piątek, 4 lutego 2022

CAMPINGI nie tylko MUZYCZNE

Inspiracja przyszła z zewnątrz, w postaci książki. To „Brodnicki blues”. Z bluesem łączy mnie stosunkowo niewiele, choć i tak trochę opowieści by się nazbierało, ale z Brodnicą? Toż to cała historia… Czytając stają mi przed oczami tamte dni, tamte miejsca, tamci ludzie. Postanowiłem więc odświeżyć sobie trochę pamięć i uwiecznić – przynajmniej dopóki ten blog nie zniknie kiedyś z sieci – fragmenty tego dawnego świata. Opowieść będzie długa i poszarpana, ostrzegam. I nie będzie tylko o Muzycznym Campingu. Ale to moja historia i moja opowieść. Jak chcesz, to zapnij pasy i zanurz się w fantastyczny czas przełomu lat 80/90. Jak nie chcesz, poczytaj coś innego. Ja w każdym razie piszę i wspominam.

Opowieść ma być długa, więc muszę zacząć od początku – kiedy po raz pierwszy odkryłem Brodnicę i Pojezierze? Na początku lat 80. byłem tam cztery razy na koloniach – dwa razy w Pokrzydowie koło Bachotka, dwa razy w Małem Czystem. W Bachotku nauczyłem się pływać, pamiętam dumę jak pierwszy raz – pewnie wychowawcy spuścili ze mnie oko – dopłynąłem do wyspy. Miałem tam kumpla, Roberta, syna znajomych moich rodziców, którzy gdzieś koło ’81-82 wyemigrowali do Kanady. Dziś wiem dlaczego. Jest u moich rodziców zdjęcie, jak buszujemy w nadbrzeżnych szuwarach. Za każdym kolonijnym pobytem musiałem być na wycieczce w Brodnicy – pewnie klasyka: muzeum, zamek, trójkątny rynek… Dziś już nie będę udawał, że pamiętam tamte wycieczki ale wiem, że kiedy później zacząłem do Brodnicy jeździć samodzielnie, te wcześniejsze wizyty pozwalały mi na dobrą orientacje w terenie. To było drugie, poza Toruniem, moje miasto.

Przyszedł rok 1988, kiedy choć jeszcze niepełnoletni, poczuliśmy się dorośli. Nikt z nas nie miał starszego brata, kto wie, gdyby tak było, może historia zaczęłaby się wcześniej… Postanowiliśmy trójką przyjaciół, jaką wówczas tworzyliśmy – Dziobol, Pele i ja – pierwszy raz pojechać pod namiot. Dziobol zaproponował Pojezierze Brodnickie. Trzeba wiedzieć, że z Torunia wtedy nie jeździło się w góry, bo za daleko (choć krótko potem zaczęła się nasza bieszczadzka epopeja) ani nad morze, bo to obciach, ani na Mazury, bo po co, skoro mini-Mazury mamy pod nosem. Trzeba tam być, żeby się zakochać, a zakochanie już się nie odkocha…

Trzej przyjaciele z lotniska - od lewej: Gobbo, Pele, Dziobol.

 

Dziobol mówił, że nad jeziorem Cichym (czy Cichem)  znajdziemy jakiś biwak. W Cichem wysiedliśmy z PKSu i z ciężkimi plecakami, dźwigając równie ciężki namiot, okrążyliśmy całe jezioro. I nic. Mijaliśmy jakieś dzikie obozowiska, ale nie było niczego, gdzie chcieliśmy się zatrzymać. Jakimiś leśnymi ścieżkami, mijając niewielkie jeziorko Karaś, potwornie zmęczeni wyszliśmy z lasu i zobaczyliśmy pole biwakowe. Nie było szans, żeby iść dalej. Do dziś mam przed oczami tamten widok: łagodny stok skłaniający się ku tafli jeziora, drewniana wiata, trochę namiotów. I tak znaleźliśmy się pierwszy raz w Rytych Błotach. (W sumie to są Rytebłota, ale do dziś nie wiem, czy odmienia się w Rytychbłotach czy Rytebłotach, więc pozostanę przy swoich Rytych Błotach.)

Namiot rozbiliśmy tuż obok wiaty, po jej lewej stronie, trzy metry od jeziora. Dziś już nie odtworzę z pamięci tamtych chwil, tak wiele późniejszych obrazów się nałożyło. Ale miejsce było wprost genialne. Wiata, jak się okazało zwana (a może tak nazwana przez nas? – chyba jednak nie) Hipchatą, to było prawdziwe centrum kulturalne pola. To było pole biwakowe, jakie dziś już w Polsce prawie nie występują: żadnej infrastruktury, prądu, sanitariatów, po prostu nic. Nawet ognisk nie palił nikt sam dla siebie, bo każdy w ciągu dnia coś tam zniósł z lasu do Hipchaty, w której był otwarty kominek. To tam wszystko się działo, grały instrumenty, snuły opowieści. Rozbijając się obok wiaty znaleźliśmy się w biwakowym domu kultury, nie było mowy o spaniu…

 Nasz namiot - z prawej strony widać fragment dachu Hipchaty.

Dziobol z Pelem musieli wracać po kilku dniach, ja zostałem jeszcze na jedną noc. Już bez namiotu, ale po co, skoro miałem śpiwór, lipcowe noce były bardzo ciepłe a Hipchata, jakby co, chronić mogła przed ewentualnym deszczem. Dziś już nie pamiętam nikogo, kto tam wtedy był, ale kto wie, może już wtedy była jakaś brygada z Brodnicy? W późniejszych latach spotykaliśmy się na Rytych wielokrotnie. Chociaż nie, coś jednak wiem, ale o tym za chwilę.

Dziobol, okolice Rytych Błot, 1989

W ’89 pojawiła się koncepcja klasowej wycieczki. Gdzie? No jak to gdzie – Pojezierze Brodnickie. Miałem misję zrobić rekonesans, więc wiosną zjawiłem się w okolicy.

 


Ryte Błota, 15 kwiecień [1989]

Nie ma chyba zbyt wielkiej różnicy między ludźmi a świniami, skoro oba te gatunki są wszystkożerne. 

Teraz już wiem, co to jest szczęście w nieszczęściu. W Rytych zgubiłem swój i znalazłem cudzy zegarek. Wszystko to działo się w odstępie kilku minut, około godziny szesnastej, tak, że nie wiem, co było pierwsze: zgubiłem czy znalazłem.

Aż dziw, że przy tym zapisie pojawiła się data dzienna, jedna z dwóch czy trzech w całym zeszycie. Prowadziłem wtedy coś w rodzaju pamiętnika, ale nie chcąc być sztampowy, pomijałem w nim – zwłaszcza początkowo – fakty, daty… Teraz wiem, że to błąd już nie do naprawienia. Mnóstwo świstków, papierów, biletów… Dla potomnych tylko kłopot z porządkowaniem śmietnika…

Ostatecznie z klasą pojechaliśmy do ośrodka w Bachotku: 

Ostatni weekend spędziłem z klasą w Bachotku. Było fajnie. Wychowawczyni nas mile zaskoczyła zostawiając dużo swobody (m.in. dwa piwa dziennie). A Józek oczywiście musiał zbić szybę. Tyle, że to nie była jego wina, bo każdego by to spotkało, kto by się tego okna tknął.

To było w czerwcu, ale z zapisek wynika, że wkrótce znowu pojawiłem się w okolicy:

28 czerwiec, Ryte Błota

Dziś w nocy skini dostali mocne baty. Dwóch odjechało do szpitala.

Wpadłem na pomysł, aby zapisywać wszystko, co mi się w tegorocznych wakacjach przydarzyło. [Nie wytrwałem w tym postanowieniu, a może nie miałem czasu, w każdym razie jest tylko ten pierwszy zapis, w lipcu napisałem tylko, że nie chce mi się pisać tego „sprawozdania” a w sierpniu wspomniałem, że byłem na Muzycznym Campingu – na szczęście coś tam pamiętam, ale to za chwilę]

No więc zaczynam.

W piątek dostałem świadectwo.

Sobota. Pojechałem z Pelem do Bachotka a w Brodnicy spotkałem panienki, które w zeszłym roku były w Rytych. Noc spędziliśmy nie płacąc za pole namiotowe, spałem dwie i pół godziny.

Niedziela 25 VI. Od 9 do 19 wypożyczyliśmy z Pelem kajak i popłynęliśmy do Cichego, później wróciliśmy, i do Zbiczna, i z powrotem. Byliśmy całkowicie zmęczeni. Potem kierownik ośrodka kazał nam zapłacić za pobyt, więc spakowaliśmy manatki i o 9 wieczorem wyszliśmy do Rytych. Na miejscu byliśmy po północy, rozbiliśmy namiot i poszliśmy spać.

Pamiętam ten nocny marsz doskonale. Pele szedł w glanach, ja w trampkach. Ten marsz i widok Pelego na zawsze wyleczył mnie z chęci posiadania glanów.

Poniedziałek. Pele cały czas marudził że jest nudno. Dopiero wieczorem zmienił nieco zdanie, gdy poznaliśmy sąsiadów. [A nie mówiłem, że życie w Hipchacie zaczynało się dopiero wieczorem?; do południa wszyscy spali.] Jest kilka osób z Torunia i chłopak z dziewczyną z Łodzi. To obok nas, a dalej są między innymi dwaj rastamani z Brodnicy, ekstra goście. Tego dnia spałem bardzo krótko, i to na dworze.

Tego w zapiskach nie ma, ale jeden z owych brodnickich rastamanów pokazał mi niewielkie pole zboża, rosnące po drugiej stronie drogi, a w nim, pomiędzy żytem, zieleniły się inne rośliny. Pierwszy raz wtedy zaparzyłem sobie z nich herbatę ;)

Wtorek. W ciągu dnia nic ciekawego się nie zdarzyło, ale wieczorem Daria wyprawiała urodziny, więc było ostro. Później przyszli puny i załatwili skinów. A zaczęło się od tego, że skini jednemu z nich – Długiemu – zabrali w Zbicznie 3 piwa. A teraz szykuje się ostra wojna, bo skini szykują odwet na Nowym Mieście Lubawskim, a za tymi drugimi stoi jeszcze Brodnica i Grudziądz. I to wszystko przeciw naszym toruńskim łyskom. Tej nocy jeszcze nie spałem, a jest teraz wpół do szóstej rano. Pele przed chwilą pojechał do Torunia. Teraz jest już środa. Gdzieś koło ósmej przyszedł gliniarz i mnie przesłuchiwał. Wieczorem były poprawiny urodzin. Spać poszedłem o drugiej w czwartek. Gdy wstałem i jadłem zupę, gliniarz kazał się stawić jutro rano na komendzie. 

Pół strony dalej:

Podczas wakacji zaniechałem trochę pisanie. W lipcu zaliczyłem jeszcze Bieszczady i VIII MC w Brodnicy.

Tamte Bieszczady to osobna opowieść, niemal magiczna, może na inny czas. Teraz pora na pierwsze wspomnienie o Muzycznym Campingu. Niestety, wszystko co mam to bilet, jedną kasetę i dziurawą pamięć. Na MC w Brodnicy byłem w sumie trzy razy, niektóre rzeczy mogą mi się nieco mylić, niektóre tylko wydawać, choć wszystko wydarzyło się naprawdę.

Wydaje mi się, że na pierwszy MC pojechałem sam. Pamiętam wprawdzie wyprawę z Paśniakiem i nocleg w namiocie u cioci kumpla w ogródku, ale to chyba było później. To był mój pierwszy wyjazdowy festiwal, w ogóle pierwszy koncert poza Toruniem, żadnych toruńskich regałów jeszcze chyba wówczas nie znałem. Sam zresztą słuchałem reggae dopiero od kilku miesięcy, może od ’88 roku, od nagrań Izraela i Brygady Kryzys. W bloku, z którego już wtedy się wyprowadziliśmy (Łyskowskiego 13) była ekipa starszych o kilka lat załogantów. Te kilka lat, to cała epoka. Jeden z nich „nawrócił się” na Hare Kryszna, więc postanowił sprzedać swoje kasety. Toż była dla mnie gratka – całe pudło kaset, różnorakie reggae, audycje Gołaszewskiego z radia… Do tego zeszyt z wycinkami ze starego „Non Stopu”. Tych wycinków niestety dawno już nie mam, zawieruszyły się podczas którejś z przeprowadzek, może pożyczone… Niektóre kasety mam jeszcze do dziś.

Ale wracając do adremu: wszystko wskazuje na to, że pojechałem sam, i to na jeden tylko dzień, choć na samym koncercie spotkaliśmy się z Paśniakiem. Interesował mnie tylko dzień reggae’owy, więc i bilet mam tylko na 28 lipca. 


Pamiętam kilka obrazków. Pierwsze co, poszedłem do sklepu po chleb, który w tamtych dniach był w Brodnicy prawdziwie deficytowy. Kupiłem ćwiartkę, drugą wziął jakiś hipis. Włożyłem do torby (wojskowy chlebak z trójkolorowymi frędzlami, który nazywałem rastamanką) a później na tej torbie siedziałem na rynku, aż z chleba zrobił się placek. No właśnie, rynek… tam się wszystko zaczęło. Po pierwsze: THE REBELS. Nie licząc toruńskiego LAF 3 KOSMOS (tak mam zapisane, więc tak się chyba pisali; późniejszy TRANSFORMERS) to pierwsza kapela reggae z wielkiego dla mnie wówczas świata, jaką usłyszałem na żywo. Może właśnie dlatego tak ich wówczas polubiłem, że lubię do dziś. To był mój pierwszy kontakt wśród kapel reggae’owych, dwa lata później organizując Afrykę najpierw właśnie do Janka napisałem, zaczynali ten festiwal (ech, gdyby tak  mogli zagrać na zakończenie jubileuszowej, 30 edycji…). W czasie koncertu na rynku nagle zrobił się jakiś dym, przyjechała - jeszcze wtedy: Milicja Obywatelska, zgarnęli jakiegoś punka, który rzucił jogurtem w kamerę ekipy telewizyjnego „Luzu” – przynajmniej tak wtedy słyszałem, bo z książki wynika, że chodziło tylko o oplucie. W każdym razie – dokładnie wtedy, kiedy zrobiła się poruchawka, Janek śpiewał wyciągając rękę i wskazując na milicyjną nyskę: „Czyńcie innym to, co byście chcieli, aby wam czyniono”. Komuna właśnie upadała, nadchodziła wolność, tak nam się przynajmniej wtedy zdawało. Miałem pożyczonego Kasprzaka i nagrywałem ten koncert na pożyczoną kasetę. Potem w domu zgrałem to na magnetofon szpulowy. Ilekroć słuchałem tego koncertu, zawsze przechodziły mnie ciary. Niestety, taśmy szlag trafił.

Z tych występów na rynku pamiętam jeszcze Jana Janowskiego. Jego występ pamiętam jako przyjemne leżenie na rynku i patrzenie w gwiazdy – czyżby grał w nocy, po zakończeniu koncertu głównego w amfiteatrze? A może coś mi się już pomieszało? Jeszcze OSTATNIO TAKIE TRIO chodzi mi po głowie, ale czy to było wtedy? 

Po koncercie nocowaliśmy z Paśniakiem i Kamilem-hipisem u w namiocie u jego cioci w ogródku.

Pamiętam ludzi, mieszkańców Brodnicy, niezwykle życzliwych. Duży gar z zupą przed kościołem nieopodal rynku…

Potem koncert w amfiteatrze. Najpierw ASUNTA, wtedy jeszcze nie wiedziałem, że to projekt Sławka Gołaszewskiego z Renatą Przemyk. Grali cichutko, akustycznie. Tak cicho, ze ledwie ich słychać na kasecie. Tak, bo mam z tego koncertu kasetę! „I uwierzyć, że nie ma połowy, i uwierzyć, że nie ma ćwierci. Jest coś, co się wszystko łączy, gdzie się zaczyna i kończy…” Ależ to bujało! Na kasecie są jeszcze fragmenty BASSTIONU, BAKSZYSZU i WEDY (Hare Kryszna) – fragmenty, bo miałem tylko jedną kasetę, dziewięćdziesiątkę… Można te nagrania znaleźć dziś na youtubie: 

 Tu sam BASSTION, okładka mojego autorstwa. jak dobrze pogrzebać w sieci, to ktoś podrasował trochę to nagranie i da się znaleźć z lepszą jakością dźwięku. Na początku słychać naszą rozmowę z Paśniakiem: o, takie reggae to ja lubię...

A tu ASUNTA

W ’89 w spokojnej dotychczas Brodnicy zaczęły się dymy ze skinami. Taki wówczas czas był, dość napięte relacje między skinami i punkami. Sporo o tym w książce, jak w tym akurat temacie nie mam nic do powiedzenia, pamiętam jakieś ganianki po rynku, ale główne "manewry", ze słynną obroną pola namiotowego z dachu jakiegoś budynku, docierały do mnie tylko echem.

Wtedy też zaliczyłem życiowy rekord – czterokrotnie jednego dnia zostałem spisany przez Milicję zwaną Obywatelską. Ot tak, po prostu. Taki musieli mieć nakaz, żeby wypełnić zeszycik nazwiskami, w razie jakby co…

Nie trzeba było wiele czasu, żebym znalazł się w Brodnicy ponownie:

17 września… To już pięćdziesiąt lat temu…

W pociągu do Brodnicy: Istotą świata jest przemijanie.

A także: Strzeż się bliźniego swego jak siebie samego.

Dziś (17 IX) byłem w świątyni lwa. Czyli u Lewego w Brodnicy. Wszędzie plakaty z Marleyem, naszywki i rzeczy, o których nawet mi się nie śniło. Lew oczywiście też był, tylko namalowany. Od Okonia dostałem jego wiersze.

Aha, spotkałem dziś paru starych znajomych: Borysa, Hadesa i Kiry’ego.

Lewy to Bartek Lewandowski, basista wielu brodnickich i toruńskich kapel, kilkukrotnie gościł potem na Afryce, choćby w składzie TRANSFORMERS. Czyżby to on był jednym z owych brodnickich rastamanów spotkanych w Rytych Błotach? – muszę dopytać. Okoń to Romuald Pokojski, obecny dyrektor Opery Bałtyckiej w Gdańsku. Chyba od niego dostałem adres do Ras Jana z Rebelsów, tak przynajmniej wynika z zachowanej karteczki (w sumie to byłby dokument do historii Afryki). Pamiętam, że u któregoś z nich pierwszy raz w życiu piłem sok z kiwi. Nie mogłem wyjść ze zdumienia, że sok może być zielony ;) . Borysa, Hadesa i Kiry’ego nie pamiętam, ale może odnajdą się dzięki tym wspomnieniom…

Hm, ciekawe:

W „Na przełaj” (nr 38/89) ukazał się mój tekst. To znaczy niezupełnie mój, ale ja go tam zamieściłem.

To też typowe dla tamtych czasów:

Jakieś dwa tygodnie temu barwiłem sobie [trójkolorową] koszulkę. W sumie wyszła nawet znośnie, ale kolor zielony jest zbyt ciemny. Chcę jeszcze na niej namalować Marleya i listek Ganji.

Gdy ją zobaczyła ciocia Jasia, powiedziała że jest ładne zestawienie kolorów i zrobiłaby taką swojemu synowi.

Gdy ją zobaczył tata powiedział coś na temat dzisiejszej młodzieży.

Gdy ją zobaczyła babcia powiedziała, że powinienem zrobić ich więcej i iść na rynek.

Gdy ją zobaczył Zieli zrobił u mnie zamówienie.

Slavi krzyknął (było to w szatni wf): cha cha cha, patrzcie, mamy rastamana.

O, jeszcze jedna ciekawostka, której nie pamiętam:

[maj 1990] A PASSER BY gra piosenkę reggae z moim tekstem. Jeszcze jej nie słyszałem i nie wiem, kiedy będę miał okazję.

Dobra, wracajmy do wątków okołobrodnickich. Chociaż nie, to też jest ważne (?) w tej historii:

6 czerwiec. [1990]

Zrobiłem 1 numer „Armagedona”. Jutro zanoszę do „Rubina”. Obawiam się, że kobiecie może nie spodobać się środkowa strona, ta o ganji. [… teraz kilka ustępów o naszym Klubie Muzycznym imienia Jello Biafry…] Oddałem dziś kobiecie „Armagedon” do odbicia. Jeżeli nie będzie żadnych sprzeciwów, to 21 czerwca powinien się ukazać.

Chyba nie było, bo ukazało się około 30 egzemplarzy. Niestety, na tym pierwszym numerze się skończyło...


Ciężko wrócić do wątku brodnickiego, gdy się czyta swoje życie… Teraz na przykład dłuższy opis słynnego występu Kamerunu na mistrzostwa świata w piłce nożnej ("Soccer kids from Africa – you can do it just like Cameroon!"), sporo o warszawskiej Kręciole, matura, egzaminy na studia… Aż wreszcie:

9 lipiec [1990]

Pierwszy wakacyjny wypad pod namiot mam już za sobą. Pojechaliśmy z Pelem i Dziobolem do Okonina. Na miejscu byliśmy coś koło północy i rozbiliśmy się w lesie między drzewami. Drogą z Kowalewa szliśmy pieszo dźwigając namiot, więc nieźle nam to dało po ramionach.

Około 15 następnego dnia odbiło nam, żeby pojechać do Rytychbłot, bo w Okoninie było cholernie nudno. W Rytych zrobiliśmy imprezę, Dziobol zatruł się na swoich dziewiętnastych urodzinach.

Rytebłota już nie są te same co kiedyś. To, że pole jest teraz płatne jakoś przebolałem, ale ścięło mnie z nóg, że Hipchata zamykana jest o dziesiątej, ewentualnie o dwunastej. W poprzednich latach, kiedy nie było żadnych wrót, ludzie bawili się nieraz do rana. Co oni z tym polem zrobili? Przyjechało full puszkowców samochodami. A było to jedno z piękniejszych pól w tym województwie, taka oaza dla wszelkich odlotowców. A teraz?

Ale ludzie i tak byli świetni. Była brygada punów z Gliwic, Bodziu który zdawał ze mną egzaminy na uniwerek (na ustnych wchodził przede mną), Andżi i wielu innych. W sumie i tak było nieźle.

Nie ma w tym roku Muzycznego Campingu – można się załamać.

 


11 lipiec

Wieczorem był u mnie Paśniak i rozmawialiśmy na temat założenia kapeli. To byłby odlot zupełny. 

Po wakacjach odbyły się pierwsze próby ADONAI, w harcówce mojego byłego już liceum, ale poza tymi próbami nigdy nie wyszliśmy z garażu; jedynie kaseta z zapisem dźwiękowym się znalazła


 

27 lipca [1990]

W Głuchołazach kupiłem sobie kasetę „Solidarność anti apartheid”, płytę MISTY IN ROOTS i „Pornografię” Gombrowicza.

Miałem jechać do Brodnicy, ale odwołali. Miały być jakieś ciche koncerty, nawet chyba reggae. Pineska nie przyjechała więc ze mną do Torunia. To ciekawe, bo wszystkie jej koleżanki wiedzą że istnieje ktoś taki jak Ra z Tafarii, a żaden z moich kumpli nie wie nic o Pinesce.

 


Następny ślad mojego pobytu w Brodnicy napotykam dopiero w marcu 1991 roku – na tydzień przed pierwszą Afryką (to znaczy – wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że będą kolejne). Być może ten wyjazd miał zresztą jakiś związek z planowanym przez nas koncertem, bo w tamtym czasie trochę jeździłem po koncertach i zapraszałem ludzi do Torunia (w Lubartowie na „Kołysz się, kołysz”, w Gliwicach na „Winter Reggae”):

9 marzec, godz. 23.05. Brodnica.

Wracam do Torunia z koncertu Johna Portera. Spotkałem paru znajomych.

W „Brodnicy blues” jest fotka z koncertu Portera w Pianie, ale czy ta sama impreza – nie wiem. Porter w Pianie mógł być więcej razy.

Na przełomie kwietnia i maja 1991 roku mam dziurę w zapisach. A szkoda, bo może wtedy właśnie zrodziła się nasza tradycja corocznych wyjazdów na długi weekend do Rytych Błot. Mając w pamięci, jak tam było pod koniec lat ’80 i co zaczęło się zmieniać w dobie rodzącego się kapitalizmu – pole płatne, Hipchata zamykana na noc – postanowiliśmy zmienić termin wyjazdu, na przed sezonem. Zasada była prosta, zbieraliśmy ekipę (która od początkowych kilkunastu osób w ciągu kilku lat wzrosła do kilkudziesięciu, wielu nawet już nie znałem, bo to byli znajomi znajomych) ktoś brał pół litra i szedł do leśniczego załatwić klucze do wiaty. Cały weekend był nasz. Zawsze przy tej okazji rozpoczynałem sezon na kąpiele w jeziorze. Woda była zimna że aż dech zapierało, ale wierny tej tradycji byłem do końca, czyli do 1994 roku. W ’95 już się na Rytych nie spotkaliśmy, bo 30 kwietnia brałem ślub z CD Kramlą i część załogi przyjechała na wesele. Potem po latach w Rytych byłem jeszcze tylko raz, już z Kramlą i z dziećmi, chcąc im pokazać to miejsce. Zatrzymaliśmy się na chwilę, ale nawet za parking musiałem zapłacić…

Dobra, wracamy do chronologii.

9 maj [1991]

Był u nas listonosz z jakąś przesyłką. I mówił:

- Oj, Jarek, zadyma się przez ciebie robi na poczcie.

To chodziło o znaczki [czyli ich chroniczny brak, albo jeśli były, to smarowane mydłem żeby się pieczątki łatwo zmywały]. I w ogóle o całokształt mojej korespondencji, na przykład sposób pisania adresata. I to zarówno ode mnie, jaki i do mnie.

To się nazywało mailart – ciekawe, że dziś się trochę ta sztuka pisania listów odrodziła, co widzę u moich córek ;) Coś musiało być na rzeczy, bo pamiętam jak raz dostałem korespondencję zaadresowana do mnie jako do Ra z Tafarii, z kompletnie błędnym adresem. Chyba tylko Toruń się zgadzał a i tak trafiło do mnie.

16 lipiec. [1991] Smogorzewiec.

Zaniedbuje ostatnio pisanie – ale tyle się dzieje.

Tego dnia po imprezie [25 czerwca, impreza w lesie za Elaną] wyszedłem z domu. I trasa – Ryte Błota, Warszawa, Nowa Sól, Wrocław, Czorsztyn. Takie życie od pociągu do pociągu. Potem jeden dzień w domu – i nad Orle!

Zero pieniędzy

Tak, to był sławetny wyjazd. Zdjęć są dziesiątki, co zważywszy na czasy (nie było aparatów cyfrowych) oznacza bardzo dużo. Wszystko za sprawą... Indii, która wtedy była naszą (moją, Pelego i Dziobola) gwiazdą. Mała próbka:



23 lipiec. Wieczór. Sławkowo.

W czwartek znowu wyjazd. Na Muzyczny Camping do Brodnicy. Zastanawiam się, kto będzie ze znajomych. Jadę prawdopodobnie z Indią, Pelem, Paśniakiem i może jeszcze innymi. A ty, Pinesko, przyjedziesz?. Chciałbym, żeby przyjechała Julita i wszyscy ludzie z Czorsztyna. I Kramla, ale to raczej niemożliwe. Julita mogłaby mi przywieźć pacyfkę – już ją dla mnie ma. Chyba. Sama zrobiła – tak przynajmniej miało być. [Przez lata miałem tę trójkolorową pacyfkę, ale chyba już jej nie znajdę.]

24 lipiec, Toruń

Przygotowania.

India i Paśniak nie jadą.

Beata i Patrycja już wyjechały.

Ja i Pele rano.

6 sierpień, Toruń

Znowu była dłuższa przerwa. I choć zeszyt cały czas miałem przy sobie, to jednak nic nie pisałem.

I tak:

W Brodnicy spotkałem większość osób, które chciałem spotkać – oprócz tego oczywiście nowi ludzie. Dwie pierwsze noce w stodole (z najazdami gliniarzy) potem dwie za darmo na polu namiotowym. Koncerty miałem za darmo, tak że wiele kasy nie straciłem. Muzycznie było cienko (jakbym miał bez przekrętów kupować bilety to bym się wkurzył) ale atmosfera niezła.

Potem z paroma ludźmi pojechaliśmy do Rytych, a stamtąd – ja sam do Bydgoszczy. Miałem być na akcji przeciwko korridzie. Korrida się nie odbyła, ale przynajmniej wykąpałem się u Asi. O piątej rano zrywałem się do Jarotka. 

Mam z tą edycją Muzycznego Campingu, bo niewiele pamiętam. Z koncertów chyba tylko ARMIĘ i IZRAELA – który mnie wtedy, z nowym programem („1991”) nie zachwycił. Pamiętam stodołę – nawet zdjęcie z niej się zachowało – ale tych noclegów na polu namiotowym już nie. Ten festiwal zasłynął mega zadymami między skinami a punkami. Nie należałem do żadnej z tych grup, więc bezpośredniego udziału nie brałem. Ale wdzięczny byłem punkom za obronę (dosłownie, jak w Sajgonie czy innej Jugosławii) pola namiotowego przed skinheadami. Generalnie to był chyba czas, że na koncerty jeździłem bardziej dla spotkań z ludźmi niż dla muzyki. Pamiętam taka rozmowę, w amfiteatrze, chyba wtedy. Rozmawiały dwie dziewczyny, jedna mówiła o Gobbie, druga o Ra z Tafarii – a ja, Gobbo-Ra z Tafarii siedziałem nieco z tyłu…

Parę fotek Pelego z tamtej Brodnicy:  

Wnętrze stodoły: przodem tylko India, tyłem chyba Beata; zdaje mi się, że ta czarna postać obok Indii to ja.
Przed stodołą - to jest zdjęcie zdjęcia, trzeba pogonić Pelego o odbitki
Z Beatą i Ajką Zawsze Czarodziejką w brodnickim muzeum albo galerii.

Partia szachów z Pelem tamże.

I parę fotek od Pędzla (dzięki):

Powyżej: koncert ARMII

Potem była tradycyjna trasa „pielgrzymkowa”: Brodnica – Jahrocin – Gorzów Wielkopolski, ale nie o tym jest ta historia.

23 sierpień.

Przyjechał wczoraj Czita z Zieloną. Zielona wieczorem pojechała do Grudziądza, a Czita nocował u mnie i dziś pojechaliśmy do Brodnicy. Byliśmy u Okonia (na klatce) i u Levego. Przybyło mi sporo nagrań polskiego reggae – całkiem niezłe.

Na Pojezierze wróciliśmy wiosną 1992 roku.

1 maj [1992]

Jak szaleć to szaleć. Jedziemy całą brygadą do Rytych Błot pod namiot – za godzinę pociąg. Będziemy obchodzić Święto Pracy wyrabiając trzysta procent normy. A co tam – piwo mamy z sobą,  a jutro i w niedzielę to się zaopatrzy.

Z tego co wiem, to jedzie jedenaście osób.

3 maj

Wróciłem.

Jak się okazało – dojechali wszyscy – dużo jedzenia i dużo instrumentów. I kolarze, i happeningi. I słońce, i deszcz. I pływałem nawet – woda taka, że dzięki. Aż palce strach było zanurzyć, ale co tam. No i piwo, piwo, piwo!

A gdy wróciłem, to zobaczyłem że mi w kiblu zboże zakwitło.

Tam, w Rytych, to Olivier był niemalże gwoździem programu – ale współczuję mu – tyle przeżyć...

To był czas, kiedy Pele przeszedł na robienie kolorowych fotek. Jest ich stosunkowo dużo, tu kilka z nich. Wcześniejsze, te czarno-białe, trudno dokładnie przypasować do konkretnego wyjazdu, choć może kiedyś do tego dojdziemy. Problem w tym, że Pele ma negatywy, ja mieszkam daleko i jakoś tak nie możemy się zgadać na działanie. Wspomniany w tekście Olivier Reggie de la Manche to mój biały szczur, którego brałem ze sobą na wszelkie wyjazdy. Zmarł biedny w Jahrocinie, w przegrzanym namiocie…

Hipchata w całej okazałości, a w jeziorze ja.
Graliśmy wszędzie, gdzie się dało, na przystankach, w pociągu...
Dziobol i Olivier reggie de la Manche.
 

25 lipiec [1992] Brodnica

Jestem niby z Kramlą, śpimy tak blisko siebie, a jednak czuję się tak cholernie samotny. Dziwny jestem. Zachowuję się bardzo głupio, jestem cholernie zazdrosny o wszystko i jeszcze na dodatek chciałbym być zrozumiany. Kramla jest tak cudowna, ale... nie wiem. Sam już nie wiem. Jest moją Młodszą Siostrą – tylko czy aż? Nie sądzę, abym zasługiwał na coś więcej.

Upał niesamowity. Skwar i żar leje się z nieba. Trochę sobie popływałem w jeziorze a teraz cieknę od potu. Tak cholernie gorąco, że aż ze mnie kapie. Dosłownie. Już parę kropel spadło na ten zeszyt.

Nie mam dzisiaj najlepszego humoru. Ciągle zasklepiam się w sobie – coraz bardziej i bardziej. Naprawdę odchodzę. A tak bardzo chciałbym żyć! Tak bardzo pragnę żyć! Nie potrafię. Nie dam rady bez niczyjej pomocy.

Tradycyjnie – z koncertów tamtego Muzycznego Campingu niewiele pamiętam, tylko DAAB. Więcej się działo w stosunkach międzyludzkich. Miałem dziwny namiot, z ruskiego brezentu, w kształcie domku. Mówiłem na niego „trójka z tropikiem” tylko że ten tropik był… w środku, w postaci lekkiej mżawki gdy na zewnątrz padał deszcz. Chętnych na nocleg było dużo, tak dużo, że zabrakło miejsca dla mnie. Nieopodal swój „obóz” założyła pielgrzymowa ekipa I’n’I. Ja się trochę dystansowałem, ale wiele czasu i tak spędzaliśmy razem, łącznie z marszem z bębnami na takie słowiańskie nyah-binghi. 


 

To był mój ostatni raz w Brodnicy na Muzycznym Campingu. Potem wpadałem jeszcze parę razy do Piano, oraz rokrocznie do Rytych Błot, o czym już wspominałem. Pisane ślady po tych wypadach mogą być zachowane, ale w listach, które wtedy namiętnie pisałem do CD Kramli, zarzucając dziennik. Te zapiski są teraz jej własnością i niech tak już zostanie.

I to byłoby na tyle. Może z czasem jeszcze coś dodam. Teraz tęskno mi się zrobiło za Brodnicą przez to pisanie.


wtorek, 11 stycznia 2022

Z DĄBROWY DO PANAMY – rzecz o Saladynie Wiktorze Ramlowie

Konia z rzędem, kto dziś w Dąbrowie pamięta o lekarskiej rodzinie Ramlau (z czasem zmienili nazwisko na bardziej rosyjskobrzmiące: Ramlow/Ramloff).

Saladyn Wiktor Ramlow – bo o nim głównie będzie ten tekst – urodził się 23 grudnia 1840 roku w Dąbrowie w rodzinie Karola Saladyna Ramlau i Józefy z Wysockich. Tę datę oraz Dąbrowę jako miejsce urodzenia wskazuje Polski Słownik Biograficzny (PSB), ale informacje te mogą budzić pewne wątpliwości: nagrobek Ramlowa (o którym na końcu tego tekstu) mówi o urodzeniu w Warszawie dokładnie rok później (23 grudnia 1841). Pobyt ojca w Dąbrowie potwierdzony jest dopiero w roku 1845, kiedy to piastował funkcję lekarza w Zachodnim Okręgu Górniczym, którego dyrekcja mieściła się w dąbrowskiej „Sztygarce”. Wcześniej podobne stanowisko pełnił w strukturach Okręgu Wschodniego w Suchedniowie (przynajmniej w latach 1839-1843). Autor biogramu w PSB jako miejsce pracy Ramlaua od roku 1839 podaje Bzin (ok. 5 km od Suchedniowa, dziś dzielnica Skarżyska-Kamiennej) gdzie także funkcjonowały kopalnie rudy i towarzysząca im huta/kuźnica. W Dąbrowie przebywał przynajmniej do roku 1848, gdyż w 1849 widzimy go jako lekarza przy hucie i kopalni w Pankach, a więc także w ramach Zachodniego Okręgu Górniczego. Nie wiemy dokładnie, jak długo tam przebywał. W roku 1854 objął funkcję dyrektora szpitala (właściwie lazaretu) górniczego mieszczącego się w budynku tzw. koszar górniczych, wzniesionym w roku 1827 dla niezamężnych górników kopalni „Reden” w Dąbrowie. W roku 1862 zmienił nazwisko na Ramlow (czasami można też spotkać pisownię Ramloff) – pod takim tez nazwiskiem znani są jego synowie.

 
Saladyn Wiktor Ramlow, ok. 1861. Źródło: Mazowiecka Biblioteka Cyfrowa

Niewiele wiemy o pochodzeniu Karola Ramlau: na pewno urodził się w Węglowicach (Kuhlhausen parafia Truskolasy) ok. roku 1811, z rodziców Pawła Ramlau, dzierżawcy dóbr narodowych oraz Teresy z Lemków.  Pewne ślady wskazują na rodzinę pochodzącą (w XVIII wieku) z regionu Skórcza i Pelplina, a więc dawnych Prus Królewskich, po pierwszym rozbiorze (1772) będących częścią Królestwa Pruskiego. Być może inna gałąź rodu mieszkała także na Mazowszu (Ciechanów, Nacpolsk). Najstarsza wzmianka mówi o Barbarze Ramlau, urodzonej w Oliwie (dziś dzielnica Gdańska). Na okładce jego rozprawy doktorskiej o chorobach cewki moczowej, wydanej w jenie w roku 1833, określony jest mianem „Varsaviensis”; w Warszawie w tym czasie notowanych jest kilka osób o nazwisku Ramlau. Żonaty z Polką, Józefą z Wysockich, niewątpliwie poczuwał się do polskości skoro w czasie powstania listopadowego pełnił funkcję lekarza wojskowego najpierw w 2 pułku jazdy krakowskiej, następnie w 6 pułku ułanów Dzieci Warszawskich.

 Akt ślubu Karola Saladyna Ramlau (zamieszkałego w tym czasie przy krakowskim Rynku) z Józefą Wysocką, Kraków 1834

Odznaczony został m.in. krzyżem Virtuti Militari, o czym mówi tabliczka na zbiorowej mogile/pomniku (nie wszyscy wymienieni są tam pochowani) na Cmentarzu Rakowickim w Krakowie. Można znaleźć informacje, jakoby tabliczka upamiętniała Wiktora, powstańca styczniowego, ale imiona i data śmierci zgodna z datą śmierci ojca (1885) wydają się być wystarczającym dowodem.

  Strona tytułowa rozprawy doktorskiej Karola Ramlau

Mogiła powstańców na Cmentarzu Rakowickim w Krakowie - tabliczka z nazwiskiem Ramlowa i informacja o odznaczeniu Virtuti Militari znajduje się po prawej stronie (fot. Marcin Niewalda)

W aktach metrykalnych parafii w Wąchocku odnotowany jest akt urodzenia Tomasza Saladyna Ramlau, syna Karola i Józefy. Dokument jest ze stycznia 1841 roku, co uprawdopodabniana fakt urodzenia Saladyna Wiktora w grudniu nie 1840, a 1841 roku. Wiadomo też, że w rodzinie był jeszcze jeden chłopiec, imieniem Paweł (uczestnik powstania styczniowego, później na emigracji w Szwajcarii i Francji, członek m.in. Stowarzyszenia Czesko-Polskiego w Bazylei, Zjednoczenia Emigracji Polskiej – tzw, gmina Montparnasse – oraz Stowarzyszenia Pomocy Naukowej w Paryżu. ) oraz dziewczynki: Władysława, zamężna od roku 1876 z Józefem Suchockim z Kolonii Reden (ślub miał miejsce w kościele Św. Trójcy w Będzinie, ówczesnej parafii zarówno dla Dąbrowy jak i dla Redenu), Stanisława, która wyszła za Stanisława Łuszczkiewicza oraz Żelisława, późniejsza żona Stanisława Waleriana Modzelewskiego.

Nawet jeśli Saladyn nie urodził się w Dąbrowie, możemy założyć, że tutaj właśnie spędził dzieciństwo (przypomnijmy: urodził się w 1841 a ojciec, zapewne wraz z rodziną, przebywał w Dąbrowie przynajmniej od 1845 roku). Ojciec najwyraźniej chciał mu zapewnić karierę w górnictwie, skoro wysłał go do kieleckiej Wyższej Szkoły Realnej, która po likwidacji Akademii Górniczej była jedyną placówką kształcącą przyszłe kadry górnicze. Szkoła była w pełni płatna i uchodziła za jedną z najlepszych w Królestwie Polskim. W niej młody Saladyn zetknął się zapewne po raz pierwszy z Karolem Majewskim (absolwentem z roku 1852, autorem publikowanej mowy pożegnalnej na zakończenie nauki w szkole kieleckiej) późniejszym przewodniczącym rządu Narodowego w powstaniu styczniowym.

W latach 1858-1861 Saladyn Ramlow studiował medycynę na Akademii Medyko-Chirurgicznej w Warszawie, której nie dane mu było skończyć (studia medyczne zakończone doktoratem kontynuował w latach późniejszych na emigracji, o czym za chwilę). W czasie studiów zaangażował się w działalność patriotyczną i niepodległościową, której jednym z organizatorów był Karol Majewski, student medycyny na tej samej Akademii.

Wiemy jak w tym czasie wyglądał. Zachowały się przynajmniej dwa wizerunki młodego jeszcze Wiktora Ramlowa (prawdopodobnie w okresie tym zaczął używać jako głównego swego drugiego imienia). Widzimy go m.in. na fotografii zbiorowej, ukazującej grupę młodzieży polskiej i żydowskiej, przed zesłaniem na Sybir. Wszyscy podpisani z imienia i nazwiska, wszyscy byli studentami Akademii Medyko-Chirurgicznej, większość ginie w gąszczu dziejów, ale każdy swój los oddał w służbę Ojczyźnie. Być może stanowili grupę przyjaciół Maksymiliana Unszlichta (na fotografii pierwszego w górnym rzędzie) założyciela tajnego, spiskującego Komitetu Akademickiego. Na dole daty: 15 X 1861 i 9 I 1862. W środkowym rzędzie po prawej stronie w kawaleryjskiej pozie zastygł Wiktor Ramlow, obok niego, bliżej środka, Bernard Goldman, późniejszy członek Rządu Narodowego. Szczegółów konspiracyjnej roboty naszego bohatera nie znamy, choć musiał brać udział w tzw. buncie Akademii. Być może wciąż istnieją nie wyzyskane w treści dokumenty, w końcu to nie za ładny wygląd został aresztowany i osadzony w warszawskiej Cytadeli a następnie zesłany.


Jakimś śladem mogą być kontakty z rodziną warszawskiego adwokata Marcelego Machczyńskiego (1800 – 1868). Z racji wykonywanego zawodu wsparcie mecenasa dla młodych zapaleńców, jeśli takie było, nie przetrwało w materialnych śladach. Więcej wolności miała żona, Ewa Honorata Machczyńska z domu Luboradzka (1806 – 1880). Spośród ich dziewięciorga dzieci nieliczne dożyły dorosłości, a jedna z córek, Antonina, znana nauczycielka i działaczka społeczna, w 1871 roku utworzyła pierwsze na ziemiach polskich żeńskie seminarium nauczycielskie. Zachował się list Wiktora Ramlowa do pani Ewy Honoraty, napisany i wysłany tuż przed wyjazdem na zesłanie. Podziękowania, jakie autor śle swojej dobroczynni, świadczą o jakichś bliżej na nieznanych, a jednak żywych stosunkach w niedalekiej przyszłości. Może pani mecenasowa wspierała jakoś, duchowo bądź materialnie, młodych studentów z Akademii Medyko-Chirurgicznej?

Początek listu (odpis) Wiktora Ramlowa do Ewy Machczyńskiej, 1862

Wyrokiem sądu wojennego został skazany na zesłania do Orenburga. Gdzie? Orenburg jest dziś półmilionowym miastem w środkowym biegu rzek Ural, a więc na granicy Europy i Azji. Założone jako twierdza wojskowa w roku 1743, do dziś jeszcze zachowało układ ulic i zabudowę z tamtej epoki. Do Orenburga Ramlow jednak nie dotarł, gdyż uciekł z transportu w Tobolsku. 

 Himalaje eufemizmu...

 Plan twierdzy Orenburg

Po jakimś czasie znalazł się w Taganrogu, mieście portowym nad Morzem Azowskim, gdzie udało mu się wsiąść na statek płynący do Konstantynopola. Stamtąd wreszcie dostał się do Francji.

Ostatecznie w Paryżu w roku 1867 Wiktor Ramlow ukończył medycynę, ale nie wydaje się że od razu przystąpił do przerwanej tak nagle w Warszawie nauki. W niektórych wspomnieniach określany jest jako „genueńczyk” co naprowadza nas na jakiś jego ślad w Polskiej Szkole Genui, założonej 1 października 1861 dzięki wsparciu garibaldczyków przez Ludwika Mierosławskiego. Już po jego konflikcie z resztą kadry i odejściu, w maju 1862 roku szkołę przeniesiono do Cuneo w Piemoncie północno-zachodnie Włochy) – tam zapewne trafił nasz Wiktor. Szkołę ukończyło około 200 osób, wielu z nich walczyło później w szeregach powstańców 1863 roku, jak Teodor Cieszkowski działający w okolicach Ojcowa i Olkusza, ale Wiktora na listach absolwentów brak – najwyraźniej przewinął się tylko przez krótki czas. Symptomatyczny zapewne jest tutaj jego późniejsze pełne zaangażowanie w sprawę Mierosławskiego.

W POWSTANIU STYCZNIOWYM

Tymczasem Mierosławski słowem rycerskim zaręczył komisarzom i wysłannikom rządowym (w jednej z grup mógł znajdować się Ramlow), że przejdzie zbrojno granicę zaboru rosyjskiego. Tak się też stało: 7 lutego otoczony gromadką „ślepo wielbiącej go młodzieży” (w gronie 12 osób wymieniony jest m.in. Saladyn; w „Pamiętniku” Mierosławskiego mowa jest jedynie o samym Ramlowie) opuścił Paryż. Grupa udała się najpierw do Belgii, w celu zapłacenia za dostawy broni dla powstańców (która ostatecznie nie dotarła; transport zatrzymany został w Bydgoszczy). W nocy 16/17 lutego, na czele dwudziestu kilku młodzieży, uzbrojonej w zardzewiałe dubeltówki, znalazł się w granicach Królestwa Polskiego, w okolicach Krzywosądza. W grupie tej, swoistej gwardii przybocznej (tzw. straży chorągwianej) pierwszego dyktatora powstania, znajdował się Wiktor Ramlow.

Najbliższym oddziałem partyzanckim była grupa Kazimierza Mielęckiego. Na spotkanie dyktatora została także wysłana grupa młodzieży, głównie studentów Szkoły Głównej, która wzmocniła oddział do liczby około 100 powstańców, w połowie uzbrojonych w kosy, w połowie w broń myśliwską. Na ich czele dyktator stoczył pierwszą swą bitwę w powstaniu styczniowym, 19 lutego pod Krzywosądzem, z kilkukrotnie silniejszą kolumną regularnych wojsk rosyjskich (ok. 300 piechoty i 50 jazdy) dowodzonych przez pułkownika Jerzego Schilder-Schuldnera. Zmuszony do wycofania następnego dnia połączył się z oddziałem Mielęckiego, którego… oskarżył o opieszałość i nieudzielenie pomocy. Schilder-Schuldner dopadł partyzantów, liczących już około 500 ludzi, i rozbił ich pod Nową Wsią 21 lutego. Wszystkie relacje dotyczące tej potyczki mówią o Ramlowie  wyprowadzającym z bitwy swego dowódcę, który według relacji pamiętnikarzy w tym momencie chciał się zastrzelić. Podczas odwrotu w jednym z miasteczek rozbici powstańcy zabrali kasę rządową „w której niestety tylko 7 czy 10 rubli srebrnych się znajdowało” za pokwitowaniem podpisanym przez Ramlowa, który razem z Janem Kurzyną udał się do Krakowa w celu przygotowania miejsca dla Mierosławskiego. Sfrustrowany porażkami i brakiem zaufania podwładnych dyktator opuścił jednak ziemie polskie i udał się z powrotem do Paryża (twierdził później, że rozchorował się na wrzód w gardle). W tej właściwie ucieczce towarzyszył mu jeden adiutant, którym mógł być lekarz wojskowy w osobie Wiktora Ramlowa. Pewności nie ma (wszak wcześniej udał się do Krakowa) ale wydaje się że to właśnie Ramlow nakłaniał później dyktatora do powrotu do walczącego kraju. Nakłaniał na tyle skutecznie, ze razem wracali w granice zaboru rosyjskiego, ale po drodze, w Wiedniu, dowiedzieli się o nowym dyktatorze powstania – Marianie Langiewiczu. Dotarli do Krakowa, gdzie Ramlow podjął się pracy przy organizacji nowej siły zbrojnej, podległej Mierosławskiemu a konkurencyjnej w stosunku do sił powstańczego Rządu Narodowego.

Nocą z 2 na 3 maja dobrze wyposażony oddział Mierosławskiego (ok. 500 ludzi, w tym 30 Francuzów i Włochów pod wodzą płk. Nullo) opuścił Kraków i udał się na zachód. W awangardzie szedł oddział Stefana Malczewskiego, w którym, jako lekarz wojskowy, znajdował się Wiktor Ramlow. Nie czekając na nadejście sił głównych Malczewski przedwcześnie przyjął bitwę z Rosjanami i 4 maja został pobity pod Igołomią. Klęska ta spowodował ostateczne wycofanie się Mierosławskiego z walk powstańczych i powrót do Paryża.

Tym razem Ramlow nie udał się w ślad za „swoim” dyktatorem. Przeszedł do nowego oddziału powstańczej kawalerii, dowodzonej przez Kazimierza Konrada Błaszczyńskiego. 18 czerwca we wsi Góra wpadli w zasadzkę, w której zginął dowódca oddziału. Po rozbiciu oddziału Ramlow nadal przebywał na terenie Królestwa, biorąc czynny udział w pracach powstańczych. W listopadzie 1863 roku widzimy go na przykład w Warszawie, gdzie brał udział w odebraniu swojemu staremu znajomemu, Karolowi Majewskiemu, urzędowych papierów po utracie przez tegoż stanowiska szefa Rządu Narodow ego. W końcu tego roku włączył się w prace założonego przez Jana Kurzynę Towarzystwa Patriotów Polskich, dążącego do obalenia nowego dyktatora powstania, Romualda Traugutta. Jako emisariusz TPP został wysłany do Krakowa, jednak powstanie chyliło się już ku nieuchronnemu upadkowi.

PRZEZ PARYŻ DO PANAMY

Po upadku powstania w 1864 Wiktor Ramlow udał się na emigrację, by już nigdy do Polski nie wrócić. W październiku podjął starania o przyjęcie na Studia Medyczne w Paryżu. 22 października decyzją rektora Sorbony został wpisany na listę studentów zwolnionych z opłaty, z prawem ukończenia studiów i napisania doktoratu. Stopień doktora medycyny otrzymał 7 kwietnia 1867 na podstawie rozprawy „Du traitement de la vaginite” („Leczenie zapalenia pochwy”). Poza członkostwem w Towarzystwie Paryskim Lekarzy Polskich i prowadzeniem dlań specjalistycznej biblioteki, nie angażował się raczej w życie polityczne emigracji; odsunął się także od Mierosławskiego – brak go na liście członków założonego przez byłego dyktatora Towarzystwa Demokratycznego. Głośnym echem, choć głównie we Francji, odbiła się jego asysta jako lekarza w słynnym pojedynku, który między sobą stoczyli B. Cassagnac (dziennikarz i polityk, twórca czasopisma politycznego „L'Epoque”) i P.O. Lissagaray (późniejszy autor „Historii Komuny Paryskiej”), przyczyniając się do jego zakończenia, o czym pisała ówczesna paryska prasa. Jako przedstawiciel polskiej emigracji w Paryżu. wziął udział w pogrzebie Karola Ruprechta, byłego członka powstańczego Rządu Narodowego, 3 kwietnia 1875 roku w Monachium. 

Strona tytułowa rozprawy doktorskiej Wiktora Ramlowa

Po wybuchu wojny francusko-pruskiej (1870-71) zgłosił się jako ochotnik do wojskowej służby medycznej, wstępując do Towarzystwa Czerwonego Krzyża. Zajął się m.in. organizacja ambulansów medycznych. Razem ze swoją kolumna sanitarna znalazł się w oblężonym przez wojska pruskie Metzu, będąc świadkiem jego kapitulacji. Po upadku twierdzy był prawą ręką naczelnego lekarza w armii Leona Gambetty, twórcy francuskiej Trzeciej Republiki.

Po powrocie do Paryża Ramlow znowu znalazł się w wirze wydarzeń, tym razem związanych z Komuną Paryską. Wierny swojemu powołaniu zajął się leczeniem rannych komunardów. Później, już po wojnie, zajął się prywatną praktyka lekarską prowadząc swój gabinet przy rue de la Victorie 32. 

Dom przy rue de la Victorie 32 dziś (Googlemaps)

Rok 1881 zapoczątkował ostatnią już wielka przygodę w życiu Wiktora Ramlowa – zaciągnął się jako lekarz przy ekspedycji francuskiego przedsiębiorstwa Compagnie Universelle du Canal Interoceanique, należącego do Ferdinanda Lessepsa, które miało przekopać Kanał Panamski. Na skutek tzw. „afery panamskiej” przedsiębiorstwo zbankrutowało w roku 1889 i przekopu nie ukończyło, jednak nasz bohater nie doczekał tej chwili – zmarł w Panamie 28 lutego 1882 roku, tam też został pochowany. Pozostawił po sobie listy pisane do rodziny, w których wyrażał nigdy nie zrealizowane pragnienie powrotu do ojczyzny. Nigdy się nie ożenił, nie miał dzieci. W rodzinnej Dąbrowie został praktycznie zapomniany... 

 Nagrobek Wiktora Saladyna Ramlowa, Cementerio Amador, Panama City. Dokładna lokalizacja nagrobka: TUTAJ

Za znalezienie nagrobka Saladyna w czeluściach Internetu oraz pomoc przy ustalaniu niektórych danych genealogicznych serdecznie dziękuję Marcinowi Niewaldzie, Genealogia Polaków.