wtorek, 16 października 2018

FROH nr 6

Już w najbliższy piątek kolejna, szósta edycja Forum Rekonstrukcji Obiektów Historycznych. Miałem przyjemność brać udział w kilku edycjach, niektóre nawet współorganizowałem. Chociaż temat forum jest stricte regionalny (Trójkąt Trzech Cesarzy) to ja zabiorę słuchaczy w nieco dalszą wycieczkę, na inne pogranicze.


wtorek, 7 sierpnia 2018

MY JSME KONICACI

Takie teraz czasy nastały, że nie robimy już tradycyjnych zdjęć w celu wkładania do albumów. Trochę szkoda. Setki fotografii, a wszystko do obejrzenia tylko na ekranie. Teraz też nie będzie inaczej, chociaż nie zostawiam tych fotek tylko na twardym dysku, ale wrzucam z krótkim opisem tutaj, żeby samemu lepiej zapamiętać :)

Robię na szybko, bo inaczej nie dam rady i będzie tak jak z obiecywaną przed rokiem relacją z wyjazdu w Bieszczady. Te wakacje dla nas także są trochę poszarpane - najpierw kilka dni nad Pilicą, potem wypad tylko we dwójkę z CD Kramlą na Morawy, a za trzy dni prawie w komplecie jedziemy jeszcze nad Bałtyk. Ta fotorelacja dotyczy Moraw. Fotki robione komórkami.

Celem wyjazdu były południowe Morawy, chyba jedna z ulubionych naszych krain. Ja ciągle naciskam, żebyśmy w końcu pojechali do Polski B, no ale Kramla jak zwykle ma silniejsze argumenty :) Padło na Znojmo. Termin był krótki, kasy bardzo mało, tani nocleg znaleźliśmy w Konicach,dawnej wsi a dziś dzielnicy Znojma (po czesku to są Konice U Znojma, według wiki jakieś 350 mieszkańców). Coś jak Ujejsce w DG. Do miasta jakieś 3-4 kilometry cyklościeżką albo dwa razy tyle dookoła samochodem.

Przyjechaliśmy w sobotę wieczorem, ale nie na tyle późno, żebyśmy nie dostrzegli wszystkich niedociągnięć naszego noclegu. No cóż, był tani. Bardzo nawet tani. Niejeden wziąłby w tył zwrot (sam gospodarz też jakby nie naciskał, żebyśmy zostali na dłużej) ale nie my. Dla nas takie miejsca służą i tak tylko jako noclegi, a jak się okazało, spało się dobrze. Więc w sumie ok, ale niektórych fotek nie będę wrzucał na bloga, zachowam dla siebie :)

Ogólnie było jak w Kingston na Jamajce:


Na szczęście był basen:


No dobra, jeszcze jedna fotka: w WC swoje gniazdko uwiły jaskółki. Trzeba było uważać na głowę przy wchodzeniu, jeśli akurat była pora karmienia (a zdaje się, że była cały czas).


Czasu było niewiele, w sumie 4 dni, więc trzeba było je spędzić bardzo aktywnie. Pierwszy rekonesans okolicy i marszruta na Sajfel...jakiś tam kamień. Widoki na dolinę Dyji (najmniejszy Park Narodowy w Czechach - Národní park Podyjí) cudowne. Początek trasy zrobiliśmy rowerami, a potem, naszym zwyczajem, rowery wrzuciliśmy w krzaki i dalszą drogę zrobiliśmy pěšky.


Specjalnie wrzucam tę powyższą fotkę, żeby wiedzieć jak się ten kamień nazywa, bo nijak nie potrafię zapamiętać. Gość pochodził z Popic (wieś  tuż obok Konic, zachował się jego dom z XVIII wieku) i był ponoć popularnym pisarzem amerykańskim. Droga na kamień wiodła przez Popice, a tam znaleźliśmy przedsmak tego, po co w ogóle przyjechaliśmy na Morawy - sklepy (po polsku: piwniczki) winne:


Kościół w Popicach, jak to w Czechach, świeci pustkami, choć akurat na Morawach jest nieco lepiej, o czym za chwilę. Po południu mieliśmy okazję poznać jeszcze Petrę i Marka, którzy, jak się okazało, z szóstką dzieci mieszkają "na farnosti" czyli na plebanii tegoż kościoła.


Obok kościoła stary cmentarz. Wiekowy, a w sumie mniejszy od mojego podwórka. Typowy dla Czechów, którzy odchodzą od grzebania zmarłych. Po co robić sobie koszty, skoro urnę z prochami tatusia można sobie koło telewizora postawić. Niektóre groby były ciekawe:


Albo taki uroczy domek:


Była niedziela i akurat tak się złożyła, że w naszych Konicach tego dnia był ichniejszy odpust (Svatojakubská pouť - bo kościół jest pod wezwaniem św. Jakuba). Księża do koncelebry zjechali się chyba z całej okolicy a kaznodzieja, zakonnik, też był jakiś niezwyczajny (Vojtěch Kodet, zdaje się generał czeskich Karmelitów). Po mszy - spotkanie przy muzyce i poczęstunku. Orkiestra może nie była zbyt liczna, ale za to poczęstunek! Po mszy panie wyniosły z kościoła tace z kanapkami a panowie przystąpili do rozlewania wina... Co chcecie: sauvignon? Ryzlink rýnský? A może Ryzlink vlašský? Wiedziałem już, że po odpuście wycieczkę do Znojma będę musiał odbyć na piechotę...


Ale było warto - Znojmo zobaczyliśmy od strony Krowiej Góry (Kravi Hora; po drugiej stronie Dyji jest jeszcze... Bycza Skała).


Łaziliśmy sobie tu i ówdzie smakując typowe czeskie poczucie humoru:


Znojmo, choć dość duże i z rozbudowanymi przedmieściami, ma swój urok. Głębokim jarem płynie Dyja, pozostałości zamku z XII-wieczną rotundą na wzgórzu, zabytkowe centrum. Nawet wieczorna cisza i pustka były jak najbardziej czeskie...


Kiedy już zmęczeni i głodni szykowaliśmy się do powrotnej drogi (znowu pod ostrą górę), spotkała nas niespodzianka: spotkaliśmy chłopaków, którzy rozpoznali nas, że byliśmy na odpuście w Konicach. Przywieźli stoły i ławki do znojemskiego kościoła i zaproponowali powrót samochodem, mówiąc: wyście przecież Koniczacy! W ten sposób trafiliśmy jeszcze raz na konicki odpust a tam: wineczko białe, wineczko czerwone, sauvignon, ryzlink... Jeszcze doba nie minęła od naszego przyjazdu, a już czułem się jak tutejszy. Niedzielę kończyliśmy w bardzo dobrym humorze i z nadzieją na to, co przyniesie kolejny dzień.

Poniedziałkowy ranek przyniósł nam... pewną samochodową niespodziankę, więc musieliśmy nieco zrewidować plan i znowu spędzić czas na nogach (częściowo pedałując). A że w odległości paru kilometrów była fantastycznie położona winnica Šobes (światowy top 10) więc nietrudno zgadnąć, gdzie się znaleźliśmy... Teraz byłem już mądrzejszy: vínečko bílé, sauvignon, rulandské šedé...


Z lotu ptaka winnica wygląda tak (fotka z netu):



Drogę powrotną zrobiliśmy sobie malowniczym szlakiem wzdłuż Dyji. Jako jedyni na szlaku przez kilkanaście kilometrów...


Najwyraźniej szliśmy dobrą drogą - boczna ścieżka, odchodząca od szlaku (w sumie to skrót, z którego skorzystaliśmy) oznakowana jest rybami na drzewach - może prowadzi do jakiejś kapliczki?):


We wtorek samochód odpalił, więc ruszyliśmy w troszkę dłuższą trasę, choć i wówczas nie zabrakło kilkunastu kilometrów marszu w absolutnym skwarze (jeśli uważacie, że teraz właśnie w Polsce panują upały, to nie znaczy, że nie byliście na Morawach, powietrze jak u młodzieńców w piecu ognistym). Najpierw był Nový Hrádek u Lukova, czyli coś, co tygrysy takie jak ja lubią najbardziej: malownicze ruiny zamku. Przez kilkadziesiąt lat istnienia żelaznej kurtyny (po czesku: opony) nie miał tu wstępu żaden człowiek i przyroda zaprowadziła swoje własne rządy. Zamek jest dwuczęsciowy: starsza, bezwieżowa część i nowsza, renesansowa. Ciekawostką było dla mnie to, że w pewnym momencie zamek (razem z Vranovem nad Dyją) należały do polskich rodzin Mniszchów i Stadnickich. Oj, zasłużone to rody w dziejach polskiego warholstwa. W sumie nie dziwię się nawet, co ich tu mogło przyciągnąć, na samą rakuską granicę.

Na pierwszym planie po lewej widać starszą część zamku. Za to w dole widać niezwykle meandrującą DYję: ta łąka jest czeska, las obok austriacki, potem znowu kawałek Czech a przy lewym skraju zdjęcia znowu Austria... A zresztą... chyba jest na odwrót :) Sam się już pogubiłem...

 Co mogłem reklamować, jak nie "Ogniem i Mieczem" :)

Może jeszcze kiedyś coś napiszę (z obrazkami) o tym zamku - na razie można zajrzeć TUTAJ

Novy Hradek to był dopiero początek wycieczki, bo czekał nas jeszcze Vranov. Upał był taki, że najlepszym pomysłem była kąpiel obok zapory. 


W środę trzeba było już wracać, ale postanowiliśmy jeszcze zrobić krótki wypad w znajome strony - do Mikulova. Co tam robiliśmy? To:


Celem był Svatý kopeček, w sumie kilkaset metrów, ale w takim skwarze i ostro pod górę...


Jednak było warto...


To by było tyle, w największym skrócie. Idę na lampkę tramínu červeneho (który, wbrew nazwie, jest biały, bo czerwony to po czesku: rudy :) ) Na koniec jeszcze jedna fotka, zrobiona nieopodal naszej chatki w Konicach. Co autor miał na myśli? Nie wiem. Składam to na karb czeskiego poczucia humoru, które osobiście stawiam dużo wyżej niż angielskie.


(Tekst na razie bez poprawnej czeskiej pisowni, jak będę miał chwilę, to poprawię)

poniedziałek, 4 czerwca 2018

NOC MUZEÓW 2018

Wiem, wiem - trochę późno, ale tyle czasu musiałem czekać na niektóre fotki. Dla potomnych warto jednak skreślić te parę słów okraszonych zdjęciami. Rzecz dotyczy NOCY MUZEÓW 2018, która w naszym muzeum miała charakter, że się tak wyrażę, patriotyczno-growy. Świętowaliśmy dwie rocznice - setną odzyskania Niepodległości i 250-tą Konfederacji Barskiej. W sumie zapomniałem o jeszcze jednej okrągłej rocznicy - właśnie mija 1000 lat od zwycięstwa nad Rusią Kijowską gdzieś w okolicach Bugu.

Działo się u nas - jak zwykle - dość sporo (czyli tyle, na ile pozwalał budżet imprezy :) ). Najwcześniej, bo jeszcze przed (!) otwarciem muzeum rozpoczął się III NOCNY TURNIEJ w "Ogniem i Mieczem", ale że rzecz działa się raczej w ciszy gabinetów, więc o samym turnieju za chwilę.

Impreza zaczęła się sporym przytupem, a to za sprawą kolejnego już u nas na przedmuzealnym placu Zlotu Pojazdów Zabytkowych (CLASSICMANIA NIGHT 2018). Kilkadziesiąt starych, ale jeszcze jarych, samochodów jak zwykle przykuwał uwagę. Jako główny koordynator całej imprezy akurat wtedy niewiele widziałem, raz tylko przemknąłem przez parking w drodze do swojego, już też niemal zabytkowego auta. W każdym razie widziałem pierwszy samochód, który pojawił się na placu oraz... ostatni, który nie ruszył o własnych siłach i nocą ściągała go laweta.


Z imprez plenerowych można było jeszcze - jak co roku - zajrzeć do naszego czołgu i wsłuchać się w piękną melodię ryku jego silników.


Obok trwała dzielna obrona konfederatów barskich w oblężonym Tyńcu - To za sprawą wielkoformatowej gry PROCH I STAL, którą zaprezentowało nam wydawnictwo Polskie Gry Planszowe (zajrzyjcie na stronę).

Tuż obok swoje stanowisko rozłożyli nasi zagłębiowscy genealodzy, regularnie spotykający się u nas w Sztygarce. Pogoda na szczęście była naszym sprzymierzeńcem (dopiero jak zupełnie się ściemniło, PROCH I STAL przenieśliśmy do gmachu Muzeum.


A co w środku?
Przede wszystkim - wernisaż wystawy Maćka Kota ANATOMICUM - to jedyna rzecz, która pozostała w Muzeum na nieco dłużej, warto wpaść zobaczyć. Różne się trafiają u nas wystawy związane ze sztuką, ta należy do tych ciekawszych.


 Była też kilkudniowa wystawa planszowa dotycząca odzyskania Niepodległości.

 
Prelekcji nie było dane mi usłyszeć, ale można było w międzyczasie spotkać się z Grześkiem Onyszko, który prezentował swoją książkę "Architekci włoskiego pochodzenia z terenu Zagłębia Dąbrowskiego) i Magdą Cyankieiwcz, która z kolei opowiadała o młodzieńczych fascynacjach przyszłego pierwszego prezydenta Dąbrowy Górniczej Adama Piwowara (z naciskiem na fascynacje... płcią piękną).
W wolnych chwilach można było oczywiście zwiedzać całe muzeum i ochłodzić się w naszej kopalni.


I wreszcie - gry.
Tu rzecz dział się na pietrze muzeum.
W jednej z sal Polskie Gry Planszowe pokazywały swoją drugą grę wielkoformatową - BITWA POD GRUNWALDEM. Potem, kiedy na dworze już się ściemniło, obok rozłożyła się obrona Tyńca przed Moskalami, przez co komunikacja w muzeum została nieco utrudniona, ale szkoda było nie rozkładać gry, skoro cieszyła się dość dużym zainteresowaniem zwiedzających (żaden grający nie odszedł bez gadżetu, a niektórzy mogli nawet wygrać kilka egzemplarzy pudełkowej wersji PROCHU I STALI). Gry właściwie nie ma już w sprzedaży, więc nadarzyła się naprawdę rzadka okazja, a tytuł warty jest poświęcenia paru chwil (mi podoba się zwłaszcza wariant solo tej gry - jeśli ktoś chce spróbować, zapraszam do naszego Klubu Gier).


W jednej z sal prezentowałem (z konieczności, bo wydawnictwo miało akurat inne plany a autor gry w tym czasie wyjechał) SEMPER FIDELIS, czyli grę opowiadającą historię bohaterskiej walki o Lwów 1918/19 (któż nie słyszał o lwowskich Orlętach?). Oczywiście dla uczestników pokazu też mieliśmy kilka egzemplarzy gry do rozdania :)

I wreszcie - III NOCNY TURNIEJ w "Ogniem i Mieczem:". Tym razem, jako że minął ledwie tydzień od Mistrzostw w Wilanowie, nie spodziewałem się dużej frekwencji - te jedenaście osób (nie licząc członków KGH, którzy wystąpili wspólnie żeby zachować parzystą liczbę graczy) i tak uważam za duży sukces. Oczywiście nie zabrakło kilku topowych graczy, także z regionu. Mimo kameralnej dość atmosfery, boje były zażarte. Zwłaszcza w pierwszej serii bitew (gdzie zdarzyły się dwie bratobójcze potyczki w ramach Rokoszu Lubomirskiego) było sporo wyrównanych walk i remisów. Trudno było wytypować lidera, dopiero w drugiej serii padły dwa "historyki". Ostateczna klasyfikacja wyglądała następująco:


Trzy pierwsze osoby otrzymały bony podarunkowe (za 250, 150 i 100 zł) do sklepu Wargamera, ale żaden z graczy nie odszedł bez prezentu. Szczęśliwcem okazał się Jatagan, który dostał coś ekstra, o czym sam nie wiedziałem :)

To tyle. Więcej pisać nie ma już potrzeby, zwłaszcza że o imprezie wszyscy już pewnie zdążyli zapomnieć.

Na koniec garść podziękowań:
Daniel, Norbert, Maciek (Klub Gier Historycznych) - tradycyjnie za pomoc wszelaką i bezinteresowną
Polskie Gry Planszowe - za miłą i owocną współpracę. Polecam wszystkim, jeśli planujecie u siebie jakieś imprezy plenerowe
Wargamer - za tradycyjne wsparcie turniejowe
Wysoki Zamek - za spory rabat przy zakupie SEMPER FIDELIS na nagrody

Zdjęcia wykorzystane w tekście robili: Ela Jankowska, Maciek Mazur i ja.

(Tekst publikowany jednocześnie na obu moich blogach: MOJE ZAGŁĘBIE i HISTOGRY.)