czwartek, 29 stycznia 2015

AFRYKA TUŻ TUŻ

To już pojutrze.... 25 edycja AFRYKI. Kiedy zaczynaliśmy w 1991 roku, nigdy bym nie pomyślał, że dojdziemy do takiej liczby. Już od dwóch lat marzyło mi się być na tej jubileuszowej edycji, ale do końca nie wiedziałem, jak to będzie. Miałbym swoją wizję, nieco inna niż obecni organizatorzy, ale cóż. Mogę się tylko cieszyć, że będę drugiego dnia. Skład mnie nie porywa: zespół Sary Brylewskiej, MESAJAH (na pierwsze ucho niby fajny, ale szybko się nuży), pozostałych nie znam. Jak dla mnie gwoździem wieczoru będzie ALIANS, zespół, który jest niemal twarzą Afryki. Zresztą zobaczcie sami:


W piątek wieczorem będę siedział w domu. Mam nadzieję, że wzorem lat ubiegłych, będzie w necie relacja live z koncertu.

W związku z jubileuszem, odsłaniam kolejny fragment archiwum: biuletyn koncertowy siódmej edycji festiwalu. Dobrze, że pozostała po nim taka pamiątka. Odświeża pamięć. Chociaż - ja wiem, czy odświeża? Dużo nie pamiętam. Patrzę, kto grał: ARMIA - wiadomo; REBELION - mam sentyment do chlopaków z Brodnicy. Nie wiem, czy to akurat była ta edycja, ale pamiętam ich jeden występ na AFRYCE, niemal nad ranem: "Kto spędzi z powiek sen?" (EDIT: patrzę na rozpiskę koncertową, która jest poniżej - to jednak nie był ten koncert, bo wówczas chłopaki grali ok. godziny 20). JAFIA - też niesamowita historia. Najpierw pojawili się jako support otwierający koncert, by rok później zagrać niemal jako gwiazda. Trochę się nabijaliśmy z "marleyowskiego" image`u Dawida Portasza. Teraz po raz trzeci - szacun. To jedna z tych kapel z tamtych lat, których mogę słuchać cały czas. Krakowski DREAD LION - cudowne pieśni. "Pieśni nam nigdy nie odebrali" cały czas lubię sobie pobrzdąkać na gitarze w domowym zaciszu. HOUK... Przypomina mi się pewna sytuacja, chyba z tej właśnie edycji. To było takie trochę neofickie... Razem z HOUKiem wbili bocznym wejściem do OdNowy jacyś zakonnicy, kilkuosobowa ekipa w habitach. Otwieram drzwi, patrzę a tu - franciszkanie (?) Pamiętam, że spowiadali po kątach. I pamiętam taki pomysł, który zrodził się ad hoc, już nie wiem w czyjej głowie, aby koncert HOUKa zamienił się w swego rodzaju liturgię. W końcu ci ludzie w większości do kościoła w niedzielę nie pójdą. Pierwsze czytanie - psalm w wykonaniu HOUK, drugie czytanie itd. Pełna Liturgia Słowa. Ale jak tu w takich warunkach zrobić Eucharystię? Pomysł był szalony, dziś to przyznaję, ale wówczas mocno nas nakręcił. Zakonnicy w habitach cały czas kręcili się po kątach...
Na koniec ROBERT BRYLEWSKI + ŚWIAT CZAROWNIC. Wiadomo - legenda, te sprawy ... Muzycznie mnie nie zachwyciło, ale w końcu po raz pierwszy słyszałem na żywo takie kawałki jak "Płonie  Babilon", "Rastaman nie kłamie"... Stałem już wtedy spokojnie (w sumie to już był niedzielny przedświt) przed sceną, lekko się bujałem, słuchałem...

 Ulotka przedkoncertowa.

Hmmm..., na razie to jedno zdjęcie namierzyłem, zakatalogowane jako AiH 7. Dobrze widać dekoracje. A kapela - oczywiście HABAKUK (jeszcze THC).
W tamtych czasach robiłem za konferansjera, stąd zachowała się taka rozpiska, którą miałem w kieszeni.

Dobra, tyle. Biuletyn oczywiście do ściągnięcia z CHOMIKA.


środa, 5 listopada 2014

BITWA POD WOJKOWICAMI - ZAPOWIEDŹ

 

Ukazał się najnowszy numer "Nowego Zagłębia" a w nim mój artykuł o bitwie pod Wojkowicami Kościelnym. Bitwa to może za dużo słowo, lepsze byłoby: potyczka, ale nie zmienia to faktu, że było to jedyne stracie, które miało miejsce na naszej zagłębiowskiej ziemi w czasie Potopu (28 listopada 1655. Za jakiś czas cały numer będzie pewnie do ściągnięcia w formacie pd, na razie jednak pozostaje tylko możliwość kupna wersji papierowe. Ze względów marketingowych nie mogę tutaj jeszcze opublikować całego tekstu, zatem taki mały fragmencik na zachętę.

Acha, tekst kończy się opisem systemu "Ogniem i Mieczem" i opisaniem możliwości symulacji bitwy.


Najazd szwedzki z roku 1655 ma u nas złą sławę. Zasłużenie zresztą. Nie wiem dokładnie, kiedy po raz pierwszy nazwano go „Potopem”, ale określenie to jest nad wyraz adekwatne. Jak niewielki nawet strumień potrafi zalać całą okolicę, tak i niewielkie liczebnie oddziały szwedzkie zalały całą Rzeczypospolitą. Zdumieniem napełnia konstatacja, jak to biedne państwo z północnych krańców Europy mogło tak łatwo podbić potężną, choć od kilku lat szarpaną przeróżnymi konfliktami (choćby powstanie Chmielnickiego i wojna z Rosją) Rzeczypospolitą. Żyli przecież jeszcze wówczas ludzie, którzy pamiętali Kircholm czy Kłuszyn, a ich synowie musieli się wychowywać w blasku sławy ojców. Tymczasem nastał czas tworzenia zupełnie innych legend… Ileż to pagórków, czasami nawet prasłowiańskich grodzisk, potocznie zwie się dziś „szwedzkimi wałami”? Nawet w Zagłębiu mamy swoje legendy dotyczące „Potopu”. Czeladzianom ich rzekomo szwedzkiego pochodzenia może nie będę wypominał, ale karty naszej lokalnej roją się od zniszczonych zamków, splądrowanych miast, spalonych wsi. Mamy zatem wielką armię, która splądrowała Czeladź (to nic, że nie szwedzka, ale sojusznicza – wszystko i tak można zrzucić na „zamorskich pludraków”), mamy dąbrowskich chłopów broniących Jasnej Góry, mamy olkuskich górników (to akurat nie jest legenda) usiłujących ją podkopać. Aż dziwne, że w żadnej legendzie nie uchował się miesięczny pobyt naszego narodowego bohatera, Stefana Czarnieckiego, na zamku w Będzinie. A był to może nawet najważniejszy moment w politycznej i wojskowej karierze przyszłego hetmana: moment podjęcia decyzji, czy zostać przy nieudolnym Janie Kazimierzu, czy może przejść na służbę Karola Gustawa. O mały włos, a wygrałaby ta druga opcja – i może właśnie to jest przyczyną owego braku legendy?

            Z pobytem Czarnieckiego w Będzinie (zwanym w historiografii „będzińskimi wakacjami”) wiąże się historia jedynej bitwy (raczej potyczki), jaka w 1655 roku miała miejsce na obszarze dzisiejszego Zagłębia. Do starcia doszło pod koniec listopada pod Wojkowicami Kościelnymi – o tym będzie ta historia.
Sztandar kompani piechoty z regimentu gwardii, zdobyty przez Szwedów pod Wojkowicami Kościelnymi.