piątek, 17 grudnia 2010

PIERWSI DĄBROWIANIE

Dąbrowa Górnicza jest miastem młodym – to prawda. Nie ma jeszcze setki, co wśród miast jest wiekiem szczenięcym. Ale nie powstała przecież w jakiejś pustce osadniczej, a jedynie połączyła kilka miejscowości o znacznie starszej, nawet średniowiecznej proweniencji. A sama Dąbrowa, zwana niekiedy Starą Dąbrową, też może się poszczycić trzema i pół wiekami tradycji.
Już Marian Kantor-Mirski, pierwszy monografista Zagłębia, przed II wojną światową pisał o dąbrowianach którzy walczyli w czasie Potopu szwedzkiego. Nikt mu w to nie wierzył, podobnie zresztą jak w historyjkę o mieszkańcach Dąbrowy w bitwie pod Legnicą (1241). Posłuchajmy, co bajał niezrównany Kantor, ojciec słynnego artysty, twórcy teatru Cricot 2: w czasie potopu szwedzkiego Staś i Jaśko Bednarczyki, Krzych Kasprzyk i Kuba Chrząściel na ochotnika poszli do oddziału Wolfa, co stał w Siewierzu i tłukli obuszkami Szweda, aż dziw brał wszystkich. Maciek Stach i Bartek Bałdys też nie usiedzieli w domu. Wyrwawszy się na wole poszli do Dankowa pod Krzepice i tu zaciągali się do drużyn Warszyckiego. Przy oblężeniu warowni pilickiej, pierwsi wdarli się na bastion i toporami utorowali drogę towarzyszom. Ich zasługa, że Lindorn opuścił Pilicę a rajtary jego bez pluderków uciekały.
I jeszcze jeden fragment, z tego samego dzieła: w czasie potopu szwedzkiego w r. 1655-56 wioska [Stara Dąbrowa] została spaloną, a ludność męska popędzili Szwedzi pod Częstochowę do robienia podkopów. Z liczby 85 gospodarstw, pozostało zaledwie kilkanaście, a mianowicie: Szymona Gołego, Pająka, Bałdysa, Lisa, Bednarczyka, Chytrego, Ciołka, Kasprzyka, Wieczorka, Kuli, Trybulskiego i Nowaka. Gdy przed najazdem szwedzkim ludność wioski wynosiła 460 dusz, to po spaleniu przekraczała 120 osób. W liczbie tej znajdowało się około 40 dzieci, których rodzice przepadli bez wieści w czasie napadu szwedzkiego. Bezdomnemi sierotami w wieku od 7 do 11 lat, zaopiekowali się wyżej wymienieni, wyznaczając na głównego opiekuna Krzemińskiego, który uszdłwszy z rąk szwedzkich, po trzech miesięcznym tułaniu się w borach, zjawił się we wsi, również jako bezdomny.
Przy wszystkich niepodważalnych zaletach pisarswo Mariana Kantora-Mirskiego ma jedną zasadniczą wadę – brak przypisów źródłowych. Nie wiadomo, skąd czerpał te rewelacyjne przecież i dokładne informacje, czy może sam je wymyślał. Mieli o to do niego pretensje późniejsi historycy, zwłaszcza kontynuator jego dzieła, Jan Przemsza-Zieliński, który komentując kantorowską historię Starej Dąbrowy nie omieszkał dać upustu swojej polemicznej pasji. Przyznajmy, że użył słów i sformułowań dosyć gwałtownych: albo mistyfikacja, albo pomyłka autora; wizjonerstwo Mariana Kantora-Mirskiego (tak częste w jego dziele); wniosek całkowicie błędny i bałamutny; generalna pomyłka; informacja bzdurna i zgoła fałszywa; nadaje swej mistyfikacji pseudorealny wymiar; wszystkie dane zawarte w tym akapicie nie zasługują na wiarę; trzeba więc jednoznacznie odrzucić tego typu kantorowskie rewelacje, w tym i opowieść o biednych sierotkach i o spalonej wsi, której nie było. Prawda, że mocne?
Tymczasem Kantor poszedł jeszcze dalej i powołując się na jakieś bliżej nie określone stare kroniki parafii będzińskiej podaje, że już w XVI stuleciu wśród mieszkańców Starej Dąbrowy spotykamy takie nazwiska jak Jarząbki, Bałdyse, Pietruszki, Muchy, Lisy, Kule, Gole, Stachy, Bednarczyki, Nowaki, Pająki i Kasprzyki, powtarzając niejako te same nazwiska, o których mówi przy okazji Potopu. I co ma zwykły, współczesny mieszkaniec Dąbrowy z tym historycznym pasztetem zrobić?
Przyjrzyjmy się najpierw pierwszemu z cytowanych wyżej fragmentów. Oddział Wolfa, który stał w Siewierzu – to jest prawda potwierdzona źródłowo i znana z historii wojen polsko-szwedzkich. Pułkownik Fromhold von Ludinghausen Wolff był dowódcą regimentu gwardii pieszej królewskiej. Na jego czele walczył pod Zborowem (1650) i Beresteczkiem (1651). W czasie Potopu wchodził w skład garnizonu Krakowa, którego obroną dowodził Stefan Czarniecki. Po kapitulacji Krakowa (17 października 1655) wraz z resztą wojsk Czarnieckiego opuścił Kraków i udał się na przeznaczone mu miejsce – do Siewierza. Sam Czarniecki wraz z kawalerią, artylerią i częścią piechoty udał się do Będzina, gdzie miał miesiąc na podjęcie decyzji, po której stronie stanie w dalszym toku walk (okres ten znany jest w historiografii jako „będzińskie wakacje”). Bliski przejścia na stronę szwedzką, w obliczu buntu swoich żołnierzy (którzy – jak to zwykle w Rzeczypospolitej bywało) nie otrzymali zaległego żołdu, podjął jednak jedyną słuszna decyzję i tą drogą dostał się do naszego hymnu narodowego. Regiment Wolffa w listopadzie wyruszył z Siewierza aby przyłączyć się do Czarnieckiego, ale gdzieś w okolicy Wojkowic Kościelnych został dopadnięty przez szwedzką rajtarię i zmuszony do kapitulacji. Żołnierze brali później udział w oblężeniu Jasnej Góry, ale sam pułkownik zachował się chyba lojalnie, skoro Szwedzi tak naprawdę nigdy mu nie zaufali a już po wojnie otrzymał komendę nad całą polską artylerią. Ale wymienieni przez Kantora Staś i Jaśko Bednarczyki, Krzych Kasprzyk i Kuba Chrząściel, jeśli rzeczywiście istnieli, to jako zwykli żołdacy musieliby brać udział w oblężeniu paulińskiego klasztoru, co – także na skutek późniejszej interpretacji faktów – chluby im nie przyniosło.
A co z owym Maćkiem Stachem i Bartkiem Bałdysem, którzy tak walnie mieli się przyczynić do zdobycia Pilicy i przepędzenia stamtąd Szwedów? Właścicielem Pilicy i Dankowa był sławny kasztelan krakowski Stanisław Warszycki, zięć księcia Konstantego Wiśniowieckiego. Swój Danków ufortyfikował do tego stopnia, ze zdołał się obronić przed szwedzką nawałnicą, ale Pilicę Szwedzi zajęli i trzymali tam swoją załogę, pod dowództwem Lindorna od listopada 1655 do stycznia 1656 roku. Część historyków twierdzi, że uczynili to nie naciskani przez nikogo, ale według niektórych przekazów zmusił ich do tego właśnie Warszycki i jego ludzie. Czy wśród nich byli owi dąbrowianie? W świetle (nie)zachowanych źródeł nie możemy tego niestety ani potwierdzić, ani zanegować.
Większość archiwaliów, na których opierał się Marian Kantor-Mirski, niestety przepadła. Zanikła także żywa jeszcze w okresie międzywojennym pamięć ludu zagłębiowskiego, pielęgnująca swoje dawne dzieje. Czy jednak rzeczywiście dziś jesteśmy zupełnie bezbronni wobec nie dość udokumentowanej historii?
Wiadomo (a przynajmniej mieszkańcom Dąbrowy powinno być wiadomym) że nasze miasto powstało w wyniku akcji osiedleńczej mieszczan będzińskich, którzy w pewnym momencie porzucili osłonę miejskich murów i przenieśli się na wieś, którą założyli. Działo się to w czasie, kiedy starostą będzińskim był niejaki Zygmunt Stefan Koniecpolski, kuzyn i towarzysz sławnego hetmana Stanisława. To z jego woli część mieszczan mogła opuścić miasto i założyć nową osadę, która otrzymała nazwę Wola Koniecpolska. Działo się to około roku 1650 (a w każdym razie między 1642 a 1652), ale już w roku 1655, na kilka tygodni przed najazdem Szwedów, ta sama miejscowość nazwana została Dąbrową. Najprawdopodobniej zresztą przez jakiś czas obie nazwy występowały jednocześnie.
Mieszkańcy Koniecpolskiej Woli/Dąbrowy pod względem kościelnym podlegali oczywiście parafii Świętej Trójcy w Będzinie, i to właśnie w jej archiwaliach należy szukać naszych antenatów. Na szczęście zachowało się kilka ksiąg metrykalnych z okresu staropolskiego, chociaż w przypadku okresu o którym tutaj mówimy, jest to tylko jedna księga chrztów, obejmująca okres 1636-1700.. Pisana po łacinie, na szczęście operując szablonami, jest w miarę przystępna każdemu poszukiwaczowi staroci. Co w niej znajdujemy?
Jako pierwsza pojawia się Koniecwola (czyli nasza Koniecpolska Wola): 2 lipca 1652 chrzczona jest niejaka Maryna, córka Szymona Gołego i jego żony Reginy, zamieszkałych w owej wsi. Rodzicami chrzestnymi dziewczynki byli Grzegorz Wyględaczyk oraz Katarzyna Chachowanka z Będzina. Szymon Goły jest zatem pierwszym potwierdzonym źródłowo mieszkańcem Dąbrowy. Zwróćmy też uwagę, że to właśnie jego gospodarstwo wymienił Kantor-Mirski pośród ocalonych po szwedzkim Potopie.



Owa Maryna nie była jedynym dzieckiem Szymona i Reginy. 27 maja 1655 w będzińskim kościele ochrzczona została Margarita (czyli Małgorzata), a miejscowość, skąd pochodzili jej rodzice określono jako DĄMBROWA – jest to bez wątpienia najstarsza wzmianka o wsi Starej Dąbrowie, która była zaczynem dla powstałej po z górą dwóch wiekach Dąbrowy Górniczej. Ojcem chrzestnym Maryny był ponownie Grzegorz Wyględaczyk, prawdopodobnie blisko związany z rodziną, oraz niejaka Zofia Lavatrix de arce. To łacińskie określenie może stanowić pewną zagadkę. Trudno doszukiwać się w nim rzeczywistego nazwiska (było takowe, tzn. tylko owo „de Arce”, ale w dalekiej Flandrii). Okreslenie Lawatrix w naszym przypadku może oznaczać praczkę. W łacinie średniowiecznej określeniem lavator nazywano sługę kościelnego, do którego obowiązków należało pranie bielizny (od lavatio – mycie, czyszczenie, kąpiel, ale także chrzest; jest jeszcze lavatrina – łaźnia, kloaka, ściek, czyli nasza latryna, ale chyba nie określono by tak szlachetnej Zofii). Z kolei de arce nazywano wówczas działkę ziemi, zwana też dworzyszczem, przydzielaną osadnikowi w mieście lokowanym na prawie niemieckim, jakim na przykład był Będzin.



Losów owej Małgosi – zresztą podobnie jak starszej o trzy lata Maryny – nie znamy, ale chyba musiała umrzeć jeszcze jako dziecko, skoro w roku 1664 (13 lipca) jej rodzice znowu chrzczą dziecko o tym samym imieniu (rodzicami chrzestnymi byli w tym przypadku Andrzej Kramarz i Regina Kluczabina).



Kolejnym po Gołych nazwiskiem dąbrowskim uchwytnym w kościelnych źródłach będzińskich, a wymienionym przez Kantora-Mirskiego, jest Bednarczyk. Niejaki Grzegorz Bednarczyk, zamieszkały w Koniecpolskiej Woli, 4 lutego 1654 ochrzcił swoją córkę Dorotę. Niestety akt chrztu nie mówi nam nic o jego żonie, a wymienia jedynie, w sposób zresztą niezbyt czytelny, rodziców chrzestnych: niejakiego Iskrzyckiego oraz Annę z Będzina.



Zważywszy na fakt, że pisownia w ogóle, a już nazwisk chłopskich w szczególności, nie była wówczas ściśle ustalona, być może tego samego Grzegorza, tym razem określonego jako Bednarz i jego żony Zofii dotyczy kolejny akt chrztu, jaki miał miejsce 4 kwietnia 1655 roku. Zwłaszcza, ze ojcem chrzestnym znowu był ów Iskrzycki a matką chrzestną Magdalena Lysianka z Będzina (prawdopodobnie Lis). Chrzczonym dzieckiem tym razem był chłopiec o imieniu Albert. Nic nie wiemy niestety, jaki związek istniał – a istnieć musiał - pomiędzy tą rodziną a wymienionymi przez Kantora Staśkiem i Jasiem Bednarczykami, którzy mieliby przyłączyć się do gwardii królewskiej Wolffa stacjonującej w Siewierzu.
W będzińskich metrykach znajdziemy także inne, wymienione przez Kantora-Mirskiego nazwiska pierwszych dąbrowian. 29 czerwca 1668 r. Piotr i Jadwiga (nazwisko nieczytelne) ochrzcili syna Piotra (ojcem chrzestnym był wymieniony dalej Albert Pająk z Dąbrowy); 22 lutego 1669 r. Sebastian i Jadwiga Wieczorkowie ochrzcili Mateusza; 18 stycznia 1672 r. Albert i Anna Pająkowie ochrzcili Tomasza; 25 lutego 1675 r. Jakub i Maryna Lisowie ochrzcili Mateusza – jak widzimy, po początkowej dominacji dziewczynek, w końcu zaczęli się rodzic także chłopcy, ale nie długo, gdyż 7 lutego 1679 r. Mateusz i Dorota Bałdysowie ochrzcili Dorotę. Nieco wcześniej, bo 27 grudnia 1674 miały miejsce dwa chrzty w rodzinach określonych jako mieszkańcy Dąbrowy, choć nazwiska te nie pojawiają się w monografii Kantora. Tego właśnie dnia Mikołaj i Zofia Wartakowie ochrzcili Joannę. Takie samo imię otrzymała także druga dziewczynka, ofiara gwałtu na Marynie (nazwisko matki niestety nieczytelne, a ojciec, przynajmniej oficjalnie, pozostał nieznany).
To by było na tyle, jeśli chodzi o mieszkańców Starej Dąbrowy w jej pierwszym prawie trzydziestoleciu. Liczba chrztów – zaledwie 13 (w tym 3 w Koniecpolskiej Woli) świadczy o niewielkim zaludnieniu podbędzińskiej osady. Ale przecież każde początki są trudne, a wymienione zarówno przez Mariana Kantora-Mirskiego jak i źródła kościelne dąbrowskie rodziny swoich potomków nad Przemszą i Brynicą mają po dziś dzień.

* * *

Powyższy artykuł jest tylko uzupełnieniem moich wcześniejszych tekstów "Kiedy powstała Dąbrowa (Górnicza)", które ukazały się najpierw w książce "Na tropach legendy. Szkice z dziejów Zagłębia" (2003) oraz w wersji rozszerzonej w "Nowym Zagłębiu" (nr 2 i 3/2010 - w wersji pdf można ściągnąć tutaj: www.nowezaglebie.pl/archiwum.html ). Tekst niniejszy jest chyba ostateczną redakcją tematu, opartą na przejrzeniu WSZYSTKICH zachowanych ksiąg metrykalnych z pierwszego 30-lecia istnienia Dąbrowy (osobno są jeszcze Piekło i Gołonóg, dziś dzielnice D.G.). Do "Nowego Zagłębia" nie puszczam, bo trochę powtarza to, co już było niedawno publikowane. Na Dąbrowskie gazety tekst jest zbyt długi więc chyba poczeka, aż będzie stanowić fragment planowanej książki o początkach Dąbrowy Górniczej. Tym samym jest to pierwszy przypadek na tym blogu, żeby tekst znalazł się tutaj wcześniej niż gdziekolwiek indziej.

ENCYKLOPEDIA POWIATU BIERUŃSKO-LĘDZIŃSKIEGO



Ten wpis jest trochę nie na temat, bo traktuje o... Śląsku. Wprawdzie tym bliskim, bo tuż po drugiej stronie Czarnej Przemszy, ale jednak. A propos - jest taka anegdotka, jedna z moich ulubionych: Pan Bóg siedział nad Czarną Przemszą (w oryginale jest, że nad Brynicą, ale to prawie na to samo wychodzi) i strugał sobie ludzi. Te egzemplarze, które mu nie wyszły, wyrzucał na drugą stronę rzeki. Pytanie brzmi - po której stronie rzeki siedział Bóg?
Ale na poważnie - właśnie ukazała się "Encyklopedia powiatu bieruńsko-lędzińskiego", druga książka z cyklu encyklopedii o miastach, gminach i powiatach Górnego Śląska, w przyszłości może także Zagłębia Dąbrowskiego (na pierwszy ogień poszedł Chorzów). Nie pisałbym o tym, gdybym nie był w to przedsięwzięcie osobiście zaangażowany - niech mi prawdziwi Zagłębiacy z FDZZ wybaczą:-) Wprawdzie jestem autorem chyba tylko jednego hasła, ale redaktorem wszystkich biogramów. Dzięki temu miałem okazję wyjść poza najbardziej interesujący mnie teren, choć historyczno-geograficzne związki z Zagłębiem jednak były - w końcu to zaraz za miedzą.
Encyklopedia zawiera 1500 haseł i artykułów, blisko 400 ilustracji, liczne tabele i wykresy, 170 pozycji bibliograficznych, ponad 250 biogramów. Opracowana jest na bardzo dobrym poziomie merytorycznym, co różni ją od paru "encyklopedii" zagłębiowskich, o których może coś kiedyś napiszę. Jeśli kogoś zainteresuje - polecam. Także Zagłębiakom, żeby lepiej poznali swojego sąsiada.

czwartek, 16 grudnia 2010

DAWNA BROŃ I BARWA



Bibliografia zawartości

Jest to czasopismo wydawane przez Oddział Górnośląski (Katowice) Stowarzyszenia Miłośników Dawnej Broni i Barwy, a właściwie jego prezesa - Zbigniewa Fuińskiego. Przez kilkanaście lat pracowaliśmy ze sobą dzieląc wspólny pokój w Muzeum. Pismo jest bardzo ciekawe, niestety bardzo niszowe. Przez kilka lat robiłem skład i posiadam prawie wszystkie numery (od 1 do 8 tylko ksero). czasopismo jest dość specjalistyczne, pozbawione graficznych fajerwerków. Jako ze na jego temat niemal niczego w sieci nie ma, pomyślałem że warto, choćby w tym miejscu, opublikować bibliografię jego zawartości. Wśród autorów znajdziemy kilku specjalistów w dziedzinie historii wojskowości i munduroznawstwa z najwyższej polskiej (także emigracyjnej) półki: J. Zarawski, J. Wielhorski, L. Kukawski, A. Konstankiewicz, J. Bogdanowski, Z. Fuiński i inni. Bardzo ciekawe są też "techniczne" artykuły H. Ciosińskiego. Tematyka głównie napoleońska i XX-wieczna, ale nie tylko.

NR 1/1985
Marek Wroński, Uwagi o dziejach i mundurze polskich huzarów
Marek Wroński, 10 pułk huzarów (1944-1947) - dzieje, mundur
Marek Wroński, Odznaki i oznaki na mundurze oddziałów łączności 14 samodzielnej wielkopolskiej brygady pancernej
Marek Wroński, Pamiątkowa odznaka "kombatancka" kompanii zaopatrzenia 14 swbp
Roman Krzyżanowski, Ze wspomnień o 10 pułku huzarów

NR 2/1986
Józef Łukaszewicz, Barwa artylerii konnej legii naddunajskiej
Marek Wroński, 7 pułk artylerii konnej - dzieje, mundur, odznaki
Edward Maniecki, Buńczuk dla mistrzowskich baterii o zaprzęgu konnym wz. 1937
Jerzy Zarawski, Mało znany epizod z dziejów pistoletu VIS
Jan Minkiewicz, Umundurowanie pułku lansjerów legii polsko-włoskiej w roku 1807

NR 3/1987
Janusz Wielhorski, Przyczynki do rodowodów pieszych regimentów koronnych, ich ciągłość oddziałowa, oraz przemiany z zakresu nazewnictwa, szefostw i numeracji 1789-1794
Andrzej Woźnicki, Huzarzy piesi
Zbigniew Fuiński, Jeszcze o mundurze huzarów Księstwa Warszawskiego
Rafał E. Stolarski, Marek Wroński, Zapomniana odznaka

NR 4/1988
Janusz Wielhorski, Jazda legii naddunajskiej
Jerzy Zarawski, Kto produkował tasaki janczarskie?
Andrzej Pysz, Dwa polonica ze zbiorów śląskiego kolekcjonera militariów
Zbigniew Fuiński, Uwagi o słownikach bronioznawczych
Marek Wroński, Rafał E. Stolarski, Pamiątkowy krzyż 5 kresowej dywizji piechoty

NR 5/1989
Janusz Wielhorski, Przyczynki do monografii Suwalskiej i Podlaskiej BK oraz GO Kaw. gen. Podhorskiego, 1 IX - 5 X 1939

Nr 6/1990
Marek Wroński, Rafał E. Stolarski, Pamiątkowa szabla dowódcy 11 pułku piechoty - podpułkownika Aleksandra Zawadzkiego
Maciej Jeske, Przyczynek do dziejów polskiej szabli
Reiner Sachs, Jerzy Zarawski, Wstęp do słownika rusznikarzy śląskich (cz. 1, A-B)
Piotr Madej, Zagadkowa odznaka z II Korpusu polskiego
Janos Kalmar, Hełmy i tarcze węgierskich husarzy
Leszek Zachuta, Z dziejów polskiego szabeltasa
Józef Łukaszewicz, Uwagi o rodowodzie 14 dywizjonu artylerii konnej

NR 7/1991 (nr specjalny)
Janusz Wielhorski, Przyczynki do rodowodów koronnej jazdy polskiego autoramentu, zaczem jazdy narodowej koronnej, jej O. de B., ciągłość oddziałowa, filiacje, nazewnictwo, numeracja, dowódcy i przydziały do w.j. wyższego szczebla, 1773-1794

NR 8/ (nr specjalny)
Lesław Kukawski, Umundurowanie kawalerii Legionów Polskich 1914-1917

[UWAGA: ten tytuł został anulowany. Ukazał się podobno bezprawnie po jakiejś awanturze w łonie Stowarzyszenia - sprawa miała finał sądowy. Mieniła się redakcja, zmienił się format i szata graficzna - od tej pory pismo miało się ukazywać jako półrocznik. Od ostatniego numeru pisma nowa redakcja się odcięła i dlatego kolejny numer "Dawnej Broni i Barwy" także nosi numer 8.]

NR 8/1993
Zbigniew Fuiński, Aleksander Orłowski i mundury wojska polskiego w roku 1815
Leszek Zachuta, O szabli gen. Mariana Langiewicza (w 130 rocznicę Powstania Styczniowego)

NR 9/1993
Janusz Wielhorski, Munduroznawcze trzy po trzy
Lesław Kukawski, Szable ułanów legionowych
Reiner Sachs, Jerzy Zarawski, Wstęp do słownika rusznikarzy śląskich (cz. 2, B-G)

NR 10/1994
Zbigniew Fuiński, Polskie militaria na zagranicznych aukcjach
Jacek Kaniewski, List Amerykanina do naczelnego wodza Powstania Listopadowego gen. J.Z. Skrzyneckiego
Jerzy Zarawski, Cieszynka

NR 11/1995
Wojciech Budzyński, Orzeł dla ochotników ze Stanów Zjednoczonych i Kanady do Armii Polskiej we Francji 1917-1919
Zbigniew Fuiński, Album wojska Księstwa Warszawskiego Michała Stachowicza. Materiały munduroznawcze
Reiner Sachs, Jerzy Zarawski, Wstęp do słownika rusznikarzy śląskich (cz. 3, J-M)

NR 12/1995
Janusz Wielhorski, Jazda polska 1939
Zygmunt Jagodziński, Torchalscy - rodzina rusznikarzy warszawskich
Dariusz Nawrot, Historia i mundur polskiego batalionu gwardii pieszej cesarza Napoleona I w roku 1813

NR 13/1996
Wojciech Budzyński, Mało znany orzeł dla podoficerów i szeregowych polskich sił powietrznych
Henryk Ciosiński, Strzelanie z broni odprzodowej
Dariusz Nawrot, Jeszcze kilka uwag o pieszych huzarach z 1800 r.
Lesław Kukawski, O planszach "Equites Poloni" Janusza Wielorskiego
Reiner Sachs, Jerzy Zarawski, Wstęp do słownika rusznikarzy śląskich (cz. 4, N)

NR 14/1996
Henryk Ciosiński, Arbaleta, kusza na kule
Jerzy Zarawski, Niezwykła broń
Andrzej Kostrzewski, Ppłk Antoni Zdanowski 1783-1868. Historia portretu
Bartłomiej Błaszkowski, O mundurze koloru khaki w Polskich Siłach Powietrznych w Wielkiej Brytanii

NR 15/1997
Leszek Zachuta, O kordzikach produkowanych w Łodzi w latach 1952-1996
Reiner Sachs, Jerzy Zarawski, Wstęp do słownika rusznikarzy śląskich (cz. 5, O)
Zbigniew Fuiński, Dariusz Nawrot, Pułki litewskie 1812-1813, historia i umundurowanie
Lesław Kukawski,Jeszcze o mundurze khaki w polskim lotnictwie

NR 16/1997
Jerzy Bajda, Sygnatury na polskiej broni białej okresu międzywojennego
Henryk Ciosiński, O zamku kołowym
Jerzy Zarawski, Między prochem czarnym a bezdymnym
Witold Korbel, Kadeckie słońce

NR 17/1998
Reiner Sachs, Jerzy Zarawski, Wstęp do słownika rusznikarzy śląskich (cz. 6, P-S)
Zbigniew Fuiński, Dariusz Nawrot, Ułani brytyjscy
Zbigniew Fuiński, Nie tylko recenzja
Andrzej Kostrzewski, Portret Marcjana W. Żeleńskiego (1804-1846)

NR 18/1998
Andrzej Kostrzewski, Książę Józef Poniatowski i jego mundur na niektórych portretach z lat 1806-1814
Eugeniusz Bielecki, Order "Virtuti Militari" w carskich odznakach pułkowych z końca II połowy XIX w. do 1917 roku
Jerzy Zarawski, Zapomniana "Pierwsza fabryka broni siecznej"
[Z. Fuiński, D. Nawrot, A. Kostrzewski] Ułani brytyjscy 1793 r. - uzupełnienia

NR 19-20/1999
Leszek Zachuta, "Arma" - Fabryka Broni i Maszyn we Lwowie S.A.
Henryk Ciosiński, Dawna broń pneumatyczna
Reiner Sachs, Jerzy Zarawski, Wstęp do słownika rusznikarzy śląskich (cz. 7, Ś-W)
Archiwalia: Ordynans do woyska Rzeczypospolitey Oboyga Narodów względem mundurów, 1777

NR 21/2000
Janusz Bogdanowski, Rewaloryzacja twierdzy Jasna Góra - klasztoru w Częstochowie
Andrzej Konstankiewicz, Lesław Kukawski, Uzbrojenie pułków Wołyńskiej BK w kampanii wrześniowej 1939
Andrzej Konstankiewicz, Uzbrojenie jednostek brygadowych Wołyńskiej BK we wrześniu 1939
Aleksander Smoliński, Karabin przeciwpancerny wz. 35 na polu bitwy pod Mokrą
Lesław Kukawski, Głos w dyskusji na sesji naukowej SMDBiB w Częstochowie 16-17 X 1999 r.
Archiwalia: Pieczęć wojskowa gen.-maj. Józefa Jeleńskiego

NR 22/2000
Reiner Sachs, Jerzy Zarawski, Wstęp do słownika rusznikarzy śląskich (cz. 8, WROCŁAW)
Bohdan Królikowski, Ubiór Armii Polskiej we Francji (1917-1919)
Waldemar Grabowski, Znane - nieznane?
Bartłomiej Błaszkowski, Kamizelki ratunkowe używane, w Polskich Siłach Powietrznych w Wielkiej Brytanii
Archiwalia: Ordynans hetmanów koronnych i litewskich wraz z Departamentem Wojskowym Obojga Narodów z 23 sierpnia 1785 roku

NR 23/2001 [na okładce błędnie wydrukowano 2000]
Waldemar Grabowski, Polskie chorągwie z XVI-XVIII wieku w zbiorach ikonograficznych Armemuseum w Sztokholmie [kolorowe fotografie sztandarów]
Henryk Ciosiński, Hełm japoński hoshi-kabuto
Maciej Jeske, O szabelni wyszyńskiej
Archiwalia: Ordynans Hetmana Wielkiego Litewskiego wraz z Komisją Wojska Obojga Narodów z 28 listopada 1788

NR 24/
[najwyraźniej mam jakieś braki]

NR 25/
{tu także mam jakieś braki]

NR 26/2004
Zbigniew Fuiński, Pelta (cz. 2)
Reiner Sachs, Jerzy Zarawski, Wstęp do słownika rusznikarzy śląskich (cz. 10, Z-Ż) Lena Zajączkowska, Johan Christian Tietze - szabelnik wrocławski z XIX w.
Archiwalia: Rozkład i Taxa Sprawunków Mundurowych dla Brygad Kawaleryi Narodowey i Pułków Przedniey Straży Woyska Oboyga Narodów 1791 r.
[Z. Fuiński, Portret Dominika Radziwiłła]

NR 27/
{tu także mam jakieś braki]

NR 28/2007
Henryk Ciosiński, Zrobić cieszynkę
Reiner Sachs, Jerzy Zarawski, Wstęp do słownika rusznikarzy śląskich (cz. 11, suplement i indeks)
Tadeusz Bilnik, Szable francuskie w wojsku polskim XX w.
Jacek Kaniewski, ceny ręcznej broni palnej i broni białej epoki stanisławowskiej (1764-1795)
Archiwalia: Ustawa o próbowaniu wszelkiej broni ręcznej [1891]

Być może są kolejne numery, ale muszę uzupełnić zbiory.
W 2006 roku wyszedł także numer specjalny, z samymi tylko barwnymi tablicami:

NR I/2006
Jan Czop, Mundury autoramentu cudzoziemskiego Rzeczypospolitej w XVIII wieku

środa, 15 grudnia 2010

WYDAWNICTWO "POSITIV"

...z miłości do książek...

Kiedy miałem okazję przypatrzeć się bliżej, jak powstaje moja pierwsza samodzielna książka "Będzińskie spacery", oraz dzięki bliskim kontaktom z jedną z będzińskich drukarni, dziś już niestety nie istniejącą - postanowiłem założyć wydawnictwo. Z punktu widzenia biznesowego rzecz skończyła się raczej marnie - coś tam oczywiście zarobiłem, ale po paru latach zwinąłem interes. Ja się do biznesu nie nadaję.



Wydawnictwo "POSITIV" istniało w sumie kilka lat (mniej więcej 2000-2005) wydając w tym czasie trzy książki. Pierwszą byli "Rastamani" mojej żony. To jest moja pierwsza próba bawienia się składem. A sama książka - to była pierwsza w Polsce książka o polskich rastamanach. Do dzisiaj gdzieniegdzie poszukiwana. Ostatnio widziałem ją na aukcji Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy.



Druga książka to była fucha na zlecenie. Gdybym wiedział od początku, co to będzie, to bym w to nie wchodził. Miał być tomik poezji, dość ambitny, wiersze w angielskim oryginale i tłumaczone na polski. No i w sumie to jest tomik poezji, tylko że żadnego z wierszy zacytować tu nie mogę, bo mogą zajrzeć osoby poniżej osiemnastki. Sam autor - Douglass Kneedler - nawet jak na artystę był nieźle zakręcony. Mam gdzieś w domu jego książkę wydaną w Szwecji - taki album z fotografiami - ale chyba nie dorosłem do tej sztuki. Książka nosiła tytuł "Dougie mówi po polsku", oprócz wierszy w stylu "fucking the mind" zawierała trochę zdjęć nagich kobiet. A oto co sam autor miał do powiedzenia o sobie:





No i wreszcie trzecia książka, tym razem moja - "Na tropach legendy. Szkice z dziejów Zagłębia". To w zasadzie zbiór moich wcześniejszych artykułów z prasy lokalnej, zebranych w jednym tomiku, uzupełnionych dwoma dodatkowymi tekstami i artykułem Romana Szenka o jednym z będzińskich rabinów.



Z książek rzecz jasna wyżyć się nie da, więc robiłem też składy na zlecenie. Z tego co pamiętam dwukrotnie składałem "Zeszyty Zagłębiowskie", chyba cztery numery "Dawnej broni i barwy" oraz może ze dwa razy "Informator Stowarzyszenia Miłośników Dawnej Broni i Barwy".


poniedziałek, 13 grudnia 2010

UKRYTE STRONICE



Tym razem będzie trochę snobistycznie. Bo książka nie moja, tylko – o mnie. Co prawda nie cała, tylko fragment, ale zawsze.
Ale najpierw dwa słowa tytułem wstępu. Jako pracownik będzińskiego Muzeum, do tego zajmujący się tematyką żydowską, siłą rzeczy poznałem nieco Żydów - albo dawnych mieszkańców Będzina, albo ich potomków. Pewnego słonecznego dnia do Będzina przyjechała Erin Einhorn. Mówiła, że jest dziennikarką z Filadelfii i chce napisać książkę o tym, jak jej mama została uratowana w czasie Holokaustu przez polską rodzinę. Pomogłem jej odnaleźć tę rodzinę. Później widzieliśmy się kilkakrotnie. Nasz kontakt choć rzadki, był na tyle ciekawy, że często o nim opowiadałem. W międzyczasie Erin rzeczywiście napisała i wydała w Stanach swoją książkę, która cieszyła się dużym zainteresowaniem. W roku 2010 przetłumaczyło ja i wydało w Polsce krakowskie wydawnictwo „Znak”.
Trochę gorzki śmiech budziło we mnie zdanie umieszczone w podziękowaniach: „Jarosław Krajniewski, prawdziwy ambasador Będzina, gościł mnie w swoim mieście.”
Poniżej fragmenty pierwszego rozdziału. To także moja historia, choć widziana innymi oczami. Cała książka jest dosyć ciekawa dla kogoś, kto interesuje się Holokaustem oraz stosunkami polsko-żydowskimi.



Będzin okazał się sporo większy, niż mi się zdawało, i znacznie bardziej miejski w charakterze. Wyobrażałam sobie kury i kozy na ulicach, gdy tymczasem autobus z dworca kolejowego wysadził nas na poboczu spowitej smogiem autostrady, w pobliżu centrum miasta, gdzie dwu- i trzypiętrowe budynki z betonu i cegły kłóciły się o miejsce wzdłuż zatłoczonego chodnika. Młody miejski historyk Jarek Krajniewski był zachwycony, że interesujemy się jego miastem, i z entuzjazmem oprowadził nas po średniowiecznym zamku i jego podupadłym sąsiedztwie. Kontakt z Jarkiem nawiązałam tydzień wcześniej, umawiając się na tę wycieczkę, a teraz spacerowałam po ulicach, gdzie zaczęła się historia mojej rodziny. To było niesamowicie emocjonujące. Ludzie wydawali się przyjaźnie nastawieni, machali do Jarka i pozdrawiali nas ciepło. Mimo to wciąż nie mogłam pozbyć się z głowy ostrzegawczych podszeptów. Martwiłam się, że patrzą na nas i widzą, że jestem Żydówką. Unikałam kontaktu wzrokowego. Zdjęcia robiłam tylko ukradkiem. Tak długo oglądałam się przez ramię, że gdy Jarek raptem przystanął i uśmiechnął się, omal na niego nie wpadłam.
- Co się stało? – zapytałam, rozglądając się dokoła.
- To on – odparł, wskazując kiwnięciem brody, na pobliski budynek. – Dom, o który pytałaś.
Przyglądałam się jego twarzy przez minutę, nie do końca pewna, co takiego powiedział ani czy w ogóle pytałam go o dom. Wreszcie przypomniałam sobie, że gdy spotkaliśmy się przez wspólnego znajomego w Krakowie, podałam Jarkowi stary adres mojej rodziny. Uświadomiłam sobie, gdzie jestem. Przed budynkiem, który był celem mojej podróży do Polski.
Powiodłam wzrokiem za spojrzeniem Jarka ku szerokiej dwupiętrowej kamienicy z różowawej cegły, przykrytej warstwą brudu. Był to jedyny budynek na całej przecznicy, który nie przylegał do chodnika. Przycupnął nie wiedzieć czemu sześć metrów od ulicy, za kwadratem nagiego trawnika, rozłożystym, grubym drzewem i irytująco brzydką aluminiową szopą. Dom jakby wręcz się ukrywał. Podobnie jak miasto, okazał się znacznie większy, niż się spodziewałam, i o wiele bardziej nowoczesny, ale zarazem bardziej obskurny. Cegły wydawały się ułożone niestarannie, rzędy okien – po siedem na drugim i na pierwszym Pietrze – jakby gapiły się na mnie nieprzytomnie spod opadających powiek. Na balustradzie balkonu na drugim piętrze suszyła się bluza od dresu.
Raptem poczułam, że zaparło mi dech w piersi. Uprzytomniłam sobie, że wstrzymywałam oddech i gwałtownie wypuściłam powietrze z przepełnionych płuc. Staliśmy jak wrośnięci w trotuar i oglądaliśmy dom. Czekaliśmy. Zdaje mi się, że to Magda w końcu przerwała milczenie.
- Myślisz, że jeszcze tu są? – spytała.
- Wątpię – odparłam, ciągle wpatrzona w budynek. – Minęło mnóstwo czasu.
Naprawdę mnóstwo. Dokładnie pięćdziesiąt pięć lat, pięć miesięcy, dwa tygodnie i trzy dni, od kiedy mój dziadek zaprosił ich do mieszkania w swoim domu, a potem opuścił Polskę na zawsze. Wciąż jednak była nadzieja, że za jednym z tych okien odnajdę ludzi, którzy uratowali życie mojej matce. Po przeszło pół wieku ciągle mogą tu mieszkać, suszyć pranie na poręczach balkonu. Znów usłyszałam pulsowanie tętna w głowie. Po raz kolejny znalazłam się na skalistym urwisku i modliłam się o łatwe zejście w dół, o łatwe wyjście z sytuacji. (…)
Skuliłam się ze strachu, gdy drzwi uchyliły się powoli i ukazała się w nich twarz kobiety. Omal nie schowałam się pod schodami.
Jarek przedstawił się i zapytał kobietę, czy znała mieszkających tu niegdyś rodzinę Skowrońskich. Kobieta zawahała się i sceptycznie mierząc wzrokiem stojących przed nią nieznajomych, wolno pokiwała głową. Powiedziała coś po polsku, wskazała na niebo, a potem zniknęła w głębi mieszkania. Była to wieść, której się obawiałam i na którą zarazem liczyłam:
- Nie żyją? – zapytałam.
- Co ty – odparł Kris, klepiąc mnie żartobliwie po ramieniu. – Mieszkają na górze.
Oniemiałam. Na górze? Ciągle tu są? Jak to? A jeśli pójdziemy na górę, a oni zatrzasną nam drzwi przed nosem? Moi przyjaciele już byli w drodze na piętro. Przyspieszyła kroku, żeby ich dopędzić. (…)
Gdy nikt nie otwierał, poczułam przypływ ogromnej ulgi i błagalnie poprosiłam moich przyjaciół, żebyśmy stąd wyszli. Przypomniałam, że ucieknie nam powrotny pociąg do Krakowa, ale oni uparli się, żeby porozmawiać z sąsiadami. Postanowili zadzwonić do jeszcze jednych i jeszcze jednych drzwi, aż w wąskiej klatce schodowej podszedł do nas mężczyzna z żoną, którzy mieszkali po drugiej stronie korytarza, i jeszcze starsza kobieta, która wyszła, aby zbadać, o co całe zamieszanie. Jarek zwrócił się do nich w dość oficjalnym, jak mi się zdawało, tonie z zapytaniem, czy wiedzą, że ich sąsiadka, pani Skowrońska, w czasie okupacji udzielała schronienia żydowskiemu dziecku. Sąsiedzi byli wyraźnie zaskoczeni, ale zdawało się, że mówią: „Ukrywała żydowskie dziecko”. Potem zaczęli mówić jeden przez drugiego, uśmiechać się, kiwać głowami i przekrzykując się nawzajem, opowiadać historię, którą usłyszeli od sąsiadki. Wychwyciłam kilka słów: „Dziecko”. „Żydówka”. „Wojna”.
- Pani Skowrońska opowiedział im o twojej matce – szepnęła do mnie Magda. – Cały czas o niej opowiadała. Już nie żyje, ale jej syn ciągle tu mieszka. – Moi przyjaciele zaczęli wskazywać na mnie, mówiąc po polsku „córka”. „To córka dziecka, które mieszkało z panią Skowrońską”. Sąsiedzi opowiadali dalej, gestykulując żywo. Staruszek wskazał na drzwi Skowrońskiej, ale powiedzieliśmy mu, że nikogo nie ma w domu.
- Nie, są w domu, są w domu – chyba to właśnie mówił mężczyzna, obchodząc nas dookoła i pukając do drzwi. Nie było odpowiedzi, więc staruszek zapukał raz jeszcze, tym razem mocniej.
- SKOWROŃSKI! – wrzasnął, grzmocąc w drzwi jak gliniarz z nakazem aresztowania. – MASZ GOŚCI! (…)
I wtedy otwarły się drzwi, zza których wyłoniła się twarz starszego, zakłopotanego mężczyzny. Zobaczyłam niebieskie, rozszerzone strachem oczy, otulone siateczką miękkich zmarszczek. Mężczyzna mrugał szybko, jakby właśnie wyrwano go ze snu. Potem wszyscy zaczęli mówić naraz, wskazywać palcami i kiwać głowami – Kris, Magda, Jarek, staruszek o mocnej pięści, jego żona, pani z naprzeciwka – ich głosy tworzyły brzęczącą kakofonię słowiańskiego rozgwaru. (…)
- Mam na imię Erin – powiedziałam. Mężczyzna przedstawił się jako Wiesław. Zaprosił nas do pokoju dziennego, małego, prostokątnego pomieszczenia z dwoma oknami wychodzącymi na ulicę, rozsypującą się wersalką oraz kwadratowym stołem, otoczonym krzesłami pochodzącymi z różnych kompletów. (…) Sięgnęłam do torebki po zdjęcie mojej matki w wieku trzech lat z ojcem i ciemnowłosą kobietą. Wręczyłam je Wiesławowi. Natychmiast się ożywił.




- Mój Boże – szepnął, przymykając oczy i otwierając je znowu. – To moja matka.
Zrozumiałam. Uśmiechnęłam się, dotknęłam jego ramienia i wskazałam na dziewczynkę na zdjęciu.
- Moja matka – powiedziałam po polsku.
Wiesław przeniósł wzrok na mnie, a potem z powrotem na fotografię. Nie potrzebowałam więcej dowodów. Wziął mnie w ramiona i rozpłakał się.
- To była moja siostra – wyjąkał. Oczy nabiegły mu łzami. – Byłem dla niej starszym bratem.

BITWA POD SIEWIERZEM, 1289

Ten tekst ma już kilka lat, opublikowany był chyba w dwóch gazetach ("Kronika Powiatu Będzińskiego" oraz "Gazeta miasta i gminy Siewierz" - tytuł taki lub podobny) oraz w necie, ale skoro ten blog powstał m.in. po to, aby zgromadzić tu z czasem jak najwięcej moich tekstów, więc przeklejam i tutaj. Generalnie tekst zrodził się trochę z nudów a trochę z mojej fascynacji szachami. Tak się kiedyś akurat złożyło, że mniej więcej w jednym czasie czytałem coś o tej bitwie, grałem w szachy i wpadł mi w ręce zapis partii rozegranej przez młodego będzinianina. Połączyłem te trzy rzeczy i powstał tekst, który późnił chciała opublikować jakaś gazeta szachowa, ale w sumie nie doszło to do skutku.
Purystów historycznych lojalnie uprzedzam - to jest tekst nieco fikcyjny. Ale samą bitwą jeszcze kiedyś zamierzam się zająć.

BITWA POD SIEWIERZEM

Wiek XIII powoli zbliżał się ku końcowi. 150 z górą lat już minęło jak ziemie polskie widziały zjednoczone królestwo czy choćby księstwo, którego jedność zabrał ze sobą do grobu Bolesław Krzywousty. Zasada senioratu nie utrzymała się długo i właściwie nigdy nie było pełnej zgody wszystkich zainteresowanych co do jej stosowania. Podejmowane tu i ówdzie próby zjednoczenia nie przyniosły jak dotąd rezultatu. Wielkie dzieło Henryków Śląskich w niwecz obrócili Tatarzy odnosząc słynne zwycięstwo pod Legnicą (1241).
Idea królestwa obejmującego wszystkie macierzyste ziemie polskie nigdy nie znikła z horyzontu politycznego śląskich Piastów, tak sama jak nie zanikła tradycja nadawania tego samego imienia męskim potomkom głównej linii rodu. Po sławnym Henryku Brodatym, nieszczęsnym Pobożnym, wybitnym strategu Henryku III swoje pięć minut w dziejach miał ich prawnuk, wnuk i syn – Henryk IV Probus (Prawy).
Pierwsze lata swego panowania w dzielnicy wrocławskiej książę Henryk spędził głównie na konflikcie z ambitnym biskupem Tomaszem. Konflikt ten zakreślał coraz szersze kręgi, przeradzając się w sprawę o charakterze narodowo-językowym, i nie wiadomo jak by się to wszystko skończyło, gdyby Henryk nie rozejrzał się nieco szerzej i nie zaczął myśleć o polskiej koronie. Nie mógł jej osiągnąć bez pomocy polskiego kleru, więc schował miecz i w roku 1287 zawarł z księciem krakowskim Leszkiem Czarnym układ o przeżycie.
I stało się...
Leszek zmarł już 30 września 1288 i natychmiast jako jego następca wystąpił Henryk IV. Kasztelan krakowski oddał mu Wawel, gdzie stanęła śląska załoga, zaś krakowscy rzeźnicy otworzyli bramy miasta.
Porozumienia z roku 1287 nie zaakceptował jednak książę kujawski Władysław, brat Leszka, ze względu na niski wzrost przezwany przez współczesnych Łokietkiem. Udało mu się zebrać dość liczną koalicję książąt mazowieckich, wielkopolskich, łęczyckich a nawet wsparcie Mszczuja pomorskiego i Lwa halickiego (właściwie centralną postacią owej koalicji był Bolesław, książę płocki, który jednak już wkrótce miał zniknąć ze sceny). Nie czekając nawet aż stopnieją śniegi już w lutym 1289 roku ruszył na Kraków, skąd chciał przepędzić załogę Henryka. Ten, sam złozony chorobą, wysłał do Krakowa posiłki celem zabezpieczenia miasta. Ci, zostawiwszy na Wawelu wzmocnioną załogę, ruszyli z powrotem na Śląsk. Nie uszli jednak daleko, bo już na pograniczu małopolsko-śląskim, nieopodal Siewierza, zostali do pędzeni przez siły Władysława.
O świcie, 26 lutego 1289 roku, rozpoczęła się krwawa bitwa. Nie znamy jej dokładnego przebiegu, choć znamy rezultat. Nie wiadomo nawet dokładnie, gdzie owo starcie miało miejsce. Poniższa rekonstrukcja wydarzeń tamtego ranka jest fikcyjna, chociaż w pewnym sensie bitwa taka odbyła się naprawdę...

Spójrzmy zatem na mapę. Najważniejszą osadą w okolicy miejsca starcia był Siewierz, leżący przy szlaku ze Sławkowa w kierunku Poznania. Prawdopodobnie już wtedy lokowany w nowym (czyli tym co obecnie) miejscu, jako że pierwotnie Siewierza znajdował się jakieś dwa kilometry na południe, w okolicach zachowanego do dziś XII-wiecznego kościółka (obecnie Kuźnica Świętojańska). Wypływająca z lasów na wschód od Siewierza Mitręga łączyła się z Przemszą niemal u stóp owej niewielkiej świątyni. Patrząc na południe rozpościerały się faliste wzgórza, porośnięte lasami ciągnącymi się po obu stronach późniejszego Gościńca Siewierskiego.
Oddziały Władysława Łokietka szły właśnie owym gościńcem, od południowego wschodu. Zeszły ze wzgórz w okolicy wsi Trzebiesławice i – znalazłwszy się kilka kilometrów od Siewierza – zaczęły o świcie rozstawiać swe szyki.
Na środku, obok drogi, stanęły hufce – najpierw piesi a za nimi konnica – samego Bolesława płockiego. Później, już w czasie bitwy, książę przesunął się na lewe skrzydło, gdzie na wzgórzu stanęli konni Konrada mazowieckiego, mający przed sobą oddział pieszych z ziemi łęczyckiej (książę Kazimierz). Na prawo od Bolesława, po drugiej stronie drogi, stanęli zbrojni księcia Władysława, w podobnym szyku jak ludzie Bolesława. Prawe skrzydło obejmowało już nieco zarośnięte wzgórze i zajęte było przez hufiec przysłany przez Mszczuja pomorskiego, na lewym skraju stanęli łucznicy z Wielkopolski.
Rozbudzone odgłosami zbliżającego się nieprzyjaciela oddziały śląskie rozlokowały się po drugiej (północnej) stronie Czarnej Przemszy oraz Mitręgi. Wokół kościoła Św. Jana stanęły hufce młodego Przemka ścinawskiego (przez niektórych określanego jako szprotawski) – przy samym kościele piesi, za nimi jazda a na samym skraju prawego skrzydła rozlokowali się łucznicy. W samym środku szyku, tuż za miejscem gdzie Mitręga łączy się z Przemszą, stanął Henryk książę legnicki, który objął dowodzenie nad całością sił nieobecnego Henryka IV.. Najdalej na lewym skrzydle, na skraju lasu dochodzącego do samej Mitręgi, stanął Bolesław opolski. Obie strony gotowe były do starcia.

Na starcie nie trzeba było długo czekać. Od początku stroną agresywniejszą byli książęta śląscy, choć teoretycznie to oni się bronili i chronili za dość leniwie płynącą rzeką. Ufne w siłę swojego rycerstwa oddziały Henryka i Przemka przeszły rzekę, na której dopiero niedawno puściły lody, i – kierując się wzdłuż drogi – ruszyli na centralne hufce polskie.
Do pierwszego zwarcia doszło na łagodnie opadających wzgórzach w okolicach dzisiejszego Sulikowa. Śląskie rycerstwo, chcące zgnieść przeciwnika, wysłało w bój od razu jazdę i piechotę. Zaskoczeni Bolesław płocki i Władysław Łokietek początkowo nie mogli nie rozwinąć swoich sił i skupili się na obronie zajętych rankiem pozycji. Pod wpływem silnego natarcia Bolesław schronił się wraz z najbliższym swoim otoczeniem na szczycie pobliskiego wzgorza, na zachód od drogi, w otoczeniu zbrojnych przybyłych z Wielkopolski. Tu, stosunkowo bezpieczny i z dobrą widocznością całego pola bitwy, mógł skutecznie kierować najpierw obroną, a później także natarciem podległych sobie oddziałów. Mógł, ale to do Władysława należała teraz główna inicjatywa. On też wkrótce wypłynął na szerszą arenę dziejową, sięgając nawet po polską koronę, podczas gdy po Bolesławie słuch raczej zaniknął.
Centralny hufiec zbrojnych Łokietka otrząsł się z zaskoczenia tak silnym natarciem i wkrótce zdołał opanować sytuację. Mając za plecami wzgórza nie dał się na nie zepchnąć. Było to tym łatwiejsze, że od tego miejsca przeciwnik musiał już napierać pod górkę, co nigdy – nawet współcześnie – nie jest sytuacją komfortową.
Widząc, że pierwszy atak uległ załamaniu, z lewego skrzydła ruszył Bolesław opolski. Swój atak skierował dokładnie w to samo miejsce, gdzie nastąpiło pierwsze starcie. Jednak i ten atak został skutecznie odparty. Widząc, że sytuacja przybiera dość niebezpieczny obrót, Henryk legnicki posłał w bój konnych ze Ścinawy na czele z samym młodym i ambitnym księciem. W bezpośrednim starciu spotkał się on z jazdą księcia mazowieckiego Konrada. W czasie natarcia, ugodzony przez któregoś z wrogów, stracił najpierw rękę, a chwilę później życie. Po bitwie jego ciało odwieziono na Śląsk i pochowano w klasztorze w Lubiążu.
Widząc śmierć jednego ze swoich dowódców szyki rycerzy śląskich uległy rozluźnieniu. Kiedy po chwili także Bolesław opolski dostał się do niewoli, wycofali się na wyjściowe pozycje i w pośpiechu – acz wcale nie ścigani – udali się na Śląsk.

Triumfujący Władysław Łokietek ruszył pod Kraków, który tym razem jemu otworzył swe bramy (inna sprawa że już wkrótce musiał miasto opuścić, a że bramy były zamknięte, uciekał nocą spuszczony z murów). Sam Henryk IV z opanowania stolicy Małopolski nie zrezygnował i jeszcze dwukrotnie ją zajął,a le to już zupełnie inna historia...
* * *
Pisałem już wyżej, że nie znamy dokładnego przebiegu bitwy. Na podstawie więc jakich źródeł zrekonstruowano wydarzenia mające miejsce rankiem 26 lutego 1289 roku? Otóż podstawą była... partia szachów, rozegrana przed kilku laty pomiędzy Krzykiem Zarychtą z Będzina a rosyjskim arcymistrzem Anatolijem Karpowem. Partia ta skończyła się remisem, co dla młodego będzinianina było oczywiście sporym sukcesem. W trakcie analizy tej partii pojawił się pomysł, aby opisać ją w formie jakiejś wyimaginowanej bitwy. A że akurat w tym czasie zastanawiałem się także nad przebiegiem bitwy pod Siewierzem, stąd pomysł, aby starcie to przedstawić w tych właśnie historycznych realiach.
Co z powyższego opisu bitwy jest prawdą? Oto dla porównania co na temat samej bitwy napisał Jan Długosz:
Wczesną przeto wiosną zgromadziwszy wojsko z własnych i zdobytych ziem, kiedy Kazimierz łęczyckioraz Bolesław i Konrad książęta mazowieccy przyszli mu osobiście z pomocą, a Przemysł wielkopolski i Mszczuj pomorski przysłali mu zbrojne posiłki, zmierza w kierunku Krakowa celem wypędzenia załogi Henryka IV. Książę wrocławski Henryk IV dowiedziawszy się o tej napaści i od posłów krakowskich, i z pogłoski, nie mogąc podjąć grożącej wojny z powodu choroby, która go już wtedy nurtowała, wysyła ze swoimi wojskami księcia Legnicy Henryka i księcia Szprotawy Przemysła dla zabezpieczenia Krakowa. Gdy ci, po uporządkowaniu spraw w Krakowie i zostawieniu tam niektórych rycerzy dla utrzymywania w uległości mieszczan i ludu, wracali na Śląsk, w czasie postoju koło miasta Siewierza napada na nich książę kujawski Władysław Łokietek z innymi książętami. A ponieważ oni także chwycili za broń, dwudziestego szóstego lutego dochodzi do zawziętej walki między braćmi i rycerzami. I po wielkiej obustronnej rzezi zwycięstwo, jakkolwiek krwią drogo okupione, przypadło Łokietkowi i jego towarzyszom. Bardzo wielu spośród rycerzy śląskich padło, albo w czasie ucieczki dostało się do niewoli. Ginie w tej bitwie syn księcia głogowskiego Konrada, książę szprotawski Przemysł, który dopiero co osiągnął wiek młodzieńczy9. Odwieziono go na Śląsk i pochowano w klasztorze w Lubiążu, któremu zamierzając iść na tę wyprawę, w której poległ, zapisał dwie wsie: Łososzkowice i Żyrków. Książę opolski Bolesław ranny dostaje się do niewoli.
Oczywiście w tej „rekonstrukcji” musiało się znaleźć sporo uproszczeń i oczywistych niezgodności. Na przykład pominięto stosowany wówczas szyk, aby móc poszczególne oddziały walczących stron wpisać niejako w szachowe figury. Wieże, które zwyczajowo kojarzone są z królową pola bitwy – artylerią – tutaj przerodziły się w oddziały strażników. Klasyczna roszada to schronienie się księcia Bolesława płockiego na wzgórzu na prawej flance. Czarny hetman to oczywiście Władysław Łokietek. Zobaczmy zresztą sami:

BIAŁE
CZARNE
UWAGI
1
Sf3
Sf6
Pierwsze do ataku ruszają hufce jazdy
2
c4
g6
Już widać, kto tutaj się broni a kto atakuje
3
Sc3
Gg7

4
e4
d6

5
d4
o-o
Książę Bolesław chroni się na wzgórz za hufcami swoich sojuszników
6
Ge2
e5

7
Ge3
ed4
Pierwszy atak – piechota z lewego skrzydła
8
S:d4
We8
Pierwsze natarcie zostało odparte
9
f3
C6

10
Gf2
a6

11
o-o
d5
Drugie starcie, tym razem piechota z prawego skrzydła
12
ed5
cd5
Zwarcie się nasila
13
c5
Sc6

14
Hd2
Gd7

15
S:c6
G:c6
Starcie kawalerii, śmierć Przemka ścinawskiego
16
G:d4
Sh5

17
Wfd1
G:d4+

18
H:d4
Sg7

19
Gd3
Hf2

20
Se2
H:c5

21
H:c5
S:c5

22
Sd4
Se6

23
Gf7
S:d4

24
W:d4
We6



Powyżej - sytuacja po 17 posunięciach.

CEFAŁKA

NAJPIERW BYŁ WIERSZ
tak okolo1991 roku. Brzmiał tak:

jah ras love k –
student z bożej łaski
lat dwadzieścia
oczy zapatrzone w błękit
wzrost raczej średni
choć w dowodzie „wysoki”
znaki szczególne – brak
chyba że gniazdo we włosach
czasem radosny uśmiech
uzębienie – brak dolnych szóstek
po obu stronach szczęki
zawód – włóczęga
a po godzinach
poeta


PO KILIKUNASTU LATARCH PRZERWY
znów wróciłem – na chwilę – do pisania wierszy. Wówczas napisałem tak:

jarosław k
lat trzydzieści
i okład na dokładkę
duży chłopiec
oczy zapatrzone
zabłękitnione
szarawe
niczym voovoo z kobietami
jak cztery strony świata
tęsknota za wschodem
północą i południem

czy to jest powrót
ucieczka czy strach

jeżeli dziś
to także przeszłość
to stoję jak wczoraj
człowiek z bożej łaski
lat dwadzieścia
znaki szczególne
szpaki we włosach
i dziura gdzieś tam
tuż obok serca



A TERAZ PROZĄ

Absolwent toruńskiego przedszkola, Szkoły Podstawowej nr 4, LO nr 2. W latach 1989-1995 student archiwistyki na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu, co zaowocowało stopniem magistra. W roku 1997/98 studiowałem na Podyplomowym Studium Nauk o Rodzinie na Akademii teologii Katolickiej – z przyczyn ode mnie niezależnych skończyłem po dwóch zaliczonych semestrach. W chwili obecnej jestem bardziej praktykiem w tej dziedzinie.
W roku 2002 miałem przyjemność ukończyć podyplomowe muzealnictwo na UJ w Krakowie. Na razie to tyle, jeśli chodzi o edukację.
W latach 1996-2010 pracowałem w Muzeum Zagłębia w Będzinie, dochodząc do stopnia kustosza, który w oczach dyrekcji stracił zaufanie. Od kwietnia 2010 pracuję w Muzeum Miejskim „Sztygarka” w Dąbrowie Górniczej jako kustosz w dziale historii.
Ponadto robiłem w handlu (farby i lakiery w Toruniu, telewizory w Aleksandrowie Kujawskim, skarpetki na targu w Sosnowcu), promocji (wprowadzanie parmezanu i mozzarelli na rynek polski), przy maszynie (toruński „Biurfol”) i jeszcze paru innych egzotycznych branżach. Na początku lat 90 współtworzyłem pierwsze edycje festiwalu AFRICA IS HUNGRY w Toruniu, który pod nieco uproszczoną nazwą odbywa się w Toruniu po dzień dzisiejszy (jak dotąd odbyły się 24 edycje Festiwalu)).

A TERAZ NA POWAŻNIE
Jestem ojcem – na razie – czterech pięknych córek i syna beniaminka.
I czekam na propozycje.

piątek, 10 grudnia 2010

ROK KAZIMIERZOWSKI


Ech..., ten rok kazimierzowski w Będzinie. Tyle rzeczy miało być, a tyle się nie udało... Na pewno odbyła się msza w rocznicę urodzin, w rycie łacińskim (czyli pewnie trydenckim, choć Trydent był po Kazimierzu). No i na pewno zrobiono witraż w Kościele Świętej Trójcy w Będzinie (fotki można zobaczyć w jednym z wcześniejszych wpisów).

Niestety, książka się nie ukazała, z przyczyn, o których mniej więcej już pisałem.

Z tym rokiem kazimierzowskim w Będzinie od samego początku było pod górkę, bo miasto nijak nie chciało się do tego pomysłu przyłożyć. Inicjatywę Stowarzyszenia Ratujmy Kościół na Górce poparło jednak Starostwo i Stowarzyszenie na Rzecz Ochrony Dziedzictwa Kulturowego i Przyrodniczego "Moje Miasto", którego w owym czasie miałem przyjemność być członkiem Zarządu.

Już pisałem o cenzurze i na jakie cięcia w książce się nie zgodziłem. początkowo tych kontrowersyjnych fragmentów było więcej, a wydawca przestraszył się głównie tej złośliwości (którą zresztą na jego prośbę usunąłem):
Na świecie nie ma nic doskonałego, więc i owa monografia [chodzi o wydaną w 2008 r. 3-tomową monografię Będzina] kilku znamienitych obywateli Będzina pominęła. O naszym Kazimierzu jednak rzecz jasna wspomina, w tomie II. Włodarze miasta są jednak ludźmi pamiętliwymi i pewnie z zemsty nie uznali 700 rocznicy urodzin twórcy miasta, którym przyszło im zarządzać, za rzecz godną uczczenia, nawet w roku wyborczym.

Teraz, w nowej rzeczywistości, owi włodarze już nie są włodarzami, ale nie będę złośliwy i nie przywrócę tego fragmentu...

BIBLIOGRAFIA

Ten wpis będzie na bieżąco uaktualniany, a w etykietach po prawej stronie zawsze jako pierwszy. Wpisy pogrubione oznaczają, że daną rzecz można znaleźć w całości (lub prawie w całości) na tym blogu. Z czasem tych pogrubień będzie coraz więcej:-) Poniższa bibliografia nie obejmuje kilku pomniejszych tekstów drukowanych w różnego rodzaju folderach i informatorach.

PS - tych pogrubień praktycznie nie widać, więc je poprzedzam pięcioma gwiazdkami *****

JAROSŁAW KRAJNIEWSKI - BIBLIOGRAFIA

KSIĄŻKI:

* DZIEJE ZIEMI ZAGŁĘBIOWSKIEJ, wspólnie z A. Rogaczewską, Będzin 1997 [istnieją dwa różne wydania różniące się okładką]
***** BĘDZIŃSKIE SPACERY, Będzin 1998
* POWIAT BĘDZIŃSKI 1867-1975, Będzin 1998 [informator]
***** NA TROPACH LEGENDY. SZKICE Z DZIEJÓW ZAGŁĘBIA, Będzin 2003
***** MIASTECZKO BĘDZIN, Będzin 2003 [rzecz o dziejach będzińskich Żydów i będzińskiej synagodze]
***** ZAMEK, Będzin 2005
***** SZWEDZI W BĘDZINIE, Będzin 2005
* BĘDZIN. HISTORYCZNE DZIEDZICTWO/HISTORICAL HERITAGE, Będzin 2006
***** MIEROSZEWSCY W ZAGŁĘBIU, Sosnowiec 2008
* BĘDZIN. POCZĄTKI MIASTA, Będzin 2008 [fragmenty można znaleźć na stronie www.miasto.org.pl, w zakładce Warto wiedzieć, teksty: Zamek na nowo odkrywany, cz. 1 i 2; Zamek dolny]
* BĘDZIN. DZIEDZICTWO PRZYRODNICZE I KULTUROWE, Będzin 2008
* ZAGŁĘBIOWSKIE BITWY. BĘDZIN 1939, Będzin 2009 [kilka skanów na tym blogu]
* ZAMEK W BĘDZINIE, Dąbrowa Górnicza 2009
***** OD JASTRZĘBIA DO PIONIERA. Z DZIEJÓW UJEJSKIEGO SPORTU, Dąbrowa Górnicza 2010
* ANTONIÓW. ZIELONA DZIELNICA DĄBROWY GÓRNICZEJ [współautorstwo], Dąbrowa Górnicza 2010
* 50 LAT MIEJSKIEJ BIBLIOTEKI W WOJKOWICACH, Wojkowice 2010
* STRZEMIESZYCE MAŁE. SREBRNA PERŁA DĄBROWY GÓRNICZEJ, Dąbrowa Górnicza 2011 [współautorstwo - razem z D. Rozmusem, A. Rybakiem, J. Tokaj i A.J. Wójcikiem - oraz redakcja i projekt graficzny]
* TUCZNAWA. DZIELNICA DĄBROWY GÓRNICZEJ, Dąbrowa Górnicza 2012
* KAZIMIERZ NAD PRZEMSZĄ, Będzin - Dąbrowa Górnicza 2013
* TRZEBIESŁAWICE, Dąbrowa Górnicza 2013

* INWENTARZE I LUSTRACJE KLUCZA SŁAWKOWSKIEGO Z XVII I XVIII WIEKU, Dąbrowa Górnicza - Sławków 2013(opracowane i wydane wspólnie ze Sławomirem Witkowskim)
* ZAMKI NAD PRZEMSZĄ, Będzin 2016

GOŚCINNIE NA ŁAMACH INNYCH AUTORÓW

* Żydzi będzińscy i ich cmentarze, wstęp w: R. Garstka, Dom wieczności, Będzin 2008
* [Z dziejów Będzina], wstęp w: K. Michalski, Będzin - gród nad Czarną Przemszą, Będzin 2008

ARTYKUŁY (mniej lub bardziej) NAUKOWE

* Turystyka w Zagłębiu Dąbrowskim, w: Stan i kierunki rozwoju turystyki w województwie katowickim, Katowice 1997
* 640 lat królewskiego miasta Będzina, w: "Zeszyty Zagłębiowskie, nr 4/1998
* Szkolnictwo parafialne w Będzinie do roku 1795, w: "Zeszyty Zagłębiowskie, nr 4/1998
* Mniejszości narodowe Zagłębia Dąbrowskiego, w: "Zeszyty Zagłębiowskie, nr 4/1998
* Zbiory kartograficzne Muzeum Zagłebia w Będzinie, w: "Zeszyty Zagłębiowskie, nr 5/2000
* Selected historical maps of the Upper Silesia Region from Muzeum of Zagłębie in Będzin, w: Quick reference guide International Conference and Exhibition GIS SILESIA 2003, Sosnowiec 2003
* Wybrane mapy Śląska w zbiorach Muzeum Zagłębia w Będziniew: GIS SILESIA 2003, Sosnowiec 2003
* "Żywa historia martwych przedmiotów" - spuścizna po Żydach zagłębiowskich w zbiorach Muzeum Zagłębia w Będzinie, w: Zagłada Żydów zagłębiowskich, Będzin 2004
* Żydzi wiejscy kahału będzińskiego, w: Żydzi na wsi polskiej, Szreniawa 2006
***** Gmina żydowska w Będzinie na przełomie XVIII/XIX wieku, w: Z dziejów Żydów w Zagłębiu Dąbrowskim, Sosnowiec 2006
* Ziemie zagłębiowskie w czasach nowożytnych (XVI-XVIII w.), w: Zagłębie Dąbrowskie zanim powstało (od pradziejów do końca XVIII wieku), Sosnowiec 2007
* Mieroszewscy w Zagłębiu, w: Zagłębiowskie rody, Sosnowiec 2008
* Będzin na dawnej mapie, w: Będzin 1358-2008, t. I, Będzin 2008
* Żydzi w Będzinie, w: Będzin 1358-2008, t. II, Będzin 2008
* Gmina żydowska (1795-1914), w: Będzin 1358-2008, t. III, Będzin 2008
* Lekcje muzealne, w: Regionalizm w szkolnej edukacji, t. III, Sosnowiec 2008
***** Szaleństwo pisania, w: Regionalizm w szkolnej edukacji, t. IV, Sosnowiec 2009
* Rola i znaczenie klubu sportowego w lokalnej społeczności na przykładzie UKS "Pionier" Ujejsce, w: Z dziejów kultury fizycznej w Zagłębiu Dąbrowskim i regionach ościennych, Sosnowiec 2010
***** Kazimierz Wielki nad Przemszą, w: "Zapiski Kazimierzowskie", nr 6/2011, Kowal 2011
* Polichromie będzińskich synagog, w: Żydzi na Górnym Śląsku i w Zagłębiu Dąbrowskim, Sosnowiec 2011
* Zamki nad Przemszą, w: Architektura Zagłębia, Sosnowiec 2011
* Długoszyn, Szczakowa, Ciężkowice - między królem a biskupem, w: Jaworzno interdyscyplinarnie, Jaworzno-Częstochowa 2013

WYBRANE ARTYKUŁY POPULARNO-NAUKOWE
(Publikowane na łamach "Aktualności Będzińskich", "Pulsu Zagłębia", "Kuriera Literackiego" oraz "Nowego Zagłębia". Niektóre z tych artykułów znalazły sie później w książce NA TROPACH LEGENDY)

* Wytrawny dyplomata czy szlachecki warchoł
* Będzin, sól i arianie albo kto zabił będzińskiego plebana
* W poszukiwaniu zaginionego miasta
* Kozietulski i inni...
* Legenda Syberki
* Będzińskie lochy
* Serce Będzina
* Dźwięki starej piosenki
* Mośki, Joski i Srule w Legionach
* W poszukiwaniu korzeni
* Jak Żydzi będzińscy miasto budowali
* Jak Szymon Londner bramę rozbierał
*
**** Zamek na znaczkach pocztowych
* Kto był autorem dworca kolejowego w Będzinie?
* Z góry widać lepiej
* Jan III Sobieski w Będzinie]
* Kiedy powstała Dąbrowa Górnicza


Osobno potraktowałem artykuły z "KRONIKI POWIATU BĘDZIŃSKIEGO", według numerów:

1/2004

* Powiat będziński
* Sztetł Bendin
* Niezwykła granica
[tekst poszerzony o Post Scriptum można też znaleźć na www.miasto.org.pl]

2/2005

* Synagoga "Mizrachi" w Będzinie
* Bitwa pod Siewierzem 1289
[tekst dostępny także na www.miasto.org.pl]
* Tajemnice zamkowej góry
* Palatyna podróż przez serce Europy


3/2005/2006

* Korzenie kardynała Lustigera
* Ksiądz Mieczysław Zawadzki
* Najstarsze kościoły ziemi będzińskiej
* Sanktuarium Polskiej Golgoty Wschodu
* Opowieści starych dzwonów


4/2006

* 23 pułk artylerii lekkiej
* Szpital w Będzinie w latach okupacji
* Będzińskie piwowarstwo
* Tatary idą!
[tekst w całości wszedł do książki BĘDZIN. POCZĄTKI MIASTA]
* Nie wyjaśniona historia arian


INNE
(w tym nie wydane)

* Zespół archiwalny starostwa powiatowego w Chełmnie z lata 1920-1939, msps, Toruń 1995
* Dziedzictwo kulturowe Dąbrowy Górniczej, msps, Będzin 1996
* Czego nie widział król Kazimierz albo historia Muzeum Zagłębia w Będzinie, msps, Będzin 1996
* Zamek w Będzinie, w: Broń biała i uzbrojenie ochronne. Katalog zbiorów, Będzin 2001
* Zarys dziejów Żydów będzińskich, w: A. Szydłowski, Synagoga Mizrachi, Będzin 2005
* Działalność wydawnicza w praktyce muzealnej, msps, Kraków 2002


REDAKCJA

* "Zeszyty Zagłębiowskie", nr 3/1997, 4/1998, 5/2000, 6/.... [nigdy się nie ukazał]
* W. Stadnik, Niech przemówią kamienie, Będzin 2005
* Z. Rydel, Z Rydzem-Śmigłym i Barbarą Radziwiłłówną w tle - wspomnienia, Będzin 2006
* Będzin 1358-2008, t. I - III, Będzin 2008
* Strzemieszyce Małe. Srebrna perła Dąbrowy Górniczej, Dąbrowa Górnicza 2011

PUBLIKACJE INNYCH AUTORÓW wydane w ramach własnego wydawnictwa POSITIV znajdą się w oddzielnym wątku.