środa, 13 stycznia 2021

STYCZEŃ 1945 W STRZEMIESZYCACH


12 stycznia 1945 rozpoczęło się wielkie uderzenie Armii Czerwonej, zwane operacją styczniową lub wiślańsko-odrzańską. Częścią tego ataku była przeprowadzona siłami 1 Frontu Ukraińskiego marszałka Iwana Koniewa operacja sandomiersko-śląska, która doprowadziła m.in. do opanowania Krakowa, Zagłębia i Górnego Śląska. Rosjanie, korzystając z olbrzymiej przewagi – zarówno technicznej (może bardziej ilości niż jakości) jak i ludzkiej, nie wdawali się w wyczerpujące walki. Większe ugrupowania przeciwnika starano się zamykać w kotłach i zmuszać do kapitulacji. Taktyka ta, mimo oporu niemieckiej 4 armii, okazała się na tyle skuteczna, że pierwszy plan operacji zakończył się już ok. 18 stycznia, na 5 dni przed zaplanowanym terminem. O pogubieniu niemieckiego dowództwa może świadczyć postawa dowódcy Grupy Armii „A” gen. Josefa Harpego, który widząc możliwość utraty Krakowa przeniósł swój sztab do… Częstochowy. Uczynił to 16 stycznia, dzień przed pojawieniem się pod Jasną Górą radzieckich oddziałów… Zapłacił za to utratą stanowiska – 18 stycznia dowództwo nad GA „A” objął jeden z ostatnich zaufanych dowódców Hitlera – gen. Ferdinand Schörner. Zmianie dowództwa nie towarzyszyło jednak wzmocnienie obrony nowymi oddziałami. 18 stycznia Armia Czerwona stała u progu Zagłębia. Niemcy, którzy za wszelką cenę chcieli obronić ważny węzeł przemysłowy, znaleźli się w okrążeniu – forpoczty Armii Czerwonej znajdowały się już na ich tyłach i dochodziły do Odry. Ciekawe, że zostawiono jednocześnie kilkukilometrową lukę między Mikołowem a Tychami, przez którą Niemcy mogli wydostać się z okrążenia w kierunku Śląska Cieszyńskiego i Czech. Trudno jednoznacznie określić, czy było to niedopatrzenie, błędy dowództwa, niedopatrzenie czy tez może świadomy zamiar uchronienia górnośląskiego i zagłębiowskiego przemysłu. Manewr ten nazwano operacją „Złote Wrota”. 

 Operacja sandomiersko-sląska

Za zdobycie terenów przemysłowych odpowiedzialna była przede wszystkim 59 Armia gen. Iwana Korownikowa. Na jej lewym skrzydle (na północ od linii Zawiercie-Bytom) operowała 21 Armia, na południe zaś, zdobywając Kraków, 60 Armia. Było to pewne odejście od pierwotnego (z listopada 1944 r.) planu operacji, który zakładał przejście 1 Frontu Ukraińskiego północną stroną Górnego Śląska prosto na Wrocław i dalszy szybki marsz na Berlin) spowodowane późniejszym startem i wolniejszym tempem natarcia prawego skrzyła 4 Frontu Ukraińskiego, przebiegającym m.in. w trudnym górzystym terenie, na południe od pasa działań 59 Armii. Koniew musiał się więc zająć opanowaniem Krakowa a później Śląska i Zagłębia. 18 stycznia wydał podległym sobie oddziałom nowe dyrektywy, zakładające przekroczenie (przez 21 Armię) odry na zachód od Opola, podczas gdy pozostałe armie lewego skrzydła – 59 i 60 – miały współdziałać w zdobyciu Krakowa i dalszym marszu na zachód. Zagłębie było pośrodku. Ze strony niemieckiej odcinek Kraków – Śląsk broniony był przez 17 Armię gen. Schulza, który dysponował bardzo osłabionym 48 korpusem pancernym (dodajmy: pancernym z nazwy, gdyż w jego składzie działały dwie dywizje piechoty, wsparte brygadą dział szturmowych oraz batalionem niszczycieli czołgów) oraz 11 i 59 korpusami armijnymi. Linia obrony osiągała długość 160 km (od Krakowa do Wielunia) co stwarzało konieczność słabszej obrony mniej istotnych z punktu widzenia militarnego regionów (jak Kraków, stolica Generalnej Guberni, który był istotny bardziej z politycznych i prestiżowych względów).

W skład radzieckiej 59 Armii wchodziły dwa korpusy piechoty (43 oraz 115, częściowo zaangażowany także w walki o Kraków oraz (od 14 stycznia) 4 Korpus Pancerny Gwardii i 117 Dywizja Artylerii. 

Radziecki plan natarcia (wszystkie ilustracje w tekście pochodzą ze strony: PAMIĘĆ NARODU

Bezpośredni atak na tereny przemysłowe Zagłębia przeprowadziły siły 43 Korpusu (bardziej na północ – n wysokości Ząbkowic – szły oddziały 55 Korpusu z 21 Armii).  W jego skład wchodziły 3 dywizje strzeleckie (piechoty): 13, 80 oraz 314 (rezerwowa). (13 dywizja nie była na ziemiach polskich po raz pierwszy – wzięła udział także w agresji na Polskę we wrześniu 1939 roku, teraz szła dokończyć dzieło.) 18/19 stycznia, u progu natarcia, ugrupowanie korpusu przedstawiało się w sposób następujący: sztab korpusu w Wolbromiu, 13 DS (119, 172 i 286/296 pułki strzeleckie) na linii Braciejówka-Michałówka-Sułoszowa (sztab dywizji w Jangrocie), 80 DS (77, 153 i 218 pułki strzeleckie) w trójkącie Klucze-Chechło-Rodaki (sztab w Kwaśniowie Górnym). 19 stycznia o świcie wszystkie te oddziały zaatakowały w kierunku zachodnim. W walkach pod Michałówką w szczególności wykazał się Atak ten poprzedzony był stosunkowo dalekim zwiadem – kilkunastoosobowa grupa żołnierzy rosyjskich została jednak zaskoczona przez Niemców w zabudowaniach gospodarczych na Łanach (Strzemieszyce Małe) i brutalnie zabita. W dziennikach bojowych atakujących pułków Armii Czerwonej brak jest jakiejkolwiek wzmianki o tym wydarzeniu. Jak mówiono: u nas ludiej oczień mnoga… Trudno też określić, z jakiej jednostki konkretnie jednostki pochodzili żołnierze, najprawdopodobniej z któregoś pułku 80 lub 13 dywizji strzeleckiej. Oddziały zwiadowcze istniały zresztą na różnych szczeblach dowodzenia, zarówno w poszczególnych pułkach jak i dywizjach.

Ogólne położenie wojsk 42 Korpusu 19 stycznia 1945

Dowództwo Wehrmachtu świadome istniejącego zagrożenia niemal całą swoją nadzieję pokładało w liniach obronnych, w tym przechodzącą przez wschodnie obszary dzisiejszej Dąbrowy Górniczej linii b-2. Jeszcze 18 stycznia do pracy nad tymi umocnieniami skierowano 10 tysięcy ludzi (Polaków, jeńców) a liczbę tę planowano zczterokrotnić. 

21 stycznia siły 43 korpusu dotarły do Białej Przemszy, ale w regionie Sławkowa, Jaworzna i Szczakowej natrafiły na silny opór. Pułki 13 DS atakowały na przemian z rezerwową 314 DS Piotra Jefimienki. Niezwykle istotnym punktem oporu Niemców było ujęcie wody pitnej dla Górnego Śląska w Ryszce (na południe od Sławkowa), jej przepompownia w Maczkach oraz węzeł kolejowy w Szczakowej. Odpowiedzialny za ten odcinek dowództwa 48 korpusu pancernego gen. Maximilian von Edelsheim za wszelka cenę postanowił zatrzymać sowiecka ofensywę na wschód od tych punktów. o zaciętości walk może świadczyć okrążenie oddziałów 4 Korpusu Pancernego Gwardii już po zdobyciu przez nie mostów w Jeleniu i Brzezince oraz nieudana próba zdobycia z marszu Sławkowa. Przeprowadzony nocą z 20 na 21 stycznia ponowny atak na miasto siłami 314 DS także został odrzucony przez 222 pułk piechoty z 75 dywizji, po czym Niemcy przeszli nawet do kontrnatarcia; dopiero 22 stycznia, po nawale artyleryjskiej i kolejnym szturmie, Sławków został zdobyty. Droga w kierunku Strzemieszyc stanęła otworem. W walkach na dalekich przedpolach miasta, w okolicach Michałówki, szczególnym czynem wsławił dowódca załogi działa 45 mm z 115 samodzielnego batalionu przeciwpancernego, Władymir Madziar. Bezpośrednim ogniem swego działka zniszczył dwa gniazda niemieckich karabinów maszynowych, za co został odznaczony Orderem Chwaly III stopnia

 Władymir Madziar

Natarcie 43 Korpusu 20-21 stycznia 1945

Natarcie 43 Korpusu 21-23 stycznia

Wszystkie pułki 13 DS, przez Kozioł (gdzie miało miejsce starcie sił pancernych) i Zakawie, ruszyły prosto na zachód, podczas gdy 314 DS atakowała przez lasy nad Białą Przemszą na Niwę i Dębową Górę. Z 13 dywizji najbardziej na południe posuwał się 119 pułk strzelecki, północnym skrajem lasu, wzdłuż linii kolejowej, 172 pułk nacierał wzdłuż drogi Sławków-Strzemieszyce a 296 na północ od niej. Także w kierunku Strzemieszyc, na Krakówkę i Lipówkę, szło natarcie 80 DS. Opór niemiecki w tym regionie rósł z dnia na dzień, niemiecka 75 dywizja otrzymała posiłki. Radzieckie dzienniki bojowe wyliczają po kilka, kilkanaście kontrataków dziennie, zazwyczaj siłami do jednego batalionu wspartego czołgami i samochodami pancernymi (to jeden z takich kontrataków pozostał w pamięci mieszkańców jako bitwa pancerna na Koźle). W tym samym czasie obchodząca od północy Zagłębie i Górny Śląsk 21 Armia docierała już do Odry w okolicach Opola…

Wróćmy na chwilę do owej pancernej „bitwy na Koźle”, na zachód od Sławkowa. W zachowanych dokumentach trudno doszukać się wzmianek o takim starciu. Dzienniki bojowe Armii Czerwonej wspominają liczne (po kilka dziennie) kontrataki jednostek Wehrmachtu, zazwyczaj w sile do jednego batalionu, wspartymi jakimiś siłami pancernymi (rosyjskie określenie „tank” w tym przypadku nie musi oznaczać stricte czołgu, ale wszelkiego rodzaju broń „czołgopodobną”, jak działa szturmowe czy niszczyciele czołgów). Na tym odcinku nie działała żadna niemiecka formacja pancerna. Co więcej – także radziecki korpus pancerny atakował bardziej na południe i żaden z jego pułków pancernych jak się wydaje nie zapuścił się w okolice Sławkowa i Strzemieszyc. Oczywiście nie można wykluczyć samodzielnych pododdziałów z poziomu korpusu czy nawet armii, niemniej jednak mogło być i tak, że stosunkowo niewielkie starcie sił piechoty wspartej bronią pancerną przez okolicznych mieszkańców, którzy przez cała wojnę nie oglądali takich zmagań, mogło być określone jako „pancerna bitwa”. Nie rozstrzygając tej kwestii w tej chwili, pozostawmy ja jednak do przyszłych poszukiwań i rozważań.

Jeden z niemieckich kontrataków, już w pasie działania 21 Armii, na północ od Strzemieszyc – atakowi piechoty towarzyszyło 13 „tanków”.

Mimo zaciętych walk położenie sił 43 Korpusu niewiele się zmieniło. 24 stycznia o świcie sztab Korpusu znajdował się w Olkuszu; sztab 80 DS w Łośniu a jej oddziały w lasach na północ od Strzemieszyc (77 PS w Świerczynie, 153 PS w Tworzniu, 218 PS na północ od drogi Łosień-Gołonóg); sztab 13 DS na przedpolach Strzemieszyc Wielkich (119 PS nadal atakował Strzemieszyce wzdłuż drogi i linii kolejowej, podczas gdy dwa pozostałe pułki przesunęły się bardziej na południe – 296 PS nacierał na Grabocin, 172 PS na Ostrowy); pułki 314 DS wychodziły już z lasu na północ od Maczek. Dokładna analiza ruchów i natarć wykracza poza potrzeby niniejszego historycznego rekonesansu. Już z samej analizy map sztabowych wyłania się obraz być może niezamierzonego, ale jednak chaosu: poszczególne bataliony, a nawet całe pułki, na przestrzeni godzin zamieniały się pozycjami. Przykładowo: 77 PS z 80 dywizji, który 24 stycznia znajdował się najbliżej Strzemieszyc Wielkich (Świerczyna) zaatakował wprost omijając Strzemieszyce od północy, podczas gdy znajdujące się bardziej na północy 153 PS zaatakował wprost na południ i wdarł się do Strzemieszyc od strony północnej.

Położenie 13 i 314 Dywizji Strzeleckiej rankiem 24 stycznia

Uporczywe i skuteczne utrzymywanie przez Wehrmacht wschodnich podejść do regionu przemysłowego pozwalało wprawdzie na reorganizację sił, przegrupowania a w ostateczności nawet wyjście z okrążenia części wojsk, ale w dłuższej perspektywie niczego zmienić nie mogło. Stopniowa, systematyczna utrata kluczowych punktów obrony powodowała także wzmożenie się dezercji. Tracący już cierpliwość Koniew wydał 43 Korpusowi rozkaz natarcia przez Gołonóg i Dąbrowę Górniczą w kierunku Katowic; atak ten oskrzydlały siły 55 Korpusu (z 21 Armii) na północy) oraz 115 Korpusu i 4 Korpusu Pancernego Gwardii od południa. Natarcie rozpoczęło się 26 stycznia i kolejnego dnia przyniosło opanowanie praktycznie całego obszaru Zagłębia Dąbrowskiego. Do historii Wielkiej Wojny Ojczyźnianej przeszedł Iwan Pawłowicz Kamyszew (1925-1945) żołnierz 172 pułku 13 dywizji strzeleckiej. Na co dzień obsługiwał karabin maszynowy, ale 26 stycznia 1945 roku, w czasie walk w Zagłębiu, wraz z czterema towarzyszami zaatakował niemiecki konwój. Z wiązką granatów rzucił się pod pierwszy pojazd w kolumnie, wysadzając go w powietrze i ginąc przy okazji. Kolumna transportowa została zatrzymana i zniszczona, a Kamyszew, pochowany w zbiorowej mogile na wschód od Czeladzi, został odznaczony tytułem Bohatera Związku Radzieckiego.

 Iwan Kamyszew

W uznaniu zasług za zdobycie/wyzwolenie Dąbrowy Górniczej  5 kwietnia 1945 roku otrzymała tytuł i prawo dołączenia do nazwy członu „Dąbrowska” – 13 Dąbrowska Dywizja Strzelecka. W Petersburgu zaś (dawnym Leningradzie, gdzie dywizja była sformowana) istnieje muzeum prezentujące jej szlak bojowy.

wtorek, 24 listopada 2020

CZYSTA (śladami świętej Katarzyny w Ujejscu, Grzywnie, Będzinie i na Synaju)

Styczeń 2020. Pandemia za progiem. Jeszcze nie wiemy, jak za kilka tygodni będzie wyglądał świat. Na razie wszystko jest hen za górami. Takimi jak te, w różnych kolorach żółci i brązu, spieczonych słońcem. Dokładnie jak 3200 lat temu, kiedy wędrował przez nie Lud. Patrząc na okolicę, nic dziwnego ze Lud szemrał. I buntował się. Nic tu nie ma, jeśli nie liczyć skał i piasku. Z kolorów, oprócz tych żółci i brązów, jest jeszcze błękit nieba. To wszystko. Nawet jadąc szybkim busem w towarzystwie młodego małżeństwa z Arabii Saudyjskiej jakiś rachityczny krzew widzimy średnio raz na godzinę. Tęsknię za zielenią, ale krajobraz jest fascynujący. Chętnie bym wysiadł i wszedł w labirynt skał. Przystanek jest, ale tylko na kawę prażoną w gorącym piasku. Przyautostradowy MOP wygląda jak beduińska wioska. Jest wczesny ranek. Jedziemy do Świętej Katarzyny. 

Katarzyna Aleksandryjska towarzyszy mi od lat, choć dopiero niedawno uświadomiłem sobie jej obecność. Niedługo minie 50 lat, jak rodzice zanieśli mnie do chrztu w Grzywnie koło Chełmży, na krzyżackiej ziemi. Trudno nie kochać się w surowym gotyku, jeśli się jest związanym z takim miejscem. Jeszcze do niedawna nie zastanawiałem się nad patronką tego kościoła, teraz już wiem – to Katarzyna! Zainteresowanych odsyłam TUTAJ (warto!) – ja mam jednak pisać o Zagłębiu.

 Kościół w Grzywnie. Po lewej stronie widać pień drzewa, pod którym znajdują sie groby moich dziadków.

Klamra się jeszcze nie domknęła, czego dowodem jest ten wpis, ale teraz mieszkam kilkaset metrów od kaplicy Świętej Katarzyny. Niewielka, drewniana, stojąca niegdyś w sąsiedztwie dworu, dzisiaj w cieniu nowego kościoła. Warto skręcić i zajrzeć za winkiel – wszak to drugi pod względem wieku – po kościele w Gołonogu – budynek w dzisiejszej Dąbrowie Górniczej. Zabytek jak się patrzy, ale o nim za chwilę. Najpierw opowiedzmy o Katarzynie. A że większość potencjalnych czytelników tego testu korzysta z dowolnego urządzenia wielofunkcyjnego, w tle można (trzeba!) puścić sobie muzykę. Na przykład tę: VESPERAL CANON.

Kim była Katarzyna? Urodziła się w Aleksandrii, w północnym Egipcie, jednej z kolebek chrześcijaństwa, w rodzinie królewskiej. Nie wiemy dokładnie kiedy, gdzieś pod koniec III stulecia, ok. 280 roku. Niektórzy wątpią  w jej istnienie, ja nie. Niewiele jest źródeł mówiących o jej życiu. Zachowane dwa opisy męki i śmierci pochodzące z VI wieku są pełne legend, także o tym, jak znalazła się na Synaju. Ale wspominają ją już IV-wieczni pisarze: Rufin i Euzebiusz z Cezarei Palestyńskiej, pierwszy historyk chrześcijaństwa.

 

Ojcem Katarzyny miał być Kustos (prawie jak kustosz ;) ) który zapewnił córce nie tylko królewski majątek, ale i dobre wykształcenie. Słynęła z urody – o jej rękę starali się najzamożniejsi mieszkańcy Aleksandrii – bezskutecznie: dziewczyna złożyła śluby czystości. Imię zobowiązywało, wszak Katarzyna (Aikatherine) znaczy: czysta. Przyszło jej żyć w naprawdę ciężkich czasach – wkrótce nastąpiło jedno z najdłuższych i najkrwawszych prześladowań chrześcijaństwa, za panowania cesarza Dioklecjana i jego współrządców: Galeriusza, Maksymiana i Konstancjusza I. Dioklecjan „odpowiadał” za wschodnie wybrzeże Morza Śródziemnego (do 305 roku), Maksymian (Maksymin, Maksencjusz) m.in. za północną Afrykę. Najbardziej zagorzałym w prześladowaniach był właśnie Maksymian, który osobiście dopilnowywał realizacji edyktów Dioklecjana. Osobiście przybył do Aleksandrii gdzie wezwał ludność do złożenia ofiary rzymskim bogom. W obronie swoich poddanych wystąpiła m.in. młodziutka, niespełna dwudziestoletnia Katarzyna, podtrzymująca chrześcijan w ich świadectwie wiary i zachęcając władcę do poznania prawdziwego Boga. Maksymian zorganizował dysputę – nawet w czasie okrutnych prześladowań znalazło się jakieś miejsce na dialog. Sprowadzono Katarzynę do pałacu i postawiono przed zgromadzeniem pięćdziesięciu mędrców, filozofów i retorów, którzy mieli ją przekonać, jak bardzo się myli. Rezultat dysputy był zgoła odwrotny – to wielu z dyskutantów nawróciło się na chrześcijaństwo. Skoro mędrcy (mężczyźni) nie dali rady kobiecie – co może być srogą przestrogą na przyszłość i po wsze czasy – Maksymian wysłał do więzienia, w którym przebywała Katarzyna, swoją żonę wraz z oddziałem dwustu żołnierzy, którzy… nawrócili się na chrześcijaństwo. Maksymian się wściekł i skazał dziewczynę na tortury – smagano ją wołowymi żyłami, miażdżono kołem, morzono głodem. Legenda mówi że koło, nabijane hakami, pękło i zabiło oprawców. Męstwo i świadectwo dziewczyny nawróciło samą żonę Maksymiana, która publicznie wyznała, że jest chrześcijanką i poniosła męczeńską śmierć. W końcu wyprowadzono Katarzynę poza mury miasta, na miejsce kaźni, gdzie ścięto jej głowę. Z jej szyi wytrysnęło mleko a ciało zostało przeniesione przez aniołów na Synaj. Tyle historia (dziejąca się gdzieś w przedziale między 307 a 312 rokiem) pomieszana z legendą, nie dojdziesz już dzisiaj, w jakich proporcjach.

Jest jedną z najważniejszych – jeśli w ogóle można tak kategoryzować – kościoła powszechnego, czczona zwłaszcza na Wschodzie (w odróżnieniu od bardziej „zachodniej” św. Cecylii) jako jedna z 14 Wspomożycieli. Jest patronką uczennic krawiectwa, modystek i w ogóle młodych dziewcząt, zakonu katarzynek, sztuk wyzwolonych, notariuszy, adwokatów, prokuratorów, teologów, filozofów, profesorów, studentów, literatów, stowarzyszeń literackich, zecerów. Z uwagi na haki występujące w kole chroni tych, którzy maja do czynienia z ostrymi narzędziami (np. fryzjerów, szewców). Występuje w herbach wielu miast i regionów, także w Polsce (m.in. Działdowo, Nowy Targ, Dzierzgoń). Jej święto jest obchodzone 25 listopada, trzy dni po Cecylii. W ikonografii przedstawiana jest w czasie dysputy z mędrcami lub w chwili męczeńskiej śmierci. Możemy ją też znaleźć, jak na obrazie Bergognona (Ambrogio da Fossano) w chwili mistycznych zaślubin z Chystusem, gdzie maleńki (tu nawiązanie do mleka, który wytrysnęło z szyi Katarzyny) Jezus zakłada jej na palec złoty pierścień. Jeśli już jesteśmy przy malarstwie – malowali ja tacy giganci pędzla i palety jak Hans Memling,  Correggio, Tintoretto, Caravaggio, Rafael i setki innych. Głównymi atrybutami świętej są oczywiście pęknięte koło, korona, królewski strój, księga, miecz i pierścień. A także piorun, który nieopacznie przyjęły sobie za symbol zwolenniczki zabijania nienarodzonych dzieci.

Mistyczne zaślubiny św. Katarzyny z Jezusem, mal. Ambrogio da Fossano (National Gallery, London).

Dużą czcią cieszyła się (czy cieszy?) także w Polsce, gdzie poświęconych jej jest ok. 170 kościołów i budowli sakralnych, także w naszym regionie (kaplica w Ujejscu, kościół w Będzinie-Grodźcu). Szczególna pamiątka związana z jej kultem jest przechowywana w Muzeum Zagłębia w Będzinie, o czym za chwilę. W polskiej tradycji ludowej wigilia św. Katarzyny (czyli 24 listopada) jest wieczorem wróżb dla młodych mężczyzn dotyczących ożenku. Na Mazowszu istniał zwyczaj wkładania pod poduszkę spódnic znajomych dziewcząt, aby we śnie przywołać postać przyszłej żony.


Święta Katarzyna w heraldyce - screen z wiki.

Nie wymieniłem wyżej wszystkich patronatów św. Katarzyny, gdyż jedna dziedzina zasługuje na osobne omówienie: chodzi o wszystkie zawody w jakikolwiek związane z kołem, narzędziem męczeństwa. Na jej pomoc mogą liczyć prządki, młynarze, garncarze, szlifierze, kołodzieje, stelmachowie, woźnice a nawet – rowerzyści i kolejarze. W ujejskiej kaplicy do dziś rokrocznie ma miejsca uroczysta msza w intencji kolejarzy właśnie.

Przyjrzyjmy się zatem lokalnym pamiątkom związanym ze świętą Katarzyną. Skupię się na dwóch: ujejskiej kaplicy i dokumencie z będzińskiego muzeum.

Kaplica św. Katarzyny Aleksandryjskiej w Ujejscu, stan z pocz. lat 90. XX wieku.

Kaplica pod wezwaniem św. Katarzyny Aleksandryjskiej znajduje się na terenie placu parafialnego, w cieniu starych drzew i nowego kościoła. Przez niektórych zwana jest kaplicą kolejową, z uwagi na istniejące do dziś nabożeństwo. Jest jednak starsza niż zawód kolejarz, stąd bliższe prawdzie będzie jej określenie jako kaplica dworska. Jest zagadką historii, dlaczego Ujejsce, jedna z największych okolicznych wsi (dziś dzielnica Dąbrowy Górniczej) aż do czasów nam współczesnych nie miało własnej parafii. Do kościoła w Wojkowicach Kościelnych mieszkańcy wsi (i dworu) mieli jakieś 4 kilometry, niby niewiele, ale podróż taka czasami mogła być uciążliwa. Chyba to skłoniło dawnych właścicieli Ujejsca do ufundowania kaplicy. Data fundacji i budowy nie jest dokładnie znana, choć powszechnie przyjmuje się koniec XVIII wieku. Wskazują na to zarówno lokalna tradycja jak i badania konserwatorskie, a potwierdzić może znajdująca się przed wejściem do kaplicy żelazna tablica z datą 1793.

Płyta przed wejściem do kaplicy, fot. M. Wesołowski.

Kaplica ma dość niezwykły kształt pięciokąta. Według suchej dokumentacji konserwatorskiej: „wolnostojąca, drewniana, oszalowana, na kamiennej podmurówce. Na rzucie prostokąta [sic!] jednoprzestrzenna, od strony prezbiterium zamknięta trójbocznie [czyli jednak… pięciokątna]. Orientowana. Kryta dachem namiotowym, pobitym gontem. Wnętrze zamknięte sufitem drewnianym. Wejście prostokątne, okna trójkątne”. Kilkakrotnie była przebudowywana (choć może bliższe rzeczywistości będzie określenie: remontowana) – najważniejsze prace miały miejsce w latach 1820 i 1934 oraz w latach 70. XX wieku – założono wówczas instalacje elektryczną, naprawiono dach i rynny, przemalowano (po raz kolejny) wnętrze. Wnętrze przemalowywane było zresztą kilkukrotnie, o czym świadczą kolejne warstwy malarskie, których konserwatorzy dopatrzyli się przynajmniej pięciu. Pod obecną białą warstwą znajdują się olejne, barwne, z motywami geometrycznymi, których odsłonięty świadek można oglądać do dziś, na prawo od wejścia, patrząc od wnętrza kaplicy.

Kaplica Św. Katarzyny - zachowane fragmenty oryginalnej polichromii.


Zachowany świadek, fot. M. Wesołowski.

Wewnątrz kaplicy zachowały się dwa razy po trzy rzędy drewnianych barokowych ławek i ołtarz, także barokowy, z końca XVIII wieku, o czym świadczy najstarsza, błękitna warstwa polichromii. Sam ołtarz tez kilkukrotnie był odnawiany (ostatnio w latach 2005-2006) często zmieniając swoją kolorystykę. Jeden z lokalnych rzemieślników, jakiś odległy przodek mojej żony, wyrył nożykiem na tylnej desce: „Renovatio 1835, Franciszek Kramarczik stolarz”.

Ołtarz - z wyjętym do konserwacji obrazem MB Częstochowskiej.


Oko w trójkącie - fragment glorii ujejskiego ołtarza w czasie konserwacji (widać fragmenty polichromii z różnych okresów).


Rekonstrukcja barw ołtarza z różnych okresów (rysunki i fotografie - dokumentacja konserwatorska, M. Mietlicka).
 
Wnętrze kaplicy, fot. M. Wesołowski.
 

Do niedawna na wyposażeniu kaplicy był także obraz „Męczeństwo Świętej Katarzyny” znajdujący się obecnie w budynku plebanii. Autor dzieła nie jest znany, prawdopodobnie był nim jakiś lokalny artysta z 2 poł. XVIII wieku. Na osi obrazu widoczna jest sama Katarzyna, w białej sukni, zielonym staniku, okryta czerwonym płaszczem, uchwycona w momencie pochwycenia przez dwóch siepaczy Maksymiana, z których jeden jest… Murzynem (raczej nie Afroamerykaninem ;) ) Wokół tych trzech postaci, stojących na jakimś podium czy podwyższeniu, widać tłum zwykłych w takich okolicznościach gapiów. I tutaj także widzimy Murzyna w złotej szacie w towarzystwie psa. W oddali widać miasto z katedrą i wieżą.

Męczeństwo św. Katarzyny - reprodukcja obrazu wg. dok. konserwatorskiej.


Detal obrazu.

Obraz początkowo był integralną częścią ołtarza. W którymś momencie historii (prawdopodobnie podczas przebudowy w roku 1820) został wymieniony na wizerunek Matki Boskiej Częstochowskiej, co mogło być związane z rozwijającym się kultem jasnogórskim. Ujejska kaplica była jednym z przystanków na pielgrzymim szlaku, co zresztą nie zmieniło się po dziś dzień; tutaj właśnie rokrocznie na nocleg zatrzymuje się pielgrzymka „oświęcimska”.

Matka Boska Częstochowska - obraz z ołtarza ujejskiej kaplicy.


Detal obrazu.

Drugą „katarzyńską” pamiątką w Zagłębiu jest wspomniany wcześniej dokument przechowywany w zbiorach Muzeum Zagłębia w Będzinie. Mogłem go dotykać i oglądać niemal codziennie przez kilkanaście lat, dlatego jest mi szczególnie bliski. To niewielki fragment późnośredniowiecznego pergaminu z zapisem nutowym i słowami hymnu ku czci świętej Katarzyny. Jego podłużny kształt związany jest z formatem, także zachowanej do dziś, będzińskiej księgi cechu szewców. Według opinii konserwatorów jest to jeden z najstarszych zachowanych w Polsce oryginalnych zapisów pieśni (niektórzy badacze sytuują go jako drugi, zaraz po „Bogurodzicy”). Pergamin zapisany jest obustronnie; na jednej ze stron (tej zapisanej później) znajduje się data 1567, ale sam pergamin jest znacznie starszy, na pewno późnośredniowieczny (XV, może nawet XIV wiek). 

Na koniec wróćmy jeszcze na Synaj. To tutaj, w głębi półwyspu, znajduje się najstarszy, nieprzerwanie funkcjonujący do dziś klasztor chrześcijański (obrządku wschodniego). Według legendy to aniołowie przenieśli tutaj ciało dziewczyny, choć mogli być nimi lokalni chrześcijanie, pragnący ocalić doczesne szczątki „swojej” świętej w chwili najazdu na Egipt dokonanego przez Arabów. Miejsce jest absolutnie fantastyczne, bo nie wypada powiedzieć, że magiczne. Chrześcijańska wyspa otoczona morzem islamu, strzeżona przez jedno z beduińskich plemion, osadzone tutaj przed wiekami przez jednego z cesarzy właśnie dla ochrony świętego miejsca. Pierwszą kaplicą w tym miejscu, absolutnie historycznym (miejsce, gdzie Mojżesz spotkał swoją żonę, a wcześniej ujrzał krzew który się palił, ale się nie spalał) wzniosła ponoć Helena, matka cesarza Konstantyna Wielkiego. Istniejące do dziś zabudowania, tylko częściowo dostępne dla turystów, powstały ok. 530 roku za panowania Justyniana I. Klasztor chroni nie tylko starożytny mur z czerwonego granitu, ale także specjalny przywilej wystawiony przez samego Mahometa. Na niewielkiej przestrzeni znajduje się około 20 świątyń, w tym granitowa bazylika Świętej Katarzyny, wypełniona m.in. setkami wiekowych ikon, których jednak nie wolno sfotografować. Klasztor słynie ze swojej biblioteki w zbiorach której znajduje się jeden z najstarszych manuskryptów Biblii, tzw. Kodeks Synajski z IV wieku.

Parę fotek wykonanych w klasztorze -  u góry krzew rosnący przed kaplicą tego jedynego Krzewu gorejącego, który płonie, ale sie nie spala.

Wszędzie wielowiekowe polichromie, nic tylko patrzeć i patrzeć.

Fragment dziedzińca z widokiem na wieżę bazyliki św. Katarzyny - przynajmniej tyle można zobaczyć.

Jak śpiewało Stare Dobre Małżeństwo - spotkajmy się kiedyś u studni... Może to być studnia Mojżesza.

Góra Horeb (Synaj) monumentalnie wznosząca się nad klasztorem, niczym twarz Boga spoglądającego na ziemię.

Przyklasztorny ogród oliwny - jedyna plama nieco szarawej, ale jednak zieleni.

Niewielka część klasztoru udostępniona jest turystom. Do biblioteki wszedłbym najchętniej, ale to nie dla mnie… Pozostała sama cerkiew, studnia, przy której Mojżesz spotkał córkę madianickiego kapłana Jetry – Cipporę, kaplica krzewu gorejącego (tylko z zewnątrz), główna brama, fragment dziedzińca. Przed wejściem za umowną cenę można od miejscowego chłopca kupić kamień z Synaju; ja dałem dolca za dwa, bo były ładne (a także dlatego, ze to jedyne źródło utrzymania miejscowego plemienia); można tez podnieść z ziemi, wszak nic więcej poza kamieniami tutaj nie ma.

Jeden z młodych handlarzy kamieni.

Pan wielbłąd wydaje się być zadowolony...
 
Ja również :) MONT JOYE!