czwartek, 15 marca 2012

CZORSZTYN 1991

TAMA TAMIE

Zanim zaczniesz czytać – zrób sobie podkład muzyczny. Choćby z YouTube.
CZORSZTYN 91

Janusz Reichel
CZORSZTYN ‘91

Na squat w Czorsztynie łatwo było trafić
Cały od ulicy pokryty graffiti
Przed budynkiem przy ogniu zastałem całą grupę
Patyczak w wielkim kotle kijem mieszał zupę

Upalne popołudnie i nikt tu nie rozmawia
Czym się do tej pory kończy satyagraha
Jazda na dwadzieścia cztery po kolegium prosto z celi
Przyspieszony tryb karania, taki mały stan wojenny

Ref.: Ramionami spleceni, ciało blisko ciała
Zarasta całą jezdnię ta żywa barykada
Za nogi za ręce do nysek wleczeni
Nie ma kompromisu w obronie matki ziemi

Potem kąpiel w Dunajcu pod specjalnym nadzorem
Przed burzą gospodyni pomóc siano ściągnąć z pola
Joli która przyjechała z Mazur rozbić namiot po zmierzchu
Byłaś gdzieś na żaglach? Nie, ja tam mieszkam

Przy ognisku Kataryna opowiada jak w knajpie
Udawała przed miejscowymi rodowitą Angielkę
Wszyscy posileni zupą słuchali jak
Patyczak śpiewa swoją piosenkę

Ref.: Ramionami spleceni, ciało blisko ciała
Zarasta całą jezdnię ta żywa barykada
Za nogi za ręce do nysek wleczeni
Nie ma kompromisu w obronie matki ziemi

Ramionami spleceni, ciało blisko ciała
Wokół ognia skupieni dyskusje do rana
Zasypiamy pod dachem z gwiazd oparci o siebie
O siebie niespokojni, niespokojni o ziemię

I co ja mam jeszcze, wobec takiego tekstu, napisać? Czy można oddać to lepiej? Kto wie o co chodzi? Dziś nawet na wikipedii nie ma hasła „Tama Tamie”.
Na szczęście Pele robił zdjęcia, które są niemal jak ilustracje do piosenki Reichela.


Widok na powitanie: wstęp grozi śmiercią. Nieźle się zapowiada...

Do Czorsztyna przyjechaliśmy wczesnym rankiem. Ja i Pele – we dwóch – dwóch z jednym jednoosobowym namiotem. Stanęliśmy na polanie będącej polem namiotowym na zboczu wzniesienia. Nie zdążyliśmy się jednak rozbić – policja (bo to już wtedy chyba była policja) kazała opuścić to miejsce. Ludzie musieli zwijać swoje namioty, ale my byliśmy luźni, więc poszukaliśmy nowego miejsca. Znaleźliśmy opuszczony – jak wszystkie w Czorsztynie – dom, cały wysprayowany, a za nim coś w rodzaju dużego podwórka, otoczonego drzewami. Wyglądało to jak polanka w lesie. Całe to podwórko zarośnięte było pokrzywami dochodzącymi do co najmniej półtora metra. Odszukaliśmy jakąś dużą kłodę, i turlając przez pokrzywy, zrobiliśmy jakiś dwu-, może trzymetrowy korytarz. Miejsce było idealne na nowy obóz. Czuliśmy się jak pionierzy w tropikalnej dżungli – nawet atmosfera była parna, wilgotna. Na prawo od głównej „uliczki” wygnietliśmy w pokrzywach placyk pod nasz namiot. Później zrobili to inni, każdy przychodził i brał w posiadanie swoją „zatoczkę” w tym morzu pokrzyw. Po paru godzinach wyglądało to tak, że chodziliśmy po grubej warstwie powalonych, parujących w skwarze, pokrzyw. Tylko punkowcy, anarchiści i w ogóle ci, co nie mieli namiotów, zamieszkali w squacie, obok którego stały – i straszliwie cuchniały – kible.


Powyżej widać "zgromadzenie ogólne" przed squatem, ne meblach wyciągniętych z budynku. Większości ludzi nie pamiętam - na pewno w puchowej kurtce (w lipcu!!!) i z megafonem jest Staszek Zubek, jeden z głównych organizatorów, zdaje się. Ten dredziarz to pewnie Patyczak, choć nie mam stuprocentowej pewności, bo siedzi tyłem. Na pewno widać kociołek, w którym "kijem mieszał zupę...". Może jest też Kataryna?
Na zdjęciu poniżej widać squat i werandę, z której zrobiono zdjęcie zgromadzenia. Z kociołka snuje się dym - czyżby znowu zupka Patyczaka?




Któregoś dnia siedziałem tak sobie przed swoim namiotem, a z drugiego końca pola pokrzyw dochodziło mnie głuche dudnienie. Dźwięk był taki, że pomyślałem, że ktoś wali w pudło od gitary. Pomyślałem, że w takim razie powalimy wspólnie i wziąłem swoją gitarę. Kilkadziesiąt metrów dalej, na drugim końcu naszego pola, zastałem młodego chłopaka i dziewczynę. On walił w bęben, który był… rurą PCV obciągniętą kozią skórą, ona grała na marakasie. Bębenek miał tę właściwość, że jako tako brzmiał tylko w słoneczny dzień, wieczorem skóra flaczała. Zaczęliśmy grać – ja jednak nie waliłem w pudło, tylko normalnie używałem strun. Grać na gitarze umiałem niewiele – „Plasm 125” Izraela, „Get up, Stand up” Marleya, „Kibel” Formacji Nieżywych Schabuff, „Maha Mantrę” Hare Kryszna… Potem zaczęły się przeróbki – tak powstały dwa „hymny” tamtego Czorsztyna.
„Kibel” – tak bardzo kojarzący się nam z owym drewnianym wychodkiem koło squota, zamieniliśmy na „Tamę”:

Tama tama – roznosi zarazki
Tama tama – wylęgarnia muszek
Tama tama – z tamą obrazki
Tama tama – chyba się uduszę

Piosenkę reggaeowej kapeli ENGADDI śpiewaliśmy w ten sposób:

Na początku w Czorsztynie
Rosła trawa, wysoka trawa
Na początku w Czorsztynie
Rosła trawa, zielona trawa
A teraz tutaj rośnie zapora –
Pozwólcie rosnąć trawie!

(w oryginalnej wersji zamiast Czorsztyna jest ziemia a zamiast tamy – beton)

Wokół zaczęli gromadzić się ludzie. Okazało się, że ktoś jeszcze ma gitarę, ktoś inny drumlę, harmonijkę, może jeszcze coś, czego nie pamiętam. Pod wieczór tworzyliśmy już kilkunastoosobowy zespół. Aż w końcu w nocy, ktoś zniecierpliwiony, powiedział, żebyśmy w końcu poszli spać.
Tak poznałem Magdę i Dominika z Rzeszowa, później najlepszego – jak dla mnie – bębniarza w Polsce – twórcę takich projektów jak G’RASSTA czy WA DA DA. Przyjaźniliśmy się później wiele lat, i jeszcze parę razy udało nam się grać razem.



Przydrożne muzykowanie. Grający na gitarze - ja, obok z marakasem Magda z Rzeszowa i Dominik Muszyński ze swym pierwszym w życiu bębenkiem. Wśród stojących m.in. Patyczak - w swoich słynnych błękitnych spodenkach i z marakasem.


Któregoś dnia postanowiliśmy pójść do Niedzicy na zamek. Sytuacja nie była prosta, bo w trzech okolicznych gminach na czas akcji TAMA TAMIE ogłoszono stan wyjątkowy. Pamiętam też taką akcję, że ktoś zerwał ze słupa obwieszczenie o stanie wyjątkowym i śpiewał go przygrywając na gitarze w rytmie bluesa. W każdym razie chcieliśmy pójść do Niedzicy. Trzeba było przejść przez Dunajec („pod specjalnym nadzorem”) ale udało się, nikt nas nie zatrzymał. Po drugiej stronie rzeki eskortowała nas tylko inna nyska i inni funkcjonariusze. Trzeba było także przenieść instrumenty. Pamiętam, jak już zbliżaliśmy się do zamku, jakiś koleś uśmiechnął się do policjantów i zagrał im na flecie melodię z „Janosika”. Myślałem, że nas zamkną, ale mieli widać poczucie humoru…



Kogo my tu mamy? W samym środku Dominik.


To zdjęcie już chyba z drugiej strony Dunajca.

Pomyśleć, że zamiast do Czorsztyna miałem jechać do Niemiec. Tylko że pokłóciłem się z rodzicami i wyszedłem z domu…

Jakiś ślad zachował się jeszcze w liście do Kramli:

Tafaria, 91.07.10
… Spakowałem się więc, wziąłem gitarę i wyjechałem. Zacząłem od Pojezierza Brodnickiego. Potem Warszawa, Nowa Sól, Wrocław, Gliwice, Będzin (dzwoniłem, ale nikt nie odbierał – teraz już wiem, że byłaś w Bieszczadach), Chrzanów aż w końcu zajechałem do Czorsztyna, na akcję „Tama Tamie”. Z pewnością wiesz o co chodzi. Wspaniała impreza i wspaniali ludzie. Wielu z nich będzie na Muzycznym Campingu w Brodnicy – postaraj się też przyjechać (25 – 27 VII)
Stworzyliśmy w Czorsztynie taki super zespół – jedna, niekiedy dwie gitary, dwa bębny, harmonijka, drumla, flet, marakasy, dzwoneczki różne i tamburyn. To było piękne, choć repertuar raczej skromny – Psalm 125, Hare Krsna, Marihuana, Get up Stand up. Graliśmy sami dla siebie albo przed policjantami, których przypadało kilku na jednego uczestnika imprezy (panuje tam obecnie stan wyjątkowy). Graliśmy także w Niedzicy przed zamkiem i ludzie dali nam czereśnie i czekoladę. Zdaje się, że ten Czorsztyn będzie jednym z moich najwspanialszych wspomnień – długo by opowiadać.
Wczoraj przyjechałem do domu, a dziś już znowu wyjeżdżam. Pieniędzy wprawdzie nie mam, ale jakoś dam sobie radę. W Czorsztynie znalazłem się z 7 tysiącami w kieszeni – bez jedzenia, kilkaset kilometrów od domu. A w planie mam jeszcze Brodnicę, Jarocin i Gorzów Wlkp.
Tak więc – jak widzisz – do Niemiec nie wyjechałem. Wszyscy mi się dziwią – miałbym przecież kilkanaście milionów. No i wymarzone bębny. Zamiast tego jeżdżę sobie po Polsce – i to jest dla mnie piękne…


Jeszcze rzut oka na okazały zamek w Czorsztynie:



I pora się żegnać. Ten przystanek zginął wraz z całą okolicą. Pewnie studiujemy mapę, jak się wydostać do cywilizacji...

1 komentarz:

  1. Dzięki za to "przesłanie" po latach, byłam tam z wami, zresztą nawet na paru zdjęciach (choć trudno mi dziś się samej rozpoznać) jestem.I wszytkie sytuacje opisane potwierdzam własną pamiecią i obecnością:) NIE MA KOMPROMISU W OBRONIE MATKI ZIEMI. To był nieprawdopodobny czas, czas którego nie da się wymazać :) Pozdrawiam. Znana wtedy jako Zyta.

    OdpowiedzUsuń