Styczeń 2020. Pandemia za progiem. Jeszcze nie wiemy, jak za
kilka tygodni będzie wyglądał świat. Na razie wszystko jest hen za górami.
Takimi jak te, w różnych kolorach żółci i brązu, spieczonych słońcem. Dokładnie
jak 3200 lat temu, kiedy wędrował przez nie Lud. Patrząc na okolicę, nic
dziwnego ze Lud szemrał. I buntował się. Nic tu nie ma, jeśli nie liczyć skał i
piasku. Z kolorów, oprócz tych żółci i brązów, jest jeszcze błękit nieba. To
wszystko. Nawet jadąc szybkim busem w towarzystwie młodego małżeństwa z Arabii
Saudyjskiej jakiś rachityczny krzew widzimy średnio raz na godzinę. Tęsknię za
zielenią, ale krajobraz jest fascynujący. Chętnie bym wysiadł i wszedł w
labirynt skał. Przystanek jest, ale tylko na kawę prażoną w gorącym piasku.
Przyautostradowy MOP wygląda jak beduińska wioska. Jest wczesny ranek. Jedziemy
do Świętej Katarzyny.



Katarzyna Aleksandryjska towarzyszy mi od lat, choć dopiero
niedawno uświadomiłem sobie jej obecność. Niedługo minie 50 lat, jak rodzice
zanieśli mnie do chrztu w Grzywnie koło Chełmży, na krzyżackiej ziemi. Trudno
nie kochać się w surowym gotyku, jeśli się jest związanym z takim miejscem. Jeszcze do niedawna nie zastanawiałem
się nad patronką tego kościoła, teraz już wiem – to Katarzyna! Zainteresowanych
odsyłam TUTAJ (warto!) – ja mam jednak pisać o Zagłębiu.
Kościół w Grzywnie. Po lewej stronie widać pień drzewa, pod którym znajdują sie groby moich dziadków.
Klamra się jeszcze nie domknęła, czego dowodem jest ten
wpis, ale teraz mieszkam kilkaset metrów od kaplicy Świętej Katarzyny.
Niewielka, drewniana, stojąca niegdyś w sąsiedztwie dworu, dzisiaj w cieniu
nowego kościoła. Warto skręcić i zajrzeć za winkiel – wszak to drugi pod
względem wieku – po kościele w Gołonogu – budynek w dzisiejszej Dąbrowie
Górniczej. Zabytek jak się patrzy, ale o nim za chwilę. Najpierw opowiedzmy o
Katarzynie. A że większość potencjalnych czytelników tego testu korzysta z
dowolnego urządzenia wielofunkcyjnego, w tle można (trzeba!) puścić sobie muzykę.
Na przykład tę: VESPERAL CANON.
Kim była Katarzyna? Urodziła się w Aleksandrii, w północnym
Egipcie, jednej z kolebek chrześcijaństwa, w rodzinie królewskiej. Nie wiemy
dokładnie kiedy, gdzieś pod koniec III stulecia, ok. 280 roku. Niektórzy
wątpią w jej istnienie, ja nie. Niewiele
jest źródeł mówiących o jej życiu. Zachowane dwa opisy męki i śmierci pochodzące
z VI wieku są pełne legend, także o tym, jak znalazła się na Synaju. Ale
wspominają ją już IV-wieczni pisarze: Rufin i Euzebiusz z Cezarei
Palestyńskiej, pierwszy historyk chrześcijaństwa.

Ojcem Katarzyny miał być Kustos (prawie jak kustosz ;) )
który zapewnił córce nie tylko królewski majątek, ale i dobre wykształcenie.
Słynęła z urody – o jej rękę starali się najzamożniejsi mieszkańcy Aleksandrii –
bezskutecznie: dziewczyna złożyła śluby czystości. Imię zobowiązywało, wszak
Katarzyna (Aikatherine) znaczy: czysta. Przyszło jej żyć w naprawdę ciężkich
czasach – wkrótce nastąpiło jedno z najdłuższych i najkrwawszych prześladowań
chrześcijaństwa, za panowania cesarza Dioklecjana i jego współrządców:
Galeriusza, Maksymiana i Konstancjusza I. Dioklecjan „odpowiadał” za wschodnie
wybrzeże Morza Śródziemnego (do 305 roku), Maksymian (Maksymin, Maksencjusz) m.in.
za północną Afrykę. Najbardziej zagorzałym w prześladowaniach był właśnie
Maksymian, który osobiście dopilnowywał realizacji edyktów Dioklecjana.
Osobiście przybył do Aleksandrii gdzie wezwał ludność do złożenia ofiary
rzymskim bogom. W obronie swoich poddanych wystąpiła m.in. młodziutka, niespełna
dwudziestoletnia Katarzyna, podtrzymująca chrześcijan w ich świadectwie wiary i
zachęcając władcę do poznania prawdziwego Boga. Maksymian zorganizował dysputę –
nawet w czasie okrutnych prześladowań znalazło się jakieś miejsce na dialog.
Sprowadzono Katarzynę do pałacu i postawiono przed zgromadzeniem pięćdziesięciu
mędrców, filozofów i retorów, którzy mieli ją przekonać, jak bardzo się myli.
Rezultat dysputy był zgoła odwrotny – to wielu z dyskutantów nawróciło się na chrześcijaństwo.
Skoro mędrcy (mężczyźni) nie dali rady kobiecie – co może być srogą przestrogą na
przyszłość i po wsze czasy – Maksymian wysłał
do więzienia, w którym przebywała Katarzyna, swoją żonę wraz z oddziałem dwustu
żołnierzy, którzy… nawrócili się na chrześcijaństwo. Maksymian się wściekł i
skazał dziewczynę na tortury – smagano ją wołowymi żyłami, miażdżono kołem,
morzono głodem. Legenda mówi że koło, nabijane hakami, pękło i zabiło oprawców.
Męstwo i świadectwo dziewczyny nawróciło samą żonę Maksymiana, która publicznie
wyznała, że jest chrześcijanką i poniosła męczeńską śmierć. W końcu wyprowadzono
Katarzynę poza mury miasta, na miejsce kaźni, gdzie ścięto jej głowę. Z jej
szyi wytrysnęło mleko a ciało zostało przeniesione przez aniołów na Synaj. Tyle
historia (dziejąca się gdzieś w przedziale między 307 a 312 rokiem) pomieszana
z legendą, nie dojdziesz już dzisiaj, w jakich proporcjach.
Jest jedną z
najważniejszych – jeśli w ogóle można tak kategoryzować – kościoła powszechnego,
czczona zwłaszcza na Wschodzie (w odróżnieniu od bardziej „zachodniej” św.
Cecylii) jako jedna z 14 Wspomożycieli. Jest patronką uczennic krawiectwa,
modystek i w ogóle młodych dziewcząt, zakonu katarzynek, sztuk wyzwolonych, notariuszy,
adwokatów, prokuratorów, teologów, filozofów, profesorów, studentów,
literatów, stowarzyszeń literackich, zecerów. Z uwagi na haki występujące w
kole chroni tych, którzy maja do czynienia z ostrymi narzędziami (np. fryzjerów,
szewców). Występuje w herbach wielu miast i regionów, także w Polsce (m.in. Działdowo,
Nowy Targ, Dzierzgoń). Jej święto jest obchodzone 25 listopada, trzy dni po
Cecylii. W ikonografii przedstawiana jest w czasie dysputy z mędrcami lub w
chwili męczeńskiej śmierci. Możemy ją też znaleźć, jak na obrazie Bergognona
(Ambrogio da Fossano) w chwili mistycznych zaślubin z Chystusem, gdzie maleńki
(tu nawiązanie do mleka, który wytrysnęło z szyi Katarzyny) Jezus zakłada jej
na palec złoty pierścień. Jeśli już jesteśmy przy malarstwie – malowali ja tacy
giganci pędzla i palety jak Hans Memling,
Correggio, Tintoretto, Caravaggio, Rafael i setki innych. Głównymi
atrybutami świętej są oczywiście pęknięte koło, korona, królewski strój,
księga, miecz i pierścień. A także piorun, który nieopacznie przyjęły sobie za
symbol zwolenniczki zabijania nienarodzonych dzieci.

Mistyczne zaślubiny św. Katarzyny z Jezusem, mal. Ambrogio da Fossano (National Gallery, London).
Dużą czcią cieszyła się (czy cieszy?) także w Polsce, gdzie
poświęconych jej jest ok. 170 kościołów i budowli sakralnych, także w naszym
regionie (kaplica w Ujejscu, kościół w Będzinie-Grodźcu). Szczególna pamiątka
związana z jej kultem jest przechowywana w Muzeum Zagłębia w Będzinie, o czym
za chwilę. W polskiej tradycji ludowej wigilia św. Katarzyny (czyli 24
listopada) jest wieczorem wróżb dla młodych mężczyzn dotyczących ożenku. Na
Mazowszu istniał zwyczaj wkładania pod poduszkę spódnic znajomych dziewcząt,
aby we śnie przywołać postać przyszłej żony.
Święta Katarzyna w heraldyce - screen z wiki.
Nie wymieniłem wyżej wszystkich patronatów św. Katarzyny,
gdyż jedna dziedzina zasługuje na osobne omówienie: chodzi o wszystkie zawody w
jakikolwiek związane z kołem, narzędziem męczeństwa. Na jej pomoc mogą liczyć prządki,
młynarze, garncarze, szlifierze, kołodzieje, stelmachowie, woźnice a nawet – rowerzyści
i kolejarze. W ujejskiej kaplicy do dziś rokrocznie ma miejsca uroczysta msza w
intencji kolejarzy właśnie.
Przyjrzyjmy się zatem lokalnym pamiątkom związanym ze świętą
Katarzyną. Skupię się na dwóch: ujejskiej kaplicy i dokumencie z będzińskiego
muzeum.
Kaplica św. Katarzyny Aleksandryjskiej w Ujejscu, stan z pocz. lat 90. XX wieku.
Kaplica pod wezwaniem św. Katarzyny Aleksandryjskiej
znajduje się na terenie placu parafialnego, w cieniu starych drzew i nowego
kościoła. Przez niektórych zwana jest kaplicą kolejową, z uwagi na istniejące
do dziś nabożeństwo. Jest jednak starsza niż zawód kolejarz, stąd bliższe
prawdzie będzie jej określenie jako kaplica dworska. Jest zagadką historii,
dlaczego Ujejsce, jedna z największych okolicznych wsi (dziś dzielnica Dąbrowy
Górniczej) aż do czasów nam współczesnych nie miało własnej parafii. Do
kościoła w Wojkowicach Kościelnych mieszkańcy wsi (i dworu) mieli jakieś 4
kilometry, niby niewiele, ale podróż taka czasami mogła być uciążliwa. Chyba to
skłoniło dawnych właścicieli Ujejsca do ufundowania kaplicy. Data fundacji i
budowy nie jest dokładnie znana, choć powszechnie przyjmuje się koniec XVIII
wieku. Wskazują na to zarówno lokalna tradycja jak i badania konserwatorskie, a
potwierdzić może znajdująca się przed wejściem do kaplicy żelazna tablica z
datą 1793.
Płyta przed wejściem do kaplicy, fot. M. Wesołowski.
Kaplica ma dość niezwykły kształt pięciokąta. Według suchej
dokumentacji konserwatorskiej: „wolnostojąca, drewniana, oszalowana, na
kamiennej podmurówce. Na rzucie prostokąta [sic!] jednoprzestrzenna, od strony
prezbiterium zamknięta trójbocznie [czyli jednak… pięciokątna]. Orientowana. Kryta
dachem namiotowym, pobitym gontem. Wnętrze zamknięte sufitem drewnianym.
Wejście prostokątne, okna trójkątne”. Kilkakrotnie była przebudowywana (choć
może bliższe rzeczywistości będzie określenie: remontowana) – najważniejsze prace
miały miejsce w latach 1820 i 1934 oraz w latach 70. XX wieku – założono wówczas
instalacje elektryczną, naprawiono dach i rynny, przemalowano (po raz kolejny) wnętrze. Wnętrze przemalowywane było zresztą kilkukrotnie, o czym świadczą kolejne
warstwy malarskie, których konserwatorzy dopatrzyli się przynajmniej pięciu.
Pod obecną białą warstwą znajdują się olejne, barwne, z motywami
geometrycznymi, których odsłonięty świadek można oglądać do dziś, na prawo od
wejścia, patrząc od wnętrza kaplicy.



Kaplica Św. Katarzyny - zachowane fragmenty oryginalnej polichromii.
Zachowany świadek, fot. M. Wesołowski.
Wewnątrz kaplicy zachowały się dwa razy po trzy rzędy
drewnianych barokowych ławek i ołtarz, także barokowy, z końca XVIII wieku, o
czym świadczy najstarsza, błękitna warstwa polichromii. Sam ołtarz tez
kilkukrotnie był odnawiany (ostatnio w latach 2005-2006) często zmieniając
swoją kolorystykę. Jeden z lokalnych rzemieślników, jakiś odległy przodek mojej
żony, wyrył nożykiem na tylnej desce: „Renovatio 1835, Franciszek Kramarczik
stolarz”.
Ołtarz - z wyjętym do konserwacji obrazem MB Częstochowskiej.
Oko w trójkącie - fragment glorii ujejskiego ołtarza w czasie konserwacji (widać fragmenty polichromii z różnych okresów).
Rekonstrukcja barw ołtarza z różnych okresów (rysunki i fotografie - dokumentacja konserwatorska, M. Mietlicka).
Wnętrze kaplicy, fot. M. Wesołowski.
Do niedawna na wyposażeniu kaplicy był także obraz „Męczeństwo
Świętej Katarzyny” znajdujący się obecnie w budynku plebanii. Autor dzieła nie
jest znany, prawdopodobnie był nim jakiś lokalny artysta z 2 poł. XVIII wieku. Na
osi obrazu widoczna jest sama Katarzyna, w białej sukni, zielonym staniku,
okryta czerwonym płaszczem, uchwycona w momencie pochwycenia przez dwóch siepaczy
Maksymiana, z których jeden jest… Murzynem (raczej nie Afroamerykaninem ;) )
Wokół tych trzech postaci, stojących na jakimś podium czy podwyższeniu, widać
tłum zwykłych w takich okolicznościach gapiów. I tutaj także widzimy Murzyna w
złotej szacie w towarzystwie psa. W oddali widać miasto z katedrą i wieżą.
Męczeństwo św. Katarzyny - reprodukcja obrazu wg. dok. konserwatorskiej.
Detal obrazu.
Obraz początkowo był integralną częścią ołtarza. W którymś
momencie historii (prawdopodobnie podczas przebudowy w roku 1820) został
wymieniony na wizerunek Matki Boskiej Częstochowskiej, co mogło być związane z
rozwijającym się kultem jasnogórskim. Ujejska kaplica była jednym z przystanków
na pielgrzymim szlaku, co zresztą nie zmieniło się po dziś dzień; tutaj właśnie
rokrocznie na nocleg zatrzymuje się pielgrzymka „oświęcimska”.
Matka Boska Częstochowska - obraz z ołtarza ujejskiej kaplicy.
Detal obrazu.
Drugą „katarzyńską” pamiątką w Zagłębiu jest wspomniany wcześniej
dokument przechowywany w zbiorach Muzeum Zagłębia w Będzinie. Mogłem go dotykać
i oglądać niemal codziennie przez kilkanaście lat, dlatego jest mi szczególnie bliski.
To niewielki fragment późnośredniowiecznego pergaminu z zapisem nutowym i
słowami hymnu ku czci świętej Katarzyny. Jego podłużny kształt związany jest z
formatem, także zachowanej do dziś, będzińskiej księgi cechu szewców. Według
opinii konserwatorów jest to jeden z najstarszych zachowanych w Polsce
oryginalnych zapisów pieśni (niektórzy badacze sytuują go jako drugi, zaraz po „Bogurodzicy”).
Pergamin zapisany jest obustronnie; na jednej ze stron (tej zapisanej później)
znajduje się data 1567, ale sam pergamin jest znacznie starszy, na pewno
późnośredniowieczny (XV, może nawet XIV wiek).

Na koniec wróćmy jeszcze na Synaj. To tutaj, w głębi
półwyspu, znajduje się najstarszy, nieprzerwanie funkcjonujący do dziś klasztor chrześcijański
(obrządku wschodniego). Według legendy to aniołowie przenieśli tutaj ciało
dziewczyny, choć mogli być nimi lokalni chrześcijanie, pragnący ocalić doczesne
szczątki „swojej” świętej w chwili najazdu na Egipt dokonanego przez Arabów.
Miejsce jest absolutnie fantastyczne, bo nie wypada powiedzieć, że magiczne. Chrześcijańska
wyspa otoczona morzem islamu, strzeżona przez jedno z beduińskich plemion,
osadzone tutaj przed wiekami przez jednego z cesarzy właśnie dla ochrony
świętego miejsca. Pierwszą kaplicą w tym miejscu, absolutnie historycznym
(miejsce, gdzie Mojżesz spotkał swoją żonę, a wcześniej ujrzał krzew który się palił,
ale się nie spalał) wzniosła ponoć Helena, matka cesarza Konstantyna Wielkiego.
Istniejące do dziś zabudowania, tylko częściowo dostępne dla turystów, powstały
ok. 530 roku za panowania Justyniana I. Klasztor chroni nie tylko starożytny mur
z czerwonego granitu, ale także specjalny przywilej wystawiony przez samego Mahometa.
Na niewielkiej przestrzeni znajduje się około 20 świątyń, w tym granitowa
bazylika Świętej Katarzyny, wypełniona m.in. setkami wiekowych ikon, których
jednak nie wolno sfotografować. Klasztor słynie ze swojej biblioteki w zbiorach
której znajduje się jeden z najstarszych manuskryptów Biblii, tzw. Kodeks
Synajski z IV wieku.

Parę fotek wykonanych w klasztorze - u góry krzew rosnący przed
kaplicą tego jedynego Krzewu gorejącego, który płonie, ale sie nie
spala.
Wszędzie wielowiekowe polichromie, nic tylko patrzeć i patrzeć.
Fragment dziedzińca z widokiem na wieżę bazyliki św. Katarzyny - przynajmniej tyle można zobaczyć.
Jak śpiewało Stare Dobre Małżeństwo - spotkajmy się kiedyś u studni... Może to być studnia Mojżesza.
Góra Horeb (Synaj) monumentalnie wznosząca się nad klasztorem, niczym twarz Boga spoglądającego na ziemię.
Przyklasztorny ogród oliwny - jedyna plama nieco szarawej, ale jednak zieleni.
Niewielka część klasztoru udostępniona jest turystom. Do
biblioteki wszedłbym najchętniej, ale to nie dla mnie… Pozostała sama cerkiew,
studnia, przy której Mojżesz spotkał córkę madianickiego kapłana Jetry –
Cipporę, kaplica krzewu gorejącego (tylko z zewnątrz), główna brama, fragment
dziedzińca. Przed wejściem za umowną cenę można od miejscowego chłopca kupić
kamień z Synaju; ja dałem dolca za dwa, bo były ładne (a także dlatego, ze to
jedyne źródło utrzymania miejscowego plemienia); można tez podnieść z ziemi,
wszak nic więcej poza kamieniami tutaj nie ma.
Jeden z młodych handlarzy kamieni.
Pan wielbłąd wydaje się być zadowolony...
Ja również :) MONT JOYE!