy”;
• Dariusz Rozmus: „O znaczeniu ołowiu w budownictwie. Kilka uwag w świetle ostatnich odkryć średniowiecznych hut srebra i ołowiu na terenie Zagłębia”;
• Damian Adamczak: „Drewniana architektura z Zagłębia Dąbrowskiego w skansenie chorzowskim”;
• Ewa Chmielewska: „Osiedla patronackie – czynnik pejzażu Sosnowca”;
• Włodzimierz Wójcik: „Moje wspomnienia o zagłębiowskich „domowych progach”, zagrodach i sanktuariach”;
• Jacek Owczarek: „O konserwacji zabytków w Zagłębiu Dąbrowskim”;
• Katarzyna Zawadzka, Ryszard Szymonowicz: „Dzieje konserwacji Pałacu Dietla w Sosnowcu”;
• Irena Kontny: „Kościoły miast zagłębiowskich do 1914 roku (Będzin, Czeladź, Dąbrowa Górnicza, Sosnowiec)”;
JAROSŁAW KRAJNIEWSKI: „ZAMKI NAD PRZEMSZĄ”;
• Anna Syska, Agnieszka Woźniakowska: „Osiedle robotnicze Czeladź-Piaski”.

wtorek, 11 października 2011

TAJEMNICA BĘDZIŃSKIEGO RABINA

Kiedy przed kilku już laty układałem pierwszą listę będzińskich rabinów, pierwsza piątka (nie licząc niemal legendarnego Natana Mitlasa /Majtlisa z XVI wieku) układała się następująco: Meir Orbach (wymieniony tylko w roku 1775), Tobiasz (1783), jego syn Dawid (1791), Menachem Nachum Rozynes (pocz. XIX wieku, na pewno był rabinem w latach 1808-1824, być może aż do śmierci w 1835) i następnie jego syn Herszel Rozynes (1836-1841). W wykazie tym brakuje – jak się zdaje – niejakiego Mosze Hamburgera, który urząd rabina pełnił między Dawidem Tobiaszowiczem a Menachemem Rozynesem. Nie do końca jasna jest też funkcja rabbiego Mosze, kierownika szkoły w roku 1765, być może także rabina. Nas w tej chwili interesuje jedynie krótko, bo zaledwie trzy lata urzędujący Herszel (Hirsz) Rozynes. W roku 1841 został usunięty z nie do końca ustalonych przyczyn. Według niejasnych informacji oskarżano go o jakieś nadużycia finansowe. Kilkanaście lat później o podobne nadużycia oskarżono jednego z kolejnych będzińskich rabinów – nie jest więc wykluczone, że na skutek niejasnych przyczyn odwołania Rozynesa połączono później te dwa fakty – kwestia chyba dzisiaj nie do rozwiązania. Jedyne dostępne mi źródło, Pinkas Bendin, mówi jedynie, że rabbi Hirsz był prześladowany przez „właścicieli domów” i został zmuszony do opuszczenia miasta. Jeszcze inna teoria głosi, że był informatorem carskiej policji i naraził się chasydom – i że to właśnie chasydzi usunęli go z urzędu (następny rabin Berek Hercygier był podobno związany z chasydyzmem).
Do wczoraj wydawało mi się, że to już wszystko, co da się powiedzieć na ten temat. A tymczasem…

W wydanym w roku 1932 Historycznym opisie kościołów, miast, zabytków i pamiątek w powiecie włoszczowskim ks. Jan Wiśniewski przytacza w całości pewien niedatowany list, jaki ksiądz Wincenty Olewiński, proboszcz parafii Nakło, napisał do ks. Ludwika Łętowskiego, biskupa tytularnego Joppy (czyli Jaffy), administratora diecezji kielecko-krakowskiej. Ksiądz Olewiński był proboszczem w Nakle w latach 1839-1868, list powstał nie wcześniej niż jesienią 1843 roku. Oto interesujące nas fragmenty:
Miłość prawdy i odwiecznego zbawienia jaka objawiła się w starozakonnym Abrahamie Hersz Rozynes byłym przed kilku laty rabinem w Będzinie, stała mi się powodem pisania obecnego do Jego Excelencji, aby jako wódz ludu Bożego I tkliwy Pasterz w owczarni Chrystusowej tę obłąkaną owcę swojem przewodnictwem do wiary i oświecenia Boskiego przywieść raczył I wprowadzenie tego błędnego wychodnia do miasta Bożego nowego Jeruzalem I do domu Boga Jakubowego ułatwić dobrotliwie zechciał. (…)
Z starozakonnym Abrahamem Hersz Rozynes miałem przed dwiema laty pierwszą rozmowę w Pilicy, gdzie tenże po złożeniu rabinowstwa w Będzinie dla mnogich swoich o sprzyjanie szczególnie wierze katolickiej prześladowań natenczas mieszkanie prowadzi. Trudno mi się było wstrzymać od chęci zaczepienia go w materji religji i uczyniłem mu pytanie co do czasu przyjścia Messyasza, za co poczytuję sobie proroctwo Daniela gdy nie wierzy jego przepowiedzeniu że siedemdziesiąt tygodni od wyzwolenia ich przodków z niewoli babilońskiej aż do przyjścia Messyasza już się od tak dawna wypełniły. Dalej przełożyłem mu czemu nie widzi prawdy że Messyasz przyjść musiał gdy już żadnych królów, książąt i wodzów w swoim wyłącznie narodzie nie macie co się zgadza z proroctwem Jakuba patryarchy. Przytoczyłem mu następnie i inne miejsca prorockie, mianowicie Izajasza jak tam obraz skreślony zgadza się z Chrystusem Panem. (…)
Opuściłem parę godzin potem wspomnianego Izraelitę i odjechałem do siebie, dawszy mu jednak upomnienie aby słowa usłyszane w sercu zachował a po obszerniejszą wiadomość rzeczy we względzie wiary w Messyasza do mnie się kiedy do Nakła zgłosił. Ubiegło jednak dwa lata zanim przybył i już sądziłem ze rozmowy nasze żadnego nie odniosą skutku, serce jednak jego pałało gdy mu otwarzałem Pisma. (…) Mocniej on od chwili onej był zajęty poszukiwaniem prawdy, aż nareszcie w początku czerwca b.r. zgłosił się do mnie i wyraził swój zamiar otwarcie przejść na łono katolickiej wiary. (…)
W ciągu tych kilku miesięcy, które od czerwca po dotąd upłynęły widziałem się w Pilicy dwa razy, przyczem nie opuściłem sposobności utwierdzenia mego Abrahama w powziętem przekonaniu. Na teraz ostatnio od kilku dni bawił on u mnie, przybywszy znowu do Nakła, czytał chętnie co mu poddałem, zawsze się okazywał stałym w swojej świętej dążności, a co większa, oświadczył mi z całą pewnością że żona, 7 jego synów i dwie córki śpieszą razem z nim do nawrócenia swego.
Problem z nawróceniem byłego będzińskiego rabina miał też jednak aspekt finansowy. Rozynes twierdził że ma jakiś majątek, który może odzyskać drogą procesów, ale generalnie, w przypadku konwersji, zostawał bez grosza przy duszy. Jako rabin pewnie nie na wielu praktycznych rzeczach znał się w sposób pozwalający na utrzymanie licznej rodziny – a tylko najstarszy syn był w stanie podjąć samodzielnie pracę. Istniał wprawdzie skromny fundusz, jaki Komisja Rządowa przeznaczała na tymczasowe utrzymanie neofitów, ale tu była duża, 11-osobowa rodzina. To był zresztą główny powód, dla którego nakielski pleban pisał do biskupa – poddając jego uwadze dalsze losy będzińskiego rabina.
Póki co nie wiem, jak dalej potoczyła się sprawa nawrócenia Hirsza Rozynesa. Będzińscy Żydzi chyba wycięli go ze swojej historii, niczym starożytni Egipcjanie znanego odstępcę faraona Echnatona. Zachowane do dziś w będzińskiej parafii św. Trójcy „akta stanu cywilnego” z lat 1808-1826 w ogóle o nim nie wspominają – a przecież gdzieś w tym właśnie czasie musiały mu się urodzić choćby niektóre z licznego potomstwa. Ojciec Hirsza, rabin Menachem, urodził się około roku 1766. Z dwa lata młodszą żoną Rywką miał przynajmniej piątkę dzieci (akta metrykalne wspominają tylko czwórkę, ale Hirsz urodził się prawdopodobni przed 1808 rokiem): Hirsza (przed 1808), Annę (ur. 1799, w 1819 wyszła za – uwaga uwaga – Jachima Szydlowskiego (!), z którym miała przynajmniej dwójkę dzieci: Józefa i Gitlę), Fayglę (ur. 1807, w 1824 wyszła za Mojżesza Wexelmana), Natana (ur. 1808) i Icka (ur. 1811, zmarł w 9 tygodniu życia). W tym czasie w Będzinie była jeszcze jedna rodzina o tym samym nazwisku: Salomon Rozynes (może brat Menachema) z żoną Ruchlą i trojką dzieci oraz bliżej nieznana Rayzla Ferszt, z domu Rozynes, może siostra Menachema. O Hirszu ani słowa – ciekawe. Jest w tym niewątpliwie jakaś zagadka, bo akta metrykalne w tym czasie prowadził na bieżąco proboszcz parafii katolickiej (który w myśl ustawodawstwa napoleońskiego był urzędnikiem stanu cywilnego dla wszystkich ludzi mieszkających na terenie jego parafii, niezależnie od wyznania). Jedyna teoretyczna możliwość jaka przychodzi mi do głowy jest taka, że jeszcze przed 1808 roku Hirsz się ożenił i wyprowadził z Będzina.
Taka teoria nie ma jednak żadnych podstaw źródłowych, a dostępne w sieci informacje genealogiczne podają, że Hersz Rozynes, syn Menachema i Rywki, rabin będziński, urodził się w roku 1814, a zmarł w Będzinie (!) w roku 1873. Miał dwie żony (oczywiście nie równocześnie Lanę i Gitlę) i dwie córki (zdaje się że po jednej z każdej żony). Miał jeszcze brata… Abrahama – i być może tu właśnie leży klucz do tajemnicy. Abraham był starszy, urodził się około 1796 roku, ożenił się z Rojzą (Rayzlą) i miał z nią syna Moszka Icchaka (ur. 1823 w gminie Pilca). Najciekawsze jest to, ze zmarł w roku 1856 gdzieś na terenie gminy… Pilica. Moszek miał dwie żony i przynajmniej jedną córkę, o której nic nie wiem; nieznana jest też data i miejsce jego śmierci.
Żeby te puzzle rozwiązać potrzeba byłoby sponsora na przeprowadzenie poszukiwań w archiwach. Może w nakielskich księgach metrykalnych zachował się akt chrztu nawróconego rabina? Albo w archiwum katowickim odpis aktu śmierci, jeśli rzeczywiście zmarł w Będzinie?
Proboszcz z Nakła, ksiądz Olewiński, cały czas pisząc o Rozynesie używa imienia Abraham i tytułu rabina. To częsty błąd w starych źródłach, polegający na utożsamieniu słowa „rabbi” z funkcją urzędnika-rabina. A może sam Abraham tak się w Pilicy przedstawił? Nie było wówczas komórek, Internetu, ani IPN-u. Zagadki nie wyjaśni nam także Pinkas Bendin, który w indeksie nazwisk podaje: Avraham Hersz, rabbi. Ktoś się gdzieś pomylił tylko kto i gdzie?

P.S. Powyższy tekst jest tylko luźnym zapisem myśli, które nasunęły mi się wczoraj po przeczytaniu listu księdza Olewińskiego. Temat wymaga głębszych badań. Znalazłem w sieci informację, że pisał na ten temat znawca tematyki chasydzkiej Marcin Wodzicki. Na dziś tyle.

czwartek, 22 września 2011

Z DZIEJÓW ŻYDÓW...

Z uwagi na pasjonujące prace magazynowe w Muzeum mało mam ostatniemi czasy na zajmowanie się historią. Z tych prac też pewnie coś za jakiś czas wypłynie, ale to dopiero się zobaczy. Tymczasem kontynuując niejako wątek nowych publikacji: właśnie ukazał się IV tom "Regionalizmu w szkolnej edukacji" o charakterze monograficznym: "Żydzi na Górnym Śląsku i w Zagłębiu Dąbrowskim". Wśród plejady autorów sami krewni i znajomi królika (oprócz niżej podpisanego m.in. Darek Rozmus, Sławek Witkowski, Joanna Tokaj, Magda Cyankiewicz, Darek Walerjański, Grzesiek Onyszko, Aleksandra Namysło, Darek Trzeci Majchrzak i paru innych zacnych miłośników Zagłębia). Sposobu dystrybucji nie znam -pewnie bedzie coś w samej Sztygarce, która - obok krakowskiej Księgarni Akademickiej jest jednym ze współwydawców. Pdf-ów chyba nie przewidzieli. Jeśli dobrze rozumiem zapis "Copyright individual Authors", to mogę swój tekst opublikować tutaj na blogu, co pewnie niebawem uczynię.

środa, 14 września 2011

SREBRNA PERŁA

STRZEMIESZYCE MAŁE - SREBRNA PERŁA DĄBROWY GÓRNICZEJ


Ukazała się już kolejna "dożynkowa" pozycja na temat historii jednej z dzielnic Dąbrowy Górniczej. Tym razem kolej przyszła na Strzemieszyce Małe i ich ciekawe dzieje od wczesnego średniowiecza aż po dzień dzisiejszy. W odróżnieniu od poprzednich pozycji (Ujejsce i Antoniów) tym razem jest to dość spora pozycja (ponad 100 bogato ilustrowanych stron), pisana przez naukowców nienaukowym językiem. Ze wszystkich trzech dotychczasowych w tej miałem też największy udział: współautorstwo, redakcja całości i koncepcja graficzna. Zapraszam do lektury, zwłaszcza że wszelkie wersje są za darmo - albo w postaci pdf (http://www.dabrowa-gornicza.pl/aktualnosc-12-14519-nasza_perla_srebrna.html) albo w formie drukowanej - do odbioru w "Sztygarce".

PS A tutaj (http://www.muzeum-dabrowa.pl/aktualnoscijk.html) wersje pdf moich tekstów z dziejów DG, które znajdują się na tym blogu.

wtorek, 23 sierpnia 2011

KAZIMIERZ NAD PRZEMSZĄ

Właśnie ukazał się 6 numer "Zapisków Kazimierzowskich" a w nim mój artykuł o związkach króla Kazimierza Wielkiego z Będzinem. Jest to fragment większej całości, która cały czas czeka na wydanie i o której już tu kiedyś, bardzo dawno, pisałem.

Wersja drukowana rozsyłana jest tylko autorom i członkom stowarzyszenia, ale na szczęście Wydawca udostępnia całość w wersji elektronicznej. Do pobrania tutaj:
http://www.kazimierzwielki.pl/zapiski_kazimierzowskie.html

czwartek, 11 sierpnia 2011

PRAWO W KOSACH, SIEKIERACH I CEPACH

czyli
KIEDY POWSTAŁA DĄBROWA (GÓRNICZA)?

Początki Dąbrowy Górniczej giną w pomroce dziejów. Przez długie dziesięciolecia wydawało się, że wszystko jest jasne i wszystko już wiemy. Niezastąpiony we wszelkich wędrówkach po dziejach Zagłębia Marian Kantor-Mirski pisał o roku 1755 jako początku istnienia Dąbrowy, za nim poszli inni, i wszystko było dobrze, aż tu nagle historycy zaczęli grzebać w starych dokumentach. No i dogrzebali się.
Pierwszy wyłom stanowił tekst zatytułowany jak wyżej (Kiedy powstała Dąbrowa Górnicza), opublikowany w zbiorze moich artykułów Na tropach legendy. Szkice z dziejów Zagłębia (Będzin, 2003). Książka ukazała się w szalonym nakładzie 500 egzemplarzy i jest raczej trudno dostępna, powtórzmy zatem najpierw to, co tam zostało powiedziane.

WIZJONER…
Gdyby to ożyło uroczysko na Dorotce, co przewodziło sorokowi – czterdziestu włościom, w dziesiętniku Gołonoga, wskazałoby nam zapewne włość rozłożoną w lasach dębowych nad rozlewnym potokiem dziś Bogorią zwanym, co później otrzymała nazwę Dombrowy. Gdyby to mógł przemówić przesławny i odwieczny szlak olkusko-wrocławski, toby nam powiedział, jak to pomykał sobie koło Dąbrowy, jak się na rozstajach dzisiejszego Korzeńca dzielił, dążąc na Będzin, Grodziec i Siewierz, jak kruchy soli wielickiej wymieniano w odwiecznej karczmie Olszową zwanej, stojącej nad brodem rzeki. Szkoda, że już nie szumią prastare dęby Dombrowy, bo w ich poszumie usłyszelibyśmy opowieści o smolarzach, co „Ozom i Gotinom” przybyłym tu w czasie „roju narodów”, a trudniących się wyłącznie „przegrzebywaniem” ziemi, dostarczali potrzebnych do przerobienia kruszców węgli… I tak dalej, i temu podobnie. Zaiste – nieprzeciętnego trzeba wizjonera, żeby wymyślić takie obrazy.


Marian Kantor-Mirski – cokolwiek by o nim powiedzieć – wizjonerem był w każdym calu. A że przy okazji miał żyłkę i pasję historyka, wiele z tych wizji ubranych w daty i fakty zamieniał w słowo drukowane. Dla nas ku uciesze i poznaniu prawdy. Czegóż to nie napisał o Dąbrowie? Że Dąbrowa należała do Księstwa Siewierskiego, że złupiły ją wojska austriackie arcyksięcia Maksymiliana (1588), że spalili ją Szwedzi w czasie „Potopu”, że w połowie XVIII stulecia istniały dwie Dąbrowy… Najstarsi dąbrowianie mieli nawet jakoby stanowić osobny hufiec w przesławnej bitwie pod Legnicą (1241). Ciekawe, że Kantor pokusił się także o wymienienie dąbrowskich rodzin w XVII (Wieczorki, Krzemińscy, Michaliki, Chrząściele, Chytrzy, Gamety, Bednarscy, Trzcinki, Kowale, Sikory) a nawet XVI wieku (Jarząbki, Bałdyse, Pietruszki, Muchy, Lisy, Kule, Gole, Stachy, Bednarczyki, Nowaki, Pająki i Kasprzyki). Niektóre z tych nazwisk rzeczywiście spotkamy badając początki Dąbrowy. Podobnie też niektóre z przytaczanych przez Kantora faktów wcale nie musiały być li tylko jego czczym wymysłem. Ale o tym zachwalę.

…KONTRA HISTORYK
Kantora czytać dziś trzeba. Czytać, szanować i – kiedy trzeba – poprawiać. Toteż kiedy w 1994 roku Jan Przemsza-Zieliński, niekwestionowany autorytet wśród historyków Zagłębia, wydawał ponownie dzieła swojego wielkiego poprzednika, nie omieszkał opatrzyć ich licznymi przypisami. Mają one często wymiar polemiczny, ale choć zazwyczaj zachowane w spokojnym tonie, to w tym jednym przypadku wyczuwa się temperament autora. Kantorowe wywody na temat początków Dąbrowy komentował jak następuje: albo mistyfikacja, albo pomyłka autora; wizjonerstwo Mariana Kantora-Mirskiego (tak częste w jego dziele); wniosek całkowicie błędny i bałamutny; generalna pomyłka; informacja bzdurna i zgoła fałszywa; wszystkie dane zawarte w tym akapicie nie zasługują na wiarę; nadaje swej mistyfikacji pseudorealny wymiar; trzeba więc jednoznacznie odrzucić tego typu kantorowskie rewelacje, w tym i opowieść o biednych sierotkach i o spalonej wsi, której nie było. Wystarczy – prawda, że mocne?


Przy całym wizjonerstwie jedno przynajmniej trzeba Kantorowi oddać z całym szacunkiem – gdyby nie on, być może nie znalibyśmy dokumentów dotyczących pewnego sporu – szerzej o nim za chwilę – w którym po raz pierwszy (według Kantora i za nim innych autorów) pojawiła się nazwa Dąbrowa. Dotarcie do owych dokumentów byłoby dla dąbrowskich historyków o tyle trudniejsze, że znajdowały się one wśród archiwaliów biskupiego Siewierza (w Księgach Grodzkich Starościńskich Siewierskich).
O co toczył się spór?

PROCES
Będzin był w XVIII wieku miastem królewskim i stolicą niewielkiego starostwa (królewszczyzny), w skład którego – oprócz miasta i zamku – wchodziły także części wsi Ciężkowice, Długoszyn i Szczakowa. Po obu stronach traktu krakowsko-śląskiego, aż po Gołonóg, Zagórze i Siedlec, ciągnęły się łąki i role mieszczan będzińskich. Pomiędzy gruntami miejskimi znajdował się także łan wójtowski (około 20 hektarów), rozciągający się od rzeki Czarnej Przemszy, pomiędzy rolą plebańską a rolami mieszczan, w kierunku wschodnim dochodząc do lasu mieszczańskiego zwanego radocha. Do 1598 roku do wójtostwa należał także ogród, położony na wschód od kościoła (kaplicy cmentarnej) św. Tomasza, wymieniony z plebanem będzińskim za łąkę Mydliny (dzisiejsze Mydlice).
Na skutek – jak byśmy to dziś powiedzieli – zbyt wysokich podatków część mieszczan wyprowadziła się z miasta i na pastwisku pod Radochą postawiła swoje chałupy. Jakiś czas później na podobny pomysł wpadli starosta będziński – Jan z Dębowej Góry Dembowski herbu Jelita (starosta w latach 1735-1775, później… biskup sufragan kamieniecki; był synem Antoniego Sebastiana Dembowskiego, starosty będzińskiego w latach 1724-1735) oraz jego ekonom Franciszek Korczakowski. Otóż zaczęli oni na tym samym terenie osadzać swoich własnych ludzi oraz wznieśli „Karczmę pod Lwem”.


Pierwsi osadnicy, wsparci przez burmistrza Antoniego Ciszka (wszak byli jednocześnie mieszczanami będzińskimi) nie mogli znieść tej arogancji władzy i w 1755 roku wystosowali protest do Urzędu Ksiąg Grodzkich Starościńskich Siewierskich. Nie był to początek procesu – gdyż zachowane do dziś pismo jest odpowiedzią na niezachowaną Protestacyę Korczakowskiego – ale pozwala nam prześledzić główne punkty konfliktu. Mieszczanie oskarżali Korczakowskiego o to, że w roku 1754 mieszczanów różnemi czasy drogami zwyczaynemi do lasu Będzińskiego jadących bijąc, wozy rąbał, nadto (…) śmiało odpowiedział, że Prawo ma w kosach, siekierach y cepach (…) żadnego nie mając względu chałupę y karczmę w gruntach Mieyskich postawić kazał i grunta Mieyskie z oczywistą krzywdą Mieszczanów Będzińskich, Dąbrowianom w poprzek pozakrywać dopuścił. Doszło przy tym do poważnych rękoczynów: zginął Jan Grzebielus, a dąbrowianin Maciej Sikora pochwyciwszy jednego Mieszczanina odzienie na nim potargał. Sprawa trafiła przed sąd asesorski, który wydał odpowiedni dekret, ale spór nie został zażegnany. W 1758 roku zebrała się w Będzinie specjalna komisja, w skład której ze strony dąbrowian weszli: Błażej Lis, Stanisław Błaszczyk, Stanisław Trzcinka, Laurenty Zieliński i Franciszek Pawełczyk. Przesłuchano około stu świadków, opowiadających o wzajemnych uprzejmościach. Mieszczanie: Bitwy różne bywały, pasterzów miejskich chłopi dąbrowscy bili, za nimi siekierami ciskali, kaleczyli, naczynia mieszczanom rąbali, a to wszystko z pobudki Imci pana Ekonoma, Gołaszewski, sługa I.P. Korczakowskiego wszelkie krzywdy mieszczanom, czyni, napadłwszy którego w lesie Radocha, chłopom dąbrowskim trzymać każe a sam bije. Dąbrowianie, osadzeni przez Korczakowskiego, nie byli dłużni: gdy mieszczanie tłumem poszli na Dąbrowę Imci P. Korczakowski tam jadąc lubo miał z sobą pistolety to tylko dla bezpieczeństwa swego, jednak do nikogo nie strzelał. Mieszczanie dotychczas rebelie dwa razy czynili, zamek nachodzili, ludzi zamkowych i dąbrowskich porywali, bili, gonili, w łąkach, w zbożach w nocy szkody czynili. Do najciekawszych scen dochodziło chyba w owej nowo postawionej karczmie: to domostwo, które karczma nazywaią nie razem wywracali, ale powtórnie Mieszczanie naszli Dąbrowę i dopiero to domostwo wywrócili. W trakcie spotkania mieszczan z Korczakowskim w będzińskim ratuszu, ekonom tamował mieszczan chcąc ich wódką kontentować y posełał po dwa garce wódki – ot, taki staropolski obyczaj.
Po wysłuchaniu stron, 2 października 1758 roku komisja wydała wyrok. Role mieszczan, zajęte przez Korczakowskiego, miały być zwrócone miastu, podobnie jak łąki leżące w miejscu zwanym Mrowce. Wyrok dla mieszczan będzińskich nie był zbyt korzystny. Oskarżono ich o spowodowanie (w latach 1749 i 1754) najazdów na wieś Dąbrowę zamieszkaną przez osadników starosty i Korczakowskiego. Za prowodyrów najazdów uznano Antoniego, Jana i Jakuba Ciszków, Marcina Strodołkę, Kazimierza i Szymona Gdeszów, Marcina i Jana Jędralskich, Pawła Szczerbę, Andrzeja Paprockiego i Stanisława Latosa. Uznano ich winnymi śmierci Jana Grzebielusa, a Stanisława Latosa dodatkowo o to, że z namowy innych siekierą się zamierzył na P. Korczakowskiego. Za ten czyn obłożony został infamią, pozbawiony prawa miejskiego i skazany na ścięcie. Kazimierz Gdesz, Jakub Jędralski i Antoni Ciszek dostali rok i 6 tygodni więzienia w murowanych piwnicach będzińskiego ratusza oraz po 50 grzywien, które mieli wypłacić wdowie po Grzebieluszu już po wyjściu na wolność. Pozostali mieszczanie uczestniczący w zamieszkach mieli zapłacić po 10 grzywien na potrzeby publiczne, pod którym to terminem rozumiano głównie remont ratusza. Za zniszczone budynki dąbrowianie mieli otrzymać 150 grzywien odszkodowania.
Opisany spór, o którym wspominają wszystkie opracowania dotyczące historii Dąbrowy (Górniczej) nie miałby właściwie większego znaczenia, gdyby nie fakt, że był to do niedawna najstarszy zachowany dokument poświadczający istnienie (a poniekąd nawet genezę) tej osady. Tak uważał m.in. zmarły przed kilku laty Jan Przemsza-Zieliński, tak też sądzili jeszcze niedawno wszyscy piszący o Dąbrowie Górniczej lokalni historycy. Tymczasem istnieją jeszcze starsze dokumenty mówiące o początkach miasta, opublikowane po raz pierwszy w 2003 roku w mojej książce Na tropach legendy. Szkice z dziejów Zagłębia. Okazało się mianowicie, że w będzińskim archiwum parafialnym jeszcze do niedawna przechowywane były dokumenty, w których najstarsza wzmianka dotycząca Dąbrowy pochodzi przynajmniej z roku 1726. 25 lipca tego właśnie roku w kościele Świętej Trójcy w Będzinie ochrzczona została dziewczynka urodzona w Wańczykowie, której matką chrzestną była niejaka Anna Lisowa z Dąbrowy (de Dąbrowa). Dwa lata później (4 sierpnia 1728 roku) ta sama Anna wraz z Janem Wieczorkiem z Dąbrowy byli rodzicami chrzestnymi Wawrzyńca Stanisława gadzika. W roku 1731 pojawili się kolejni mieszkańcy Dąbrowy: Zofia Bałdyska, Jadwiga Wieczorkowa, Bartłomiej Bednarz, Katarzyna; w roku 1733 – Marina Bałdyska; w 1740 – Macej Sikora. Listę tę można znacznie wydłużyć, ale już przytoczone daty i nazwiska jednoznacznie wskazują, że rok 1755 nie jest najstarszą odnotowaną w dziejach wzmianką o Dąbrowie.

OSADNICY
Kiedy na rolach, zwanych później Dąbrową, pojawili się pierwsi osadnicy? Pewną odpowiedź dają już cytowane w poprzedniej części artykułu akta, którymi posłużył się Marian Kantor-Mirski. Jeden ze świadków ze strony mieszczan mówił o Panu Strusiu, Staroście Będzińskim, który niektóre chałupki popostawiał na Grontach Mieyskich Radocha zdawności zwanych. Inny z kolei podaje: Imci Pan Korczakowski niektóre chałupy y Karczme na własnych Grontach Mieyskich Dąbrowa nazwanych zaczął kazać stawiać. (Notabene – te słowa być może stanowiły kanwę historii, na której oparł się Kantor-Mirski, pisząc o dwóch Dąbrowach; do tej kwestii jeszcze powrócimy). Imć Pan Korczakowski to wspomniany poprzednio „ekonom” starosty – Franciszek Korczakowski. Funkcję tę (odpowiadającą w zasadzie roli wicestarosty) sprawował w latach 1735–1758, a więc już za urzędowania starosty Jana Dembowskiego. Ciekawa jest informacja o osadnictwie już za czasów starosty Strusia. W Będzinie dwóch starostów nosiło to nazwisko: Albrecht Struś herbu Korczak, starosta w latach 1686–1699 oraz Andrzej Struś (być może syn), także herbu Korczak, starosta w latach 1712–1723. W zależności od tego, na którego Strusia byśmy postawili, tak osadnictwo dąbrowskie możemy przesunąć na drugą lub trzecią dekadę XVIII stulecia (pamiętamy o Annie Lisowej z Dąbrowy w roku 1726) lub nawet końcówkę wieku XVII.
To jednak nie wszystko. Dokładna analiza będzińskich ksiąg metrykalnych i innych dokumentów pozwoliła przesunąć początki Dąbrowy o dalszych kilkadziesiąt lat, aż do połowy XVII wieku. W tych dokumentach Dąbrowa pojawia się już w roku 1655, przy chrzcie dziecka Szymona Gołego i jego żony Reginy oraz w aktach wizytacji biskupiej z tego roku. Co więcej, nie było to pierwsze dziecko owych małżonków, gdyż w 1652 chrzcili swoje dziecko urodzone w Woli Koniecpolskiej. A że akta owej wizytacji mówią o wsi Dąbrowa seu Koniecpolska Wola, mamy zatem do czynienia bez wątpienia z tą samą miejscowością, której nazwa początkowo nie była jednoznacznie określona. Późniejsza wizytacja (1721) potwierdza to mówiąc o Dąbrowie seu Koniecpolskie. Na dzień dzisiejszy możemy zatem uznać, że rok 1652 jest pierwszym, w którym pojawia się Dąbrowa – najpierw jako Koniecpolska Wola, ale trzy lata później już jako Dąbrowa. Wśród mieszkańców wsi w latach 1654–1656 możemy odnaleźć jeszcze małżeństwo Grzegorza i Zofię Bednarczyków oraz Macieja Wieczorka.



ZYGMUNT STEFAN KONIECPOLSKI
Kim zatem był ów Koniecpolski, z którego woli powstała nowa wieś? W naszym przypadku chodzi oczywiście o Zygmunta Stefana Koniecpolskiego, pieczętującego się herbem Pobóg, sędziego ziemskiego sieradzkiego, a w latach 1642–1657 starosty będzińskiego. W okresie tym pojawia się na będzińskich dokumentach, jak choćby na zatwierdzonym własną ręką statucie cechu kowali i bednarzy (1644) przechowywanym w zbiorach będzińskiego muzeum. Sprawy urzędowe nie absorbowały go na tyle, aby zaniechać swoich historycznoliterackich zainteresowań, skoro w roku 1651 opracował Rodowód Domu Koniecpolskich. Urodził się w roku 1588 jako najmłodszy (czwarty) syn kasztelana rozpirskiego Mikołaja Koniecpolskiego i Zofii z Przerębskich. Już od najmłodszych lat przeznaczony był do służby wojskowej, choć równocześnie – przynajmniej do rokoszu 1606 roku, uczył się w Krakowie, razem z trzy lata młodszym od niego kuzynem Stanisławem Koniecpolskim, późniejszym sławnym hetmanem. W hierarchii urzędniczej piął się od młodzieńczych lat: w roku 1623 był starostą szczercowskim, 1626 – sędzią ziemskim sieradzkim. Tę ostatnią funkcje pełnił zapewne równocześnie ze starostwem będzińskim, skoro w 1648 roku wraz z województwem sieradzkim podpisał elekcję Jana Kazimierza. Żonaty dwukrotnie, po raz drugi w roku 1642 ze starościną będzińską Dorotą Gosławską, wdową po staroście Krzysztofie Gosławskim, dzięki której objął starostwo będzińskie.
Wraz z żoną w latach 1644 i 1652 zapisał znaczną kwotę na rzecz Bractwa Różańca Świętego przy będzińskim kościele Świętej Trójcy, które w zamian, po śmierci darczyńców, w każdy poniedziałek (a w razie trudności w dniu następnym) miało odprawić Requiem za zmarłych małżonków.


Z pierwszego małżeństwa miał trzech synów, z których wieku dorosłego dożył tylko Adam, któregom – jak pisał ojciec – w piętnastym roku do Niderlandy wyprawił i tam służył, na elekcję króla Władysława powrócił, acz bez woli mojej i jmci pana krakowskiego, niezaznał łaski naszej. Zmarł bezdzietnie około 1647 roku. Z dwóch córek Zofia Anna wyszła za mąż za niejakiego Bedlińskiego, z którego to małżeństwa urodził się Karol Bedliński, dla którego to m.in. dziadek Zygmunt spisał dzieje swego rodu. Prawdopodobnie też tą właśnie drogą – przez koligacje rodzinne – pojawił się w Będzinie kolejny starosta: Piotr Bedliński z Bedlina (starosta 1657 – po 1680).

DWIE DĄBROWY
Marian Kantor-Mirski pierwszy postawił tezę o istnieniu w XVIII wieku dwóch Dąbrów. Hipotezę tę wysnuł na podstawie dokumentów sporu z lat 1755–1758. Szczegółowa analiza tych dokumentów nie ułatwia zrozumienia toku myśli Kantorowej, a spowodowała jedynie lawinę zarzutów o niekompetencję i brak warsztatowego przygotowania naszego monografisty (z perełką w postaci mistyfikacji opartej na niepohamowanym i niekontrolowanym naukowo wizjonerstwie Kantora). Spróbujmy zatem na rzecz spojrzeć raz jeszcze, posługując się jako podstawą swoistą „dyskusją” toczoną między Kantorem (tekst zasadniczy opracowania o Dąbrowie Górniczej, wydany w 1994 roku) a Janem Przemszą- Zielińskim (przypisy i komentarze tamże).
Zakładając (jak się w sumie okazuje – słusznie) dawne istnienie Dąbrowy, doszukuje się Kantor śladów owej osady w omawianych dokumentach. Ale wnioski, jakie z nich wyciąga, w istocie są niedopuszczalne. Zresztą cały ten fragment Kantorowego dzieła jest absolutnie niejasny, a wnioski, jakie płyną z jego lektury, jedynie potwierdzają słuszność tezy zawartej w ostatnich akapitach niniejszego szkicu. Żeby nie męczyć czytelnika zawiłymi meandrami cytowanych dokumentów można stwierdzić, że Marian Kantor-Mirski widział dwie Dąbrowy, jedną starościńską (tzw. Stara Dąbrowa) oraz mieszczańską, będzińską (Radocha, Dąbrowa). Położenie tej pierwszej da się oczywiście dokładnie określić – to wzgórze, na którym stoi budynek „Sztygarki” i Szkoły Podstawowej nr 4. Z kolei Radocha to nazwa pastwiska leżącego pod lasem należącym do Będzina.
Rzecz w tym, że na dzień dzisiejszy nie da się dokładnie określić ani położenia tego lasu, ani pastwiska. Wiadomo jedynie, że leżały one na wschód od Będzina, gdzieś na pograniczu tego miasta i Dąbrowy Górniczej. Na przełomie XVIII i XIX wieku las ten już nie istniał. Położenie owej Radochy, a co zatem idzie także tej „mieszczańskiej” Dąbrowy widział Kantor mniej więcej w okolicach Koszelewa i kopalni Paryż. To położenie zdecydowanie bardziej odpowiada położeniu gruntu miejskiego (łan ziemi przylegający do Czarnej Przemszy), na którym osiedlili się pierwsi osadnicy z Będzina. Prawdopodobnie tego miejsca dotyczy zarówno zapiska o Woli Koniecpolskiej, jak i domach naprawianych przez starostę Strusia. Także dokumenty sporu mówią o dwóch grupach osadników, którzy nie mogli przecież budować swych domostw w tym samym miejscu. Z drugiej strony, mieszczanie zarzucali ekonomowi Korczakowskiemu, że zabiera właśnie owe grunty miejskie. Być może odpowiedź jest w wypowiedzi jednego ze świadków procesu, który zeznawał, że gronta dąbrowskie są w samym ciągu ról miejskich, ciągnące się do granic dóbr Jaśnie Oświeconego Xięcia Imć Biskupa Krakowskiego na pastwiskach i uwrociach miejskich. Najbliższe ziemie należące do biskupstwa krakowskiego to Łagisza (w granicach Księstwa Siewierskiego) oraz Gołonóg (wchodzący w skład tzw. klucza sławkowskiego) – w tym przypadku chodzić musiało raczej o Gołonóg. Być może zatem cała rzecz zasadza się o jeden i ten sam grunt, tylko z różnej strony obserwowany. Zwłaszcza że ciśnie się na usta jeszcze jedno pytanie bez odpowiedzi – dlaczego to owo nowsze, XVIII-wieczne osadnictwo, ochrzczone zostało mianem Stara Dąbrowa?
Tematem owych dwóch Dąbrów jeszcze się w przyszłości myślę zająć, ale teraz podam jeszcze krótko dwa fakty. Pierwszy, raczej nie istotny i nie wnoszący do tematu niczego nowego, to pewna ciekawostka na jednej z XIX-wiecznych map Będzina. Otóż zaznaczono na niej dwa miejsca nazwane Dąbrowa: jedno już poza granicami miasta, czyli ówczesną Starą Dąbrowę i drugie tam, gdzie dziś znajduje się będzińska dzielnica Koszelew.


Drugi fakt jest znacznie donioślejszy i pewnie rozwiązuje zagadkę: otóż w okolicy istnieje jeszcze jedna Dąbrowa, tylko że już po drugiej stronie Białej Przemszy, a więc za dawną granicą (już w zaborze austriackim. Chodzi oczywiście o Dąbrowę Narodową, wchodzącą dziś w skład Jaworzna. Otóż ta Dąbrowa do końca XVIII wieku wchodziła w skład dóbr klucza sławkowskiego (a więc razem z ze znacznym obszarem dzisiejszej Dąbrowy). Z „naszą” Dąbrową nie ma ona zgoła nic wspólnego, a mogła się przyczynić do owej konstrukcji myślowej mówiącej o dwóch Dąbrowach. (A jeśli dodamy, ze czasami i Reden nazywany był Kolonią Dąbrowa – tak na przykład na tzw. mapie kwatermistrzostwa i w aktach metrykalnych parafii w Będzinie – to tych Dąbrów mamy przynajmniej ze cztery…)

DĄBROWIANIE A POTOP SZWEDZKI
„Potop” szwedzki na ziemi, którą zwiemy dzisiaj zagłębiowską, urósł do niebanalnej legendy. Wiemy o zniszczonych miastach i zamkach, zrabowanych dobrach, zgwałconych kobietach… – ale czy na pewno wiemy. Okazuje się, że z „Potopem” u nas było tak, jak z kradzieżą samochodów na Placu Czerwonym. Zainteresowanego czytelnika odsyłam do książki Szwedzi w Będzinie (można ją znaleźć na tym blogu) – tutaj w skrócie tylko powiemy, że jedyny oddział szwedzki, jaki pojawił się w naszej okolicy w tamtym jakże ciemnym dla Rzeczypospolitej okresie, liczył jeden regiment rajtarów (czyli około 400 ludzi), a miał za zadanie zaopatrzenie armii szwedzkiej oblegającej Kraków. Do niewielkiej potyczki doszło pod Wojkowicami Kościelnymi, kiedy to regiment piechoty pułkownika Wolffa opuścił Siewierz i podążał do Będzina na spotkanie ze Stefanem Czarnieckim. Do spotkania nie doszło, gdyż właśnie pod Wojkowicami dopędzili ich rajtarzy Wacława Sadowskiego (w służbie szwedzkiej) i zmusili do przejścia na stronę Karola Gustawa.
Co to ma wspólnego z Dąbrową? Otóż według Mariana Kantora-Mirskiego w czasie potopu szwedzkiego Stach i Jaśko Bednarczyki (czyżby synowie wzmiankowanych w latach 1654–1656 Grzegorza i Zofii?) Krzych Kasprzak i Kuba Chrząściel na ochotnika poszli do oddziału Wolfa, co stał w Siewierzu i tłukli obuszkami Szweda, aż dziw brał wszystkich. Maciek Stach i Bartek Bałdys też nieusiedzieli w domu. Wyrwawszy się na wole poszli do Dankowa pod Krzepice i tu zaciągnęli się do drużyn Warszyckiego. Przy oblężeniu warowni milickiej pierwsi wdarli się na bastjon i toporami utorowali drogę towarzyszom. Ich zasługa, że Lindorn opuścił Pilicę a rajtary jego bez pluderków uciekały. Skąd Kantor czerpał te informacje – zostało już jego tajemnicą. Dopowiedzmy tylko, że regiment Wolffa znalazł się w Siewierzu w wyniku postanowień kapitulacyjnych miasta Krakowa – tutaj, pozostając pod komendą Czarnieckiego, mieli czekać na jego decyzję o opowiedzeniu się po którejś ze stron konfliktu. Czy w tym czasie Wolff prowadził nowe zaciągi – raczej wątpliwe. Bardziej prawdopodobne, że owi dąbrowianie – zakładając ich rzeczywiste istnienie – mogli przyłączyć się do powstającej na siewierszczyźnie antyszwedzkiej partyzantki, inspirowanej także przez wspomnianego Stanisława Warszyckiego, pana na Dankowie.
Jeśli przyjmiemy za fakt, że Dąbrowa powstała za starostwa Zygmunta Stefana Koniecpolskiego, nie zdziwi nas także – tak wyśmiewana przez Jana Przemszę-Zielińskiego – informacja Kantora o zniszczeniu wioski. Szczegółowość przedwojennego monografisty zakrawa wprawdzie na mistyfikację, ale trzeba przyznać, że po raz kolejny miał on jakieś szczególne wyczucie dawnych dziejów, pozwalające mu niejako intuicyjnie wędrować po meandrach naszej regionalnej, wciąż jeszcze nie do końca odkrytej, historii. W czasie potopu szwedzkiego w r. 1655–56 wioska została spaloną, a ludność męską popędzili Szwedzi pod Częstochowę do robienia podkopów. Z liczby 85 gospodarstw pozostało zaledwie kilkanaście, a mianowicie: Szymona Gołego, Pająka, Bałdysa, Lisa, Bednarczyka, Chytrego, Ciołka, Kasprzaka, Wieczorka, Kuli, Trybulskiego i Owaka. Gdy przed najazdem szwedzkim ludność wioski wynosiła 460 dusz, to po spaleniu nie przekraczała 120 osób. W liczbie tej znajdowało się około 40 dzieci, których rodzice przepadli bez wieści w czasie napadu szwedzkiego. Bezdomnemi sierotami w wieku 7 do 11 lat, zaopiekowali się wyżej wymienieni, wyznaczając na głównego opiekuna Krzemińskiego, który uszedłszy z rąk szwedzkich, po trzechmiesięcznem tułaniu się w borach, zjawił się we wsi, również jako bezdomny. Wymienione przez Kantora liczby radziłbym opatrzyć znakiem zapytania, ale reszta godna jest zastanowienia. Zwracają uwagę zwłaszcza nazwiska Szymona Gołego, Bednarczyka i Wieczorka, występujących także w dokumentach metrykalnych z lat 1654–56.



DĄBROWA – CÓRKA BĘDZINA
Pisałem już o położeniu roli wójtowskiej, która stała się podstawą do osadnictwa dającego z kolei początek istnieniu osady o nazwie Dąbrowa. Rzeczą ciekawą może być także prześledzenie wcześniejszych dziejów owego gruntu, tym bardziej że w kwestii tej możemy się cofnąć aż do wieku… XIV. Otóż grunt ten jest tożsamy z łanem wójtowskim, jaki król Kazimierz Wielki przyznał pierwszemu będzińskiemu wójtowi, Hinko Ethiopusowi, w akcie lokacyjnym miasta z 5 sierpnia 1358 roku: Tenże Hinko wraz ze swymi następcami otrzyma w posiadanie tytułem wójtostwa jeden łan i dwa place do własnego użytku. Grunt ten – wraz z tytułem wójta – był oczywiście dziedziczny, co zazwyczaj sprowadzało się do obiektu handlu. Trudno powiedzieć, w jakich okolicznościach łan ten znalazł się w rękach szlachcica Gaspara Gutowskiego, który z kolei scedował go na rzecz starościny Doroty z Orzelskich Popowskiej (żony dworzanina królewskiego Jana Popowskiego z Popowa, starosty będzińskiego w latach 1624 – przed 1629). Dorota po śmierci męża-starosty wyszła z kolei za mąż za Krzysztofa Gosławskiego herbu Oksza (starostę będzińskiego w latach przed 1629 – przed 1642). Uważny czytelnik pamięta zapewne, że po śmierci Gosławskiego obrotna starościna wyszła za mąż za Zygmunta Stefana Koniecpolskiego – i tak koło się zamyka. Faktem jest, że gdzieś na przestrzeni XVI w. dziedziczne wójtostwo będzińskie zostało zlikwidowane na rzecz starostwa – pozostał tylko urząd wójta sądowego, czyli podwójciego.
Chyba podobnie rzecz się miała z położonymi nieopodal łąkami około rzeki, które mieszczanie będzińscy także uważali za swoje od czasu przyznania ich miastu dekretem króla Zygmunta Starego w roku 1535. Nie godził się na to ówczesny starosta będziński – Marcin Myszkowski herbu Jastrzębiec (starosta w latach 1528–1538), który wcześniej grunty te sobie po prostu przywłaszczył i mimo wyroku królewskiego ani myślał oddać. Tak to w Najjaśniejszej Rzeczypospolitej wyglądała kohabitacja wójta (później burmistrza) i starosty…
To właśnie na owych gruntach i łąkach, z nadania królewskiego miłościwie panującego Kazimierza Wielkiego (którego 700-lecie urodzin obchodzimy właśnie w tym roku) mieszczanie będzińscy wznieśli swe pierwsze chałupy, o które później stoczyć musieli krwawy spór. Chałupy te dały początek dzisiejszej Dąbrowie Górniczej. Prawda, że inspirujące?

* * *

Pierwsza wersja tekstu (Kiedy powstała Dąbrowa Górnicza_) została opublikowana w Na tropach legendy…, Będzin 2003 Znacznie rozszerzona wersja w „Nowym Zagłębiu”, nr 2 i 3/2010. Ta jest jeszcze nieco uzupełniona i uaktualniona.

wtorek, 9 sierpnia 2011

WAKACJE Z HISTORIĄ

Chociaż bez przesady, bo w tym roku tej historii było jednak niewiele. Nawet żaden zamek nie miał być zaliczony, co się jednak ostatecznie nie udało. Ze względu na dwumiesięcznego Antosia tegoroczny urlop miał charakter raczej lajtowy, z nastawieniem na rekreację. Wakacje jak z dawnych powieści dla młodzieży: rzeka, las, przygoda. Jeśli na moje Ujejsce mówię czasami, że to wieś, to właśnie zmieniam zdanie. Tam gdzie byliśmy, zaraz kończył się asfalt, bociany latały nad głową a dzieci mogły obserwować jak się doi krowę. Dla mnie te sceny, choć w podtoruńskim krajobrazie, wypełniają wspomnienia z dzieciństwa, ale już moim dzieciom muszę tłumaczyć, że mleko pochodzi od krowy, a nie ze sklepu.
Cel - Pilica. W jednym atlasie turystycznym Polskim znalazłem te miejscowość - Sudzinek - zaznaczoną jako atrakcja turystyczna ("plaże nad Pilicą"). Okolica piękna niczym skansen, ledwie ruszona zębem czasu.




Bałem się tylko, żeby mi bociany na samochód nie narobiły...
Pogody na kąpiele w rzece w zasadzie nie było zbyt wiele, dzień, może dwa, kiedy nie miałem przy sobie aparatu. Dlatego na tych fotkach niewiele będzie błękitnego nieba. Brak słońca akurat mi nie przeszkadza, więc najlepszy tata na świecie mógł zabierać swoją progeniturę na piesze i rowerowe wycieczki po okolicznych lasach i łąkach.



Długo tak jednak nie wytrzymaliśmy, więc trzeba się było gdzieś ruszyć. Najbliżej była Włoszczowa (dworca niestety nie oglądaliśmy:-) a stamtąd rzut kamieniem Czarnca, miejsce, z którego pisał się Stefan Czarniecki, bohater naszego hymnu. Ze względu na luki w wychowaniu patriotycznym w polskiej szkole za panowania Aleksandry Hall i Platformy O. sam się musiałem wziąć do pracy i powiedzieć dzieciom kto to taki. Marta, zafascynowana sienkiewiczowską "Trylogią" co nieco wiedziała. Po raz kolejny bezskutecznie mogłem też polecić moich "Szwedów w Będzinie", ale wszak nie od dziś wiadomo, że najtrudniej być prorokiem we własnym domu.


Podobno w tym miejscu stał niegdyś drewniany dwór Czarnieckich. Poniżej kilka tablic umieszczonych na zewnątrz kościoła ufundowanego w Czarncy przez Stefana. Niestety była sobota i ani do środka, ani do izby pamięci mieszczącej się w pobliskiej szkole, wejść nie mogłem.




Generalnie z Kramlą mieliśmy nieco odmienne plany wycieczek - ja na przykład chciałem zobaczyć dąb Bartek (a przy okazji resztki nowożytnego hutnictwa w Samsonowie i kamienne kręgi) a ona... najgrubszą w Polsce lipę. Kto wygrał? Pojechaliśmy oglądać lipę. Ciekawa historia była z nią związana, jako że otoczona jest płotem, a to ze względu na pątników, którzy... obgryzali jej korę. Podobno miała jakiś zbawienny wpływ na uzębienie. Obok lipy (jej wiek oblicza się na jakieś 700 lat) w XIX wieku stanął kościół, a na nim wizerunek świętej bodajże Apolonii, patronki dentystów - spójrzcie na to narzędzie, które trzyma w ręku.



Jechać oglądać tylko lipę, to byłaby lipa, więc po drodze odbyliśmy małą wycieczkę krajoznawczą, zakończoną bezskutecznym wędkowaniem (to znaczy jakiś tam skutek był: splątana żyłka). Przy dębach upamiętniających jakiś bój powstańców styczniowych nie zatrzymaliśmy się, ale już przy XVI-wiecznym zborze ariańskim owszem. Inna sprawa, że konia z rzędem temu przejeżdżającemu turyście, który będzie wiedział, obok czego przejeżdża.


Żadnej, nawet najmniejszej informacji tam człowieku nie uświadczysz. Zagadaliśmy jakąś mieszkankę onej Silniczki, która o tym fakcie mówiła z żalem. I o tym, że wójt skończył historię, ale widać jakoś mu z historią nie po drodze. Może arianie mu nie leżą?
Do środka dostać się trudno. To znaczy można wejść, byle ostrożnie, do piwnicy, gdzie naprawdę ciężko wytłumaczyć dzieciom, że tu kiedyś modlili się ludzie. Ostatnio swoją przystań znalazło tu panie z miejscowego Koła Gospodyń Wiejskich, ale nie sądzę, aby się tutaj modliły. Są jeszcze drzwi do głównego pomieszczenia, ale solidnie zamknięte. jedyne okno ponad pół metra nad moją głową, wziąłem więc Dominikę na barana, żeby mogła zrobić zdjęcie. Drzwi widoczne na wprost prowadzą chyba na strych, ale takiego barana nie jestem już w stanie z siebie zrobić...


Kawałek dalej Żytno - kolejna miejscowość na mapie turystycznej polski i kolejny zapomniany przez ludzi i historię zabytek. Gdyby nie chaszcze, gąszcz pokrzyw i stada ślimaków, które można rozdeptać, to byłby nawet malowniczy widok. Typowy polski dwór, typowa polska ruina.



Nie bacząc na wiszącą w wejściu tabliczkę surowo zakazującą wstępu, weszliśmy jednak. Tak to już jest, żeby dzieciom powiedzieć coś o życiu w dawnych dworkach i o tym, jak se to życie skończyło, trzeba złamać prawo. Zdjęć w środku nie robiłem - doprawdy, nie było po co. I tak trzeba było uruchomić wyobraźnię. Z tym akurat problemów nie było, bo jedną z tegorocznych wakacyjnych lektur była "Cukiernia pod amorem" - szczerze polecam, nie tylko kobietom.
Nieco - ale naprawdę tylko nieco - lepiej było w Koniecpolu. Kolejne miejsce naznaczone dawną świetnością, Koniecpolskich, potem Potockich. Kościół oczywiście był zamknięty, a szkoda, wszak Koniecpolscy akurat mnie interesują - jeden z nich był starostą w Będzinie i założycielem Dąbrowy (dziś: Górniczej). Pałac, który zdaje się wrócił do jego późniejszych właścicieli - Potockich - można oglądać właściwie tylko z zewnątrz. Nie żeby był, zamknięty, ale naprawdę niewiele w nim się zachowało.




Dziewczynom - zwłaszcza Sarze - marzył się spływ kajakowy. A że tata nie był przeciwny, zdecydowaliśmy się - w przerwie między burzą a ulewą - na ten karkołomny wyczyn. Pilica niby jest rzeką dość spokojną, ale niekoniecznie wówczas, gdy płyną dzieci. Marta z Dominiką w kajaku były same, ja z Sarą i Milenką - Kramla została z Antosiem. Źle nie było, ale przeżyliśmy traumatyczne chwile. Kilka godzin wiosłowania i wykaraskiwania się z plątaniny drzew i korzeni wszystkim dało się we znaki. Dziewczyny miały serdecznie dość, tata jak widać był zadowolony.




Ostatniego dnia rzutem na taśmę zrobiliśmy jeszcze jedną, najdłuższą wycieczką. Kiedy już myślałem, że po raz pierwszy nie zobaczę latem żadnego nowego zamku, znaleźliśmy się w Chęcinach. Ileż to razy mówiłem o tym zamku przy okazji oprowadzania po zamku w Będzinie - chodzi o analogie architektoniczne. Teraz miałem okazję zobaczyć go na własne oczy. Zamek jak zamek, tzw. trwała ruina. Natomiast widoki z niego - bezcenne. Na miasto Chęciny patrzyło się niemal jak na makietę.



Z Chęcin tylko kawałek był do Tokarni, gdzie mogliśmy jeszcze raz bliżej przyjrzeć się podkieleckiej wsi. Jeszcze jeden dworek, tym razem oczywiście "wypasiony", drewniany, z początku XIX wieku.


Jak widać poniżej, każdy w skansenie szukał czegoś dla siebie. Dziewczyny pewnie tego nie przyznają, ale rozglądały się zapewne za świętym spokojem.


Tak to już jest na rodzinnym urlopie...
Jeszcze tylko Sara pośród rzeźb:


środa, 13 lipca 2011

W POSZUKIWANIU ZAGINIONEGO MIASTA

Ile miast liczy dzisiaj Zagłębie? Na to pytanie każdy miłośnik regionu odpowie bez trudu: Będzin, Czeladź, Dąbrowa Górnicza, Sosnowiec. Ktoś śmielszy wybiegłby może myślą po Siewierz, Zawiercie, a na wschodzie po Sławków i ziemię olkuską. Tymczasem dokładna znajomość naszej lokalnej historii wciąż jest niewystarczająca, pełna białych plam i nierozwiązanych zagadek. Spróbujmy zatem rozwikłać jedną z nich.


Gryf - według Arma Regni Poloniae, ok. 1562

ZAGINIONE MIASTO
Punktem wyjścia do dalszej historii jest – a jakże – Kantor-Mirski, ojciec słynnego twórcy teatru Cricot 2, przedwojenny monografista Zagłębia. W 1930 roku w jednym z sierpniowych numerów „Kuriera Zachodniego” opisując burzliwe dzieje będzińskiego raubrittera, burgrabiego Mikołaja Kornicz-Siestrzeńca, pisał: „Istniało wtedy w borach między Trzebieczką a Wiesiółką małe miasteczko o nazwie Wiesiołka i tu burgrabia przetrzymywał w ukryciu, pod strażą, córkę bogatego Żyda Froima z Będzina, słynącą z piękności Surę. Boczną drogą na Łosień doszedł wieczorem do Wiesiołki, zabawił się tu i podchmielony kazał przyprowadzić Żydówkę, posadził koło siebie każąc jej pić i czulić się do niego, a gdy odtrąciwszy go usiłowała uciekać, rozwalił jej piersi czekanem. Ostatnie jej słowa były: Bodaj Jehowa twoje wnętrzności dał krukom na pożarcie…”
Ciekawa historia, ciekawe narzędzie zbrodni – takie samo jakim niemal dwa wieki później Samuel Zborowski rozłupał głowę kasztelanowi przemyskiemu Andrzejowi Wapowskiemu. Ciekawy wątek żydowski, tak bliski Będzinowi. No i wreszcie ciekawe miejsce: „miasteczko o nazwie Wiesiołka”.
W opublikowanym w roku 1932 II tomie szkiców monograficznych „Z przeszłości Zagłębia Dąbrowskiego i okolicy”, przy opisie wsi Trzebyczka (Trzebiczka) Kantor pisał: „Na północ od wioski, w odległości niespełna 2 klm. istniało przed wojnami szwedzkimi i przed r. 1655 dość ludne miasto o nieznanej nazwie, które miał założyć pod koniec XVI wieku jeden z Mirzowskich herbu Gryf, pan na Mierzęcicach, Sadowiu, Chruszczobrodzie, Pińczycach, Benduszu i Benduszku. Miasto rozwijało się pomyślnie, dokąd znajdowało się pod opieką Mirzowskich. Gdy jednak ci opuścili Księstwo Siewierskie, a posiadłości ich przeszły częściowo w ręce biskupów krakowskich, a częściowo do Palczewskich, Podczaszych i Tymińskich, zaczęło chylić się do upadku. Nadszedł potop szwedzki, a z nim wszelkie nieszczęścia wojny, które nie oszczędziły miasta. Zostało spalone i zburzone, a resztki jego mieszkańców, które ocalały, zebrał biskup Trzebicki i ulokował tymczasowo na polanie leśnej, pobudowawszy nieszczęsnym chaty własnym kosztem. W ten sposób powstała nowa osada, którą od imienia biskupa nazwano Trzebiczką. Zburzone miasto już nigdy się nie odbudowało.”


Rosyjska, a w zasadzie radziecka, bo z 1944 roku (musieli wiedzieć, co wyzwalają:-), mapa okolic, o których pisze Kantor. Dla młodszego pokolenia nie znającego cyrylicy: na mapie widać fragment Chruszczobródu (po lewej stronie) Wiesiółkę (u góry) i Trzebyczkę (u dołu).

Jak zawsze przy lekturze Kantora rodzi się pytanie – ile w tej historii jest prawdy, a ile twórczości literackiej? Prawdopodobnie autor zmyślił całą tę opowieść, skoro na łamach cytowanego już „Kuriera Zachodniego” istnienie miasteczka sytuował w początkach XV stulecia a o okolicznościach jego zagłady pisał w sposób następujący: po zamordowaniu Żydówki Sary „zerwała się straszna burza, gromy za gromami biły, wielkie drzewa padały z łoskotem a dworek zaczął chwiać się w posadach. Oszalały przestrachem Kornicz uciekał. Wtem zatrzęsła się ziemia, pękły ściany domu i zwaliły się domostwa a z miasteczka pozostała kupa gruzów. Ocalał tylko Kornicz ze swoją bandą (ludność uszła w lasy a potem zbudowała sobie osadę Wiesiołka na prawym brzegu Mitręgi.”

RYNEK W SAMYM ŚRODKU LASU
Niestrudzony badacz dziejów Zagłębia nie poprzestał li tylko na przytoczeniu tych wątpliwych informacji, lecz postanowił sprawdzić je w terenie i odnalazł… Rynek. „Pragnąc za wszelką cenę zbadać czy w legendzie jest coś z prawdy, przewertowałem najpierw kroniki parafialne w Chruszczobrodzie, lecz bez rezultatu. Następnie zacząłem śledzić za miejscem, gdzie przypuszczalnie owo miasto mogło stać. Naturalnie, że nie w myśli odnalezienia skarbów, które mieli mieszkańcy przed Szwedami ukryć w głębokich piwnicach, lecz jedynie w celu sprawdzenia, czy legenda ma jakiś podkład realny. Rozmawiając ze ś.p. ks. Liberą, proboszczem w Chruszczobrodzie, o słyszanej legendzie, dowiedziałem się, że miasto miało stać gdzieś w pobliżu leśniczówki zwanej Rynok (Rynek) i że właśnie nazwa leśniczówki, jak opowiadają starzy ludzie, wzięła swoje miano od śladów rynku owego zburzonego w czasie wojen szwedzkich miasta. Po tej rozmowie rozpocząłem poszukiwania, a równocześnie myszkowałem za dalszymi wiadomościami. W pewny upalny dzień lipcowy przed 5 laty [czyli ok. 1926 r.] wałęsając się po bagnach i piaskach nad Mitręgą, spotkałem pod Wiesiołką leciwego gospodarza, pasącego bydło. Wdawszy się z nim w pogawędkę o legendzie dowiedziałem się, że „gdy był małym chłopcem, to słyszał że w lesie za rzeką są ślady rynku, jakieś lochy i piwnice, w których znajdowano stare pieniądze – resztki jakiegoś cmentarza i że to wszystko zarosłe jest drzewiną i krzem niedaleczko od gajówki Rynok.” Gdy zapytałem go, czy tam kiedy był? – odpowiedział: „A byłem, byłem! pewnie będzie z 50 roków temu. Poszedłem szukać piniędzy i złamałem nogę, bo wpadłem do jakiś stary piwnicy. Od tego czasu trochę kuleję na nogę, jak pan widzi.” Na zakończenie rozmowy zapytał: „A po co to panu wiedzieć? Pewnikiem wedle tych skarbów i piniędzy! – ale nic z tego! złe je przysiadło. Był tu jeden gajowy – on też szukoł, no i co?! Wpod w jame i przepod. Jeszcze byłem małym chłopcem, ale pamietom. Nietrza tam chodzić, bo tam złe siedzi.” Ostrzeżenie staruszka nie pomogło. Poszedłem „za rzekę” w lasy, no i po dłuższym wałęsaniu się w nich, natrafiłem rzeczywiście na „ślady miasta” z legendy. Owe „ślady” zarosłe lasem i krzewiną, przedstawiają się jako prostokątne zagłębienia – po bokach prostokąta widnieją jamy, zarosłe zielskiem i zasypane gruzem. W pewnej odległości od tego miejsca znów widoczny obszar prostokątny. Pierwszy obszar prostokątny to ponoć rynek miasta, zaś jamy na jego bokach to piwnice, a obok gruzy, mają być reszta kim domów. Drugi obszar prostokątny, to według legendy ślady cmentarza. Rozgrzebując w kilku miejscach ziemię na „rynku” – dogrzebałem się w jednem miejscu na głębokości 70 cm okrągłych kamieni, ot coś w rodzaju bruku, zaś o kilka metrów dalej, na głębokości około 50 cm natrafiłem na dylowanie z drzewa okrągłego. Ot i wszystko co zdołałem „odkryć”.”
Tyle Kantor. Przytoczyłem niemal cały ustęp, bo zawiera ciekawe rzeczy i wynika z nich, że zagłębiowscy eksploratorzy mają swego zacnego prekursora.



Dwie mapki (z 1933 roku i współczesna) tego samego miejsca - widoczna leśniczówka/gajówka Rynek. Na poprzedniej mapie ros. też ją widać.

MIRZOWSCY HERBU GRYF
Aby rozwikłać zagadkę zaginionego miasta przyjrzyjmy się najpierw jego domniemanym właścicielom. Kim byli owi Mirzowscy herbu Gryf? Pierwszą zagadką jest ich stosunkowo rzadkie występowanie w herbarzach, co już „na dzień dobry” znacznie utrudnia wszelkie poszukiwania. „Stosunkowo rzadkie występowanie” jest wyrażeniem dość eufemistycznym jednak – w żadnym z dostępnych mi herbarzy nic o Mirzowskich nie znalazłem. Herb Gryf (wg Paprockiego: „Gryf biały w polu czerwonem, nos i nogi przednie złote”) zwany także Świeboda lub Jaksa (Jaxa) należy do najstarszych polskich herbów, którego legendarne początki tkwią głęboko w dziewiątym stuleciu. Jeden z protoplastów rodu, Jaksa herbu Gryf, w XII wieku ufundował i uposażył klasztor Bożogrobców w Miechowie. Nic w tej prastarej historii nie jest do końca pewne – ani pochodzenie Jaksy (możnowładca małopolski?, książę pomorski? książę Stodoran?), ani dokładna data założenia klasztoru ani nawet czy można go uznać za protoplastę – wszak nie posiadał potomstwa. Inny znany przedstawiciel rodu to bliski współpracownik Bolesława Wstydliwego – Klemens z Ruszczy, po klęsce legnickiej wojewoda krakowski, a wcześniej, w 1228 roku, właściciel wspomnianej na wstępie Czeladzi. Do ważniejszych familii herbu Gryf należeli Mieleccy, Braniccy, Rożnowie, Latoszyńscy, Prochańscy, Zaporoscy, Ossowscy i wiele innych, wśród których jednak Mirzowskich XVI-wieczny herbarz Bartosza Paprockiego nie wymienia. Nie zna go Kasper Niesiecki, zaś Adam Boniecki doszedł ledwie do Madalińskich. Jedynie w „Herbarzu szlachty polskiej” Seweryna Uruskiego znajdziemy jakichś Mirzowskich, tyle że piszących się z Mirzowa gdzieś w Kaliskiem.
Herbarze zawiodły, trzeba sięgnąć do innej lektury. Tu z pomocą przychodzą nam różnego rodzaju słowniki, oparte często na niepublikowanych, rękopiśmiennych materiałach archiwalnych. Podane niżej informacje o Mirzowskich podaję głównie za „Słownikiem miejscowości księstwa siewierskiego” (osobiście preferuję pisanie nazwy księstwa – po 1434 roku – dużą literą, ale skoro autor tak chce, nie będę zmieniał tytułu jego książki) Zdzisława Nogi, tegoż artykuł w monografii „Siewierz, Czeladź, Koziegłowy. Studia z dziejów Księstwa Siewierskiego”) opisie parafii księdza Jana Wiśniewskiego (XXX) oraz „Słownikiem Geograficznym Królestwa Polskiego i Innych Krajów Słowiańskich”.


Herb GRYF według wikipedii. Inna wersja nazwy: Świeboda. Wbrew pozorom w staropolszczyźnie nie oznaczało to wolności, a hojność i obfitość. Zawołanie miał równie ciekawe: "Po trzy na gałąź!". Herb ten należy do najstarszych w Polsce, jeszcze z czasów przedheraldycznych, i występuje głównie na Pomorzu (choćby w herbie Pomorza Zachodniego i Wschodniego, Kaszub i paru innych historycznych krain na terenie dzisiejszych Niemiec i Szwecji, dawnej Kurlandii i obecnej Łotwy). Pieczętujący się nim Gryfici występowali głównie na Pomorzu,ale także na Śląsku i - jak widać w naszym przypadku - zachodniej Małopolsce.

Pierwszym Mirzowskim, jaki pojawia się w źródłach pisanych, był rycerz Jan z Mirzowic (de Mirzouicz). W roku 1399 stanął jako świadek Klemensa z Grabowej herbu Przeginia, oskarżonego o pobicie i obrabowania rajczyni krakowskiej Klary Wierzynkowej (może wnuczki słynnego „restauratora” z czasów Kazimierza Wielkiego? – tego nie sprawdziłem). Damski to musiał być bokser, skoro nieszczęsną rajczynię potraktował głownią miecza, ale na szczęście znał się z naszym Gryfitą, dzięki czemu mogliśmy napisać ten akapit.
W dalszych kolejach losu rodu Mirzowskich trudno się zorientować, zważywszy że w każdym następnym pokoleniu był albo jakiś Jan, albo Mikołaj, a zapewne oba imiona występowały wśród braci jednocześnie. W roku 1441 Jan z Mirzowic, zapewne syn lub wnuk poprzednika, kupił od … pobliski Chrusczobród, dzięki czemu już w roku następnym mógł się pisać jako dziedzic tej właśnie wsi. Z kolejnym przedstawicielem rodu mamy pewien kłopot, którego bez zajrzenia do Archiwum Kapitulnego w Krakowie nie rozwikłamy. Był tam przed nami profesor Zdzisław Noga z Krakowa, ale coś w notatkach pomieszał, i o jednym z najważniejszych Mirzowskich raz pisze że to Jan, a raz że Mikołaj. Załóżmy że Mikołaj, gdyż tak podają też inni autorzy. Otóż w roku 1459 ten właśnie „szlachetny pan Mikołaj dziedzic Mirzejowic, starosta nasz siewierski, pragnąc przyczynić się do zbawienia dusz swych przodków i następców oraz udogodnić ludowi kościół, do którego ma daleko, kościół w swej wsi Chruszczobród pod parafią Siewior postawił pod wezwaniem Nawiedzenia NMP, św. Stanisława B.M. i św. Bernardyna, prosząc aby biskup dał erekcję temu kościołowi. Wspomniany dziedzic ów kościół uposaża: daje dom na plebanię, stojący przy postawionym już kościele, dwa łany kmiece wolne od ciężarów, łąkę zwaną Jacuszowską, dwie sadzawki: jedną na rzece Mitrandze niżej młyna na tej rzece zbudowanego i drugą naprzeciw kościoła leżącą…”. Ówczesny biskup krakowski Tomasz Strzempiński erygował nową parafię, włączając do niej kilka wsi. W roku 1472 dziedzice Mirzowic i Chruszczobrodu Jan i Mikołaj (może tutaj należy szukać przyczyny błędu prof. Nogi) powiększyli uposażenie probostwa.
Nie wszyscy się jednak cieszyli. W roku 1481 były proboszcz siewierski Jakub z Lipowca wystąpił wobec proboszcza w Chruszczobrodzie z pozwem, jakoby powstanie nowej parafii nie odbyło się zgodnie z prawem. Sprawa stanęła przed sądem biskupim, który uznał, że fundacja była legalna i oddalił zarzuty. A chodziło rzecz jasna o pieniądze – dziesięciny z wsi, które przeszły do nowej parafii, nie zasilały już kasy plebana w Siewierzu.
Ów Mikołaj chyba była ważniejszy (może starszy z braci) od Jana, on też występuję w długoszowym „Liber beneficiorum dieoecesis cracoviensis” jako właściciel Mirzowic z folwarkiem i 6 łanami kmiecymi. W swoim ręku skupił zresztą jeszcze Dziewki, rozłożone na 12 łanach Pieńczyce z „folwarkiem” oraz część Trzebiesławic, dając solidne podstawy pod rozwój rodzinnej majętności. Po raz ostatni pojawia się w źródłach w roku 1481, w aktach wspominanego przed chwilą procesu.
Na początku XVI wieku Mirzowscy byli – jak się zdaje – najbogatszą rodziną w Księstwie Siewierskim. Prawdopodobnie synem owego Mikołaja był Franciszek, zmarły ok. 1518 roku. Nawet sporo o nim wiemy, wszystko to, co w życiu mężczyzny najważniejsze: miał dwie żony (Elenę – pewnie Helenę - i Katarzynę) dzieci (Mikołaja, Jurka, Gabriela, Stanisława, Katarzynę i Elenę/Helenę) oraz dług u Macieja Piotrowskiego, starosty siewierskiego i sławkowskiego. Pierworodny Mikołaj musiał spłacić zarówno dług jak i liczne rodzeństwo, a nawet macochę, która – już jako pani Katarzyna Ujejska – upomniała się o swój dział. W 1523 roku, żeby tego dokonać, musiał zastawić część swoich dóbr, w tym gniazdo rodowe Mirzowice. Musiał być dobrym gospodarzem, skoro w 1527 roku wszystko spłacił, a rok później za 935 florenów sprzedał Mirzowice i Chruszczobród kuźnikowi z Ciszkówki Stanisławowi Podczaszemu. Nie wiemy co robił przez kilka kolejnych lat, ale pieniędzy nie przepił, skoro w 1534 nabył od Jędrzeja Czeszowskiego za 600 florenów, konia i 7 miar purpurowego sukna wsie Pieńczyce i Koclin, w roku 1544 od Jerzyka Ujejskiego otrzymał – jako zastaw – Bobrowniki i Biernacice.
Na tym informacje o Mirzowskich właściwie się kończą. Jeszcze w roku 1614 pojawia się niejaki Jan Mirzowski dictus Podczaszy, zapewne tożsamy z występującym równolegle Janem Podczaszym. Jeszcze w roku 1621 jako dziedzic Brudzowic występuje Mikołaj Mirzowski, ale to już naprawdę koniec.
(Jest właściwie jeszcze jedna możliwość – przetrwanie rodu w linii żeńskiej. Otóż ów Jan Podczaszy-Mirzowski h. Gryf miał córkę Zofię, która wyszła za Wacława Myszkowskiego h. Jastrzębiec, a to już była znaczna familia, której potomkowie żyją do dziś.)
Mogło być tak, jak opisałem wyżej, mogło być też zupełnie inaczej. Jak mówi znane powiedzenie: to było dawno i nieprawda. Że dawno to fakt, a informacje, jakie przetrwały do naszych czasów, są jak fragmenty niekompletnych puzzli. Co się stało z tak licznym rodzeństwem Mikołaja (siostra Katarzyna mogła być żoną Jerzyka Ujejskiego a Elena – młynarza Jakuba)? Gdzie dziś są Mirzowscy? Gdzie dziś są Mirzowice?
No właśnie, przyjrzyjmy się teraz rodowemu gniazdu naszych bohaterów.


Gryf - według "Stemmata polonica..."


MIRZOWICE
Pozostańmy przy tej nazwie, choć przez wieki ulegała ona pewnym zmianom: Mirzouicz (1399), Mirowicze (1443), Myrzewicze (1551), Mierzejowice (1787) – to tylko niektóre z nich. Według Kazimierza Rymuta jest to nazwa patronimiczna od nazwy osobowej Mirz (Mirogniew, Mirosław itp.). Pewnie tak.
Najstarsza zachowana wiadomość o Mirzowicach pochodzi z roku 1374. W tym właśnie roku książę cieszyński Przemysław Noszak przeniósł wieś z prawa polskiego na niemieckie. Ciekawe, że taki sam proces zastosował nieco wcześniej Kazimierz Wielki w przypadku królewskiego Będzina, z tym że tam chodziło o lokację miejską. W tymże 1374 roku właścicielami rycerskich Mirzowic byli bracia Maciej, Staszek i Adam. Ze względu na występujące naprzemiennie w rodzie Mirzowskich imiona Jan i Mikołaj, wydaje się, że owa trójka mogła należeć do innego rodu.
Wieś wymieniona jest w akcie kupna-sprzedaży Księstwa Siewierskiego w roku 1443. We dług „Liber Beneficiorum…” Jana Długosza posiadała 6 łanów kmiecych (w jednym z dokumentów mowa jest o 15 łanach, ale to najwyraźniej musiała być pomyłka; na 15 łanach osadzony był Chruszczobród). W późniejszych latach notowane są dwa stawy (sadzawki): „stary młyński” na Mitrędze oraz „pylny”. Koło stawu młyńskiego istnieć musiał jakiś młyn. W 1543 była tutaj kuźnia, ale to jedyna o niej wzmianka, więc funkcjonowała bardzo krótko. Dziesięcinę pobierał proboszcz w Chruszczobrodzie – tak podają akta wizytacji biskupich z lat 1598 i 1619.
W kościele w Chruszczobrodze pochowany został zmarły w 1698 dziedzic Mirzowic, podsędek ziemski siewierski Wacław Myszkowski (mąż Zofii z Mirzowskich, o czym pisałem wyżej). W kolejnych latach Mirzowice przeszły w ręce Przyłęckich, a to za sprawą ślubu dziedziczki Zuzanny Myszkowskiej i Stanisława Przyłęckiego. Po Przyłęckich, w drugiej połowie XVIII wieku, Mirzowice odziedziczył Józef Grabiański. Ciekawe, że zachowane dokumenty kościelne, w tym wspomniana już akta wizytacji, nie wymieniają Mirzowic jako wsi należącej do parafii Chruszczobród – najwyraźniej już w owym czasie nie była to samodzielna osada, a jedynie część Chruszczobrodu.
W XVIII wieku gdzieś nam te Mirzowice w źródłach znikają. Przedwojenni autorzy (Kantor-Mirski i ksiądz Wiśniewski) próbowali umiejscowić je w okolicach owego Rynku. Jakieś informacje mogą być ukryte przy opisach Chrzuszczobrodu, który u schyłku istnienia pierwszej Rzeczypospolitej podzielony był na 3 części: właścicielem jednej był Józef Grabiański, cześnik winnicki, drugiej Bogorja Zakrzewski, starosta i sędzia Księstwa Siewierskiego, a po nim – od roku 1790 – Jan Nepomucen Rogowski, cześnik siewierski, z żoną Ewą z Bierowskich. Trzecia część należała do parafii. Ksiądz Wiśniewski pisząc o trzech chruszczobrodzkich dworach podaje, że ten Grabiańskich położony jest na zachód (nie precyzując, niestety, na zachód od czego), Byszyńskich (?) na wschód, a trzeci, Rogowskich, nie wiadomo dokładnie gdzie. Najwyraźniej właśnie ten „zachodni” dwór to dawne, zaginione Mirzowice.
Do kwestii dworów jeszcze za chwilę wrócimy, teraz przyjrzyjmy się okolicznym lasom. W wydanych przez Władysława Semkowicza „Materiałach do słownika historyczno-geograficznego województwa krakowskiego w dobie Sejmu Czteroletniego” znajdujemy ciekawy ich opis, obrazujący ich stan u schyłku XVIII wieku. „Parafia Chruszczobród – pisze Semkowicz – posiada dużo lasów. Na północny wschód ciągną się one od Wiesiółki przed rzeczką Mitręgą ku północy, gdzie łączą się z lasami parafii Ciągowice i Siewierz. Północną ich granicę stanowi potok „Zimna Wódka” płynący od zarosłego stawu „Kulkow” ku zachodowi, gdzie między młynem chruszczobrodzkim, czyli mierzejowskim, a stawem kuźnickim, wpada do Mitręgi. Stawek ten, nazywany też „o graniczniku Stagnum Cruscinis” ma stanowić wschodnią granicę Księstwa Siewierskiego, która biegnie dalej na południe przez połowę stawu leżącego przy młynie wsi Wiesiółki. „czego znakiem jest kopiec prosto od młyna na stajanie ku zachodowi”. O przebieg tej granicy toczy się spór z dziedzicem wsi Wysokiej. [gatunki drzew występujące w tym lesie możemy pominąć, a dalej:] Na południowy zachód ciągną się od Wiesiółki, Głazówki i Knalówki aż do Tucznobaby wielkie lasy klucza sławkowskiego, łącząc się z lasem Rokitna, Niegowonic i Łęki. Brzegiem ich idzie granica Księstwa Siewierskiego, która biegnie dalej ku południowemu zachodowi rzeką Trzebyczką. […] Od Tucznobaby do Sikorki są tylko „krzaki sosnowe nieużyteczne, czyli zarośla na piaskach”. Krzaki te ciągną się od południa na zachód, gdzie łączą się z lasem Trzebiesławic, i od zachodu na północ „już donośne drzewo mające” aż po dwór Mierzejowice i do rzeczki Mitręgi, gdzie dotykają lasu spornego i łączą się z zaroślami i borem Gołuchowic. Na zachód od Chruszczobrodu rośnie w polu lasek sosnowy zwany „Brzeziny”. Na drodze z Chruszczobrodu do Wiesiółki, leży smug „Głęboki Dół”, uchodzący z lewego brzegu do Mitręgi.”


Tzw. "mapa Renscha", pocz. XIX wieku. jedna z kilku map, na których dobrze widać okoliczne lasy. Uwaga: mapa jest inaczej orientowana, to znaczy północ jest przy lewej krawędzi. Stąd na przykład Trzebyczka znalazła się na prawo od Chruszczobrodu.

Tyle opis lasów parafii Chruszczobród. Tekst zawiera sporo nazw miejscowych, w większości istniejących do dziś, choć czasami - myślę - zapomnianych. Intrygujący jest ten potok „Zimna Wódka” – do dziś w lesie między Ujejscem a Chruszczobrodem jest maleńki, zarastający staw o takiej nazwie. Wiem, bo jeżdżę tamtędy na rowerze. Ale dla nas najważniejsze są teraz te dwie informacje: pierwsza o „młynie mierzejowskim” druga o dworze Mirzejowice.

A JEDNAK WIEŚ
Mirzowic dziś już nie ma. Ksiądz Wiśniewski w 1935 roku pisał nawet: „Nikt o nich nawet nie słyszał”. Znikły na przestrzeni XIX wieku. I to znikły do tego stopnia, że późniejsi historycy zaczęli je utożsamiać z… Mierzęcicami. Jako pierwszy ten błąd podał bodajże „Słownik geograficzny Królestwa Polskiego…”, chyba za nim powtórzył go w cytowanym na wstępie fragmencie Kantor-Mirski, a ostatnio B. Ciepiela – ten ostatni, mimo iż wiedział, że to nieprawda. Są na szczęście stare mapy, w których kocham się od dzieciństwa, gdzie owe Mirzowice możemy znaleźć. Niestety, nie w okolicach leśniczówki Rynek, o której pisałem wyżej, ale nieco bardziej na północ.
Najstarszą mapą, na której przedstawiono „dwór Mierzejowice” jest „Mappa szczegulna Woiewodztwa Krakowskiego i Xięstwa Siewierskiego”, sporządzona w roku 1787 przez Pułkownika Wojsk Koronnych JKM Karola de Pertheesa. Dwór usytuowany jest na skraju Lau, nad rzeką Mitręgą, niemal przy końcu drogi łączącej bezpośrednio (nie przez Ujejsce) Wojkowice Kościelne z Chruszczobrodem. Droga ta niestety już nie istnieje – może jedynie w postaci którejś z polnych drużek.



Niemal powtórzoną informację znajdziemy na wydanej w roku 1929 „Mapie Województwa Krakowskiego w dobie Sejmu Czteroletniego 1788 – 1792” Karola Buczka (pod kierunkiem W. Semkowicza) – tutaj „dwór Mierzejowice” umieszczony jest w tym samym miejscu, poniżej stawu na Mitrędze.



Jak wynika z kolejnej chronologicznie mapy (arkusz 103 atlasu wydanego w roku 1809 przez Instytut Geograficzny w Weimarze) ten młyn nazywał się Borowice.



Najlepszy przegląd sytuacji daje nam z kolei „Topograficzna Karta Królestwa Polskiego” (tzw. mapa kwatermistrzostwa) z roku 1839 – widzimy tutaj, patrząc od północy wzdłuż Mitręgi – najpierw młyn Borowiec, następnie „dwór Mierzeiowice” a poniżej jeszcze Pustkowie (ciekawe, że tylko to ostatnie widoczne jest na dzisiejszych mapach Zagłębia Dąbrowskiego).



W zasadzie podobny obraz widzimy na wszystkich szczegółowych mapach aż do połowy XX wieku. Na mapie Wojskowego Instytutu Geograficznego z roku 1933 (arkusz P47-S28) w miejscu dawnego dworku pojawia się nazwa Chruszczobród-Lorek.



Za to wcześniejsza mapa WIGu, z roku 1925 (ale w oparciu o niemieckie mapy sprzed I wojny światowej) daje ciekawą informację, potwierdzającą tożsamość Mirzowic z dawną własnością Grabiańskich („Grabiański Chruszcz”).



Miejsce to na mapach z okresu międzywojennego i po 1945 roku najczęściej nazywało się Chruszczobród-Kolonia, a obecnie Chruszczobród-Piaski.



Sam młyn Borowiec istnieje jeszcze na tej rosyjskiej mapie i powojennej topograficznej (gdzieś tak z lat 50):



Powyżej, w miejscu nieco zabrudzonym, znajduje się miejsce, gdzie dawnej stał dwór Mirzejowice.

Skoro już wiemy, ze od końca XVIII wieku, dawne Mirzowice – już jednak nie pod własną nazwą a jako część Chruszczobrodu – należały do Grabiańskich, chociaż pokrótce, bez głębszych badań genealogiczno-heraldycznych, powiedzmy teraz, co na ten temat wiemy. Wiek XVIII zna przynajmniej dwóch Józefów Grabiańskich, jeden pieczętował się herbem Starykoń, drugi Świeńczyc.


Herb Świeńczyc według wikipedii.

Jak wynika z tablicy nagrobnej, znajdującej się w chruszczobrodzkim kościele, w naszym przypadku chodzi o tego drugiego. Rodzina znana w województwie krakowskim przynajmniej od XVII wieku, jakiś Mikołaj Ludwik był w roku 1679 sekretarzem królewskim. Nie wiemy dokładnie kiedy ani w jakich okolicznościach Józef Grabiański odziedziczył Mirzowice po Przyłęckich. Po raz pierwszy jako „dziedzic części Chruszczobrodu” pojawia się wraz z żoną Agnieszką z Kmitów w roku 1760 – w tym roku urodził im się syn Franciszek. O ile w dokumenty kościelne nie wkradł się jakiś błąd, to w 1762 roku chrzcili kolejnych dwóch synów: Walenetego-Józefa-Macieja oraz Felicjana-Antoniego-Jana, a dwa lata później jeszcze Aleksandra-Józefa-Gabriela (oprócz synów mieli jeszcze córkę Agnieszkę, wydaną w roku 1772 za Michała Rogawskiego vel Rogowskiego). Agnieszka (żona Józefa) zmarła młodo, w wieku 35 lat w roku 1768 i została pochowana pod amboną w kościele. Józef przeżył żonę o 36 lat – zmarł w roku Insurekcji Kościuszkowskiej, pochowany w kościele. Synowi wiedli przykładne życie drobnej szlachty: Franciszek z żoną Katarzyną pod koniec XVIII wieku został dziedzicem Niegowonic, Walenty pozostał w Mirzowicach, gdzie zmarł „nagle (w wieku 66 lat) w roku 1813. Dłużej żył Antoni (czyli pewnie Felicjan-Antoni…), chorąży kawalerii narodowej, zmarły w roku 1842. Któryś z braci – nie wiem który – miał syna Tomasza, ożenionego z Józefą z Rogowskich, którzy z kolei mieli przynajmniej dwoje dzieci, zmarłych „w kwiecie wieku”: Józefę i Józefa.
Część Chruszczobrodu należąca do Grabiańskich (dawne Mirzowice) nie była w tym czasie zbyt rozległa. W latach 1790-1792 obejmowała 29 domów (w tym to, co najważniejsze: dwór, karczmę i młyn) oraz liczyła 106 mieszkańców. W roku 1827 sam folwark obejmował 373 morgi powierzchni (reszta tej części Chruszczobrodu dodatkowe 507 mórg). W roku 1879 odkryto tutaj pokłady galmanu.



Niestety nie zachowały się żadne zdjęcia dawnego dworu Mirzejowice. Zapewne wyglądał podobnie jak inne "zagłebiowskie" dwory, także dziś już nie istniejące, takie jak w Twardowicach i Malinowicach (obie ilustracje z "Budownictwa drzewnego..." Zygmunta Glogera).

Nie odnaleźliśmy miasta, chociaż mamy Rynek. Poszukiwania historyczne doprowadziły nas za to do odkrycia nieistniejącej już wioski i wyprostowania nieprawdziwych informacji, pojawiających się tu i ówdzie, łączących owe Mirzowice z położonymi kilkanaście kilometrów na wschód Mierzęcicami. Zawsze to coś. Mały okruch historii, warty uwagi i kronikarskiej wzmianki. Gniazdo rodowe Mirzowskich znikło w otchłani wieków, podobnie zresztą jak sama rodzina. Dosyć znaczący u schyłku średniowiecza ród znikł, a wraz z nim i pamięć o nim. Przetrwała tylko legenda o mieście, które miał założyć jakiś Jan albo Mikołaj. Poza owym rzeczywiście tajemniczym Rynkiem nic z tej legendy do dziś nie zostało. Mogło też być tak, że Szwedzi, którzy jako regiment rajtarów pojawili się w okolicy w czasie oblężenia Krakowa (1655) w celach – że tak powiem – aprowizacyjnych, zniszczyli wieś, a jej pozostałości (dwór, folwark) weszły później w skład pobliskiego Chruszczobrodu. To wszystko jednak są już tylko spekulacje, a pytań rodzi się więcej niż odpowiedzi. Na niektóre z nich być może udało się niniejszym odpowiedzieć.

* * *
Jest to znacznie rozszerzona wersja tekstu „W poszukiwaniu zaginionego miasta”, który ukazał się na łamach dąbrowskiego „Pulsu Zagłębia” gdzieś przed rokiem 2000, a następnie wszedł jako rozdział do książki „Na tropach legendy… Szkice z dziejów Zagłębia”, Będzin 2003 (zob.: Bibliografia). W najbliższym czasie dodam jeszcze kilka współczesnych zdjęć, m.in. z okolic Rynku i miejsca, gdzie kiedyś stał dwór Mierzejowice – to tylko parę kilometrów rowerem przez las, no ale muszę się wybrać. Ale to zapewne dopiero po urlopie.

PS. Przeglądając stare notatki znalazłem pierwszą, jeszcze rękopiśmienną wersję tekstu - tak się kiedyś pracowało:-)

PO LATACH od napisania tego tekstu odbyłem wycieczkę w poszukiwaniu Mirzowic i młyna Borowiec. Relacja TUTAJ.