czwartek, 10 stycznia 2013

NASZE CZECHY - VIKŠTEIN


Czas mija. Już pół roku tak sobie obiecuję, że pora jakoś upamiętnić nasze ostatnie wakacje, wzorem roku ubiegłego. Tyle się działo, tyle zdjęć. Kilka wyjazdów w różne miejsca, głównie do naszych południowych sąsiadów. Nie da się tego zrobić tak od razu. Lepiej opisać – i pokazać – fragmentami. Na początek – VITKOV PODHRADI i zamek VIKŠTEIN.

Pojechaliśmy tam zaraz na początku lipca całą siedmioosobową rodziną. Plan nie był doprecyzowany – ideą tego lata była lekko kontrolowana improwizacja. Tylko pierwszy cel był ściśle określony: ZOO w Ostrawie. Od czasu, jak mamy dzieci, lubimy zwiedzać różne ogrody zoologiczne, tworząc prywatny ranking, taki na własny użytek. Zaczęło się od Opola, ale kto nie widział na przykład takiego ZOO w Pradze, ten niczego nie widział:

Safari w centrum Pragi. Gdyby obiektyw skierować trochę bardziej w lewo, może widać byłoby Hradczany.

Ale wracając do adremu: najpierw była Ostrawa, a potem trzeba było poszukać czegoś na nocleg. Wybór padł na Vitkov-Podhradi, miejsce, które Kramla pamiętała z jakichś kolonii z dzieciństwa. No i pojechaliśmy.

Trafiliśmy na pole namiotowe, a że upał był niemiłosierny (pamiętacie te ubiegłoroczne lipcowe upały?), strzał okazał się w dziesiątkę. Namiot tuż nad szumiącą rzeką, w wąwozie, z dala od cywilizacji, jedna hospoda z piwem po 23 korony (jedną desitku prosim – jak zwykle preferowałem moją łamaną polsko-rusko-czeszczyznę). Ani jednego grilla!!! Przed każdym namiotem ognisko. O drzewo trzeba zadbać już rankiem. Świt, 6 rano, a tu u sąsiadów łup, łup. Pożyczyłem piłę i siekierę, poszedłem do lasu. Potem w spiekocie ciąłem to drzewo, pot lał się strumieniami, zapier… wakacyjny od samego rana. Z każdym dniem przybywało nam sąsiadów: niektórzy przyjeżdżają tu od 17 lat, niektórzy od 30, teraz już z wnukami. Całe rodziny – wanienki, pieluchy, sznury na bieliznę.

Rzeka Morawica w pełnej krasie. Dla dzieci raj - można się pluskać, kamieniami spiętrzać wodę, budować tamy a nawet płynąć z nurtem rzeki. Upał był taki, że woda cieplutka.

 Widok z namiotu na Milenkę, rzekę i przeciwległy brzeg.

 Antek zobaczył motor i chciał się sprędać. Aż w końcu go dosiadł.

 No tak, przyjechał Polak na czeski camping z grillem. Ale to tylko pierwszego dnia. Kupka drzewa na ognisko juz zaczyna rosnąć. (Fotka +18)
 Sądząc po strojach i minach to pewnie leniwy poranek. Tata w tym czasie rąbie drzewo.

Cały tydzień siedzieliśmy nad ta wodą i tylko jedną wycieczkę zrobiliśmy – oczywiście na zamek. W końcu nazwa PODHRADI zobowiązuje. A Gobbo nie byłby Gobbem, gdyby na jakis zamek rodziny nie wyciągnął.

Wyprawa zaczęła się od przeprawy przez rzekę, bo zamek leży po drugiej stronie, w odległości paru kilometrów. Wcześniej sfotografowałem mapę – co zawsze niezmiernie śmieszy Kramlę, ale ja bez mapy się nie ruszam (nie mylić z dżi-pi-esem).


Trasa naszej wycieczki - pomarańczowymi kropkami.


Na rozdrożu. Na zamek już niedaleko,. ale cały czas pod górę. Żeby nie było, ze stanowimy arabski model rodziny - ja Milenkę niosłem na barana.
Po godzinie marszu doszliśmy na miejsce. Zamek VIKŠTEIN, a właściwie to, co z niego pozostało, przypominało mi nieco polskie klimaty. W sensie że: ruiny. Okazuje się, że nie wszystkie czeskie zamki są dobrze zachowane. (Tak na marginesie, bo pewnie nie będę do tej myśli wracał: trochę mnie śmieszy określenie: czeskie zamki. Jakie czeskie? Popatrzcie na nazwy: Vikstein, Stremberk, Bouzow, Pernstein etc. Od bitwy pod Białą Górą Czesi siedzą w hospodzie a bohaterowie narodowi sytuują się gdzieś pomiędzy Szwejkiem a Jarą Cimrmanem.)

No więc – w Vikšteinie mogłem się poczuć jak na „mojej” Jurze. Stan zachowania zamku podobny. Wprawdzie widoczne ślady innej jakby kultury – ławeczki, śmietniki, tablice informacyjne, nic nie zniszczone, nawet miejsce do palenia ogniska w centrum czegoś, co niegdyś było dziedzińcem…

 Na dziedzińcu. Widok w stronę wejścia/wyjścia. Po prawej stronie fragment najstarszej części zamku.

 Ten sam dziedziniec, bliżej wyjścia, z widokiem na renesansową rozbudowę.

Teraz trochę historii, bo w Polsce to miejsce jest raczej mało znane, choć tak blisko, na granicy Śląska i Moraw. Miasto Vitkov (jakieś 6 tysięcy mieszkańców, czyli coś w stylu naszego Siewierza czy Sławkowa, jeśli brać moją najbliższą okolicę) założył niejaki Vitek z Lublic. Istnieją jeszcze wersje że pochodził z Heraltic albo Krawař. Może miał problemy z tożsamością, więc założył własne miasto, nazywając je Vitkov. Pierwsza wzmianka o mieście pochodzi z roku 1301, tego samego, z którego jest pierwsza wiadomość o Będzinie. Mniej więcej w tym samym czasie nieco na północ od Vitkova powstał zamek Vikštein. Według innej wersji miał tego dokonać jakiś potomek pana Vitka około 1377 roku – nie będziemy się spierać.

 Rekonstrukcja najstarszej, centralnej części zamku.

 Plan całego założenia. Grubą czarną linią oznaczono średniowieczną część zamku, reszta to już renesansowa rozbudowa. To przedpole otoczone wałami na północy (u góry) pochodzi z czasów wojny trzydziestoletniej. Potem drewniany most przez fosę i wejście, pomiędzy ruinami renesansowych budowli, na dziedziniec główny. Po lewej stronie zaznaczono sklepy (czyli piwnice) do przechowywania piwa. 

 Stan ruin w roku 1959.

Stan ruin w roku 1973.

Panowie z Vikšteinu dzierżyli zamek i okoliczne wsie do roku 1394, kiedy przejął go Przemek I Opawski. Jeden z kolejnych właścicieli, Budziwoj z Morawicy, około 1465 wpadł w konflikt z królem Jerzym z Podiebradów, który zamek skonfiskował i przekazał wiernemu hejtmanowi Bernardowi Birkowi z Nasile. W roku 1474 zamek był oblężony w czasie wojen czesko-węgierskich. Zamku dzielnie broniła synowa Bernarda, żona Hynka razem z Janem Detochem z Šumwaldu i Janem Čapkiem z Valteřowic. Dopiero posiłki, które otrzymał Maciej Korwin, pozwoliły zdobyć zamek. W XVI wieku zamek został rozbudowany w duchu renesansu, następnie (w czasie wojny trzydziestoletniej) wzmocniony ziemnymi bastionami.
  
Żeby nie przedłużać – zamek ciągle zmieniał właścicieli, od czasów wojny trzydziestoletniej o takich czysto czeskich nazwiskach jak Krzysztof Egstein na przykład. Ostatnimi właścicielami zamku, który od XVIII wieku stawał się coraz większą ruiną, byli jacyś rosyjscy Rozumowscy, którym odebrano majątek na mocy dekretu Benesza w roku 1945. W latach 70. ostatniego stulecia ruiny uporządkowano. Ostatnie prace wykonano w 2011 roku – może właśnie dlatego wszystkie ławeczki, tablice itp. były w dobrym stanie.

Dzisiaj wygląda to mniej więcej tak:

 Centralna, najstarsza część zamku z wejściem. Widok od strony zachodniej.

Ten sam mur, tylko bardziej w lewo.
 Międzymurze od strony wschodniej.

 Widok na dziedziniec wewnętrzny tej średniowiecznej budowli od południo. Widoczne wejście do renesansowych piwnic. W sumie to wygląda niemal jak sceneria do Hobbita.

Wejście do piwnicy wewnątrz tego dziedzińca w części średniowiecznej.

 Wejście do piwnic w południowej części renesandsowej.

 Wnętrze tej piwnicy.

 Marta przed wejściem do tej piwnicy.

 Mur arkadowy w części renesansowej.

 Dawne stajnie w części renesansowej.

 Tata zmęczony ale radosny. W tle wieża widokowa - w miejscowym narzeczu: wyhlidka.

Dominika na wyhlidce z widokiem na dolinę Morawicy.

To, co czeskie tygrysy lubią najbardziej, czyli sklep (po naszemu: piwnica) gdzie chłodzono piwo. Pomieszczenie to dzisiaj służy nieco innym celom, ale póki co zapachów jeszcze nie da się wstawiać na bloga.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza