poniedziałek, 15 grudnia 2025

MUZYKĄ W SYSTEM

Parę dni temu, 13 stycznia, tekst ukazał się w internetowym wydaniu "Dziennika Zachodniego". Przeklejam go i tutaj, bo tam szybciej zniknie. 

MUZYKĄ W SYSTEM

 

Widokiem czołgów na ulicy

Hukiem helikopterów

Rannym przemówieniem premiera

Powitaliśmy stan wojenny w kraju miłującym wolność

 

Tak poeta, Zbigniew Herbert (wyśpiewany przez Przemysław Gintrowskiego), opisał pamiętny niedzielny poranek 13 grudnia roku 1981. W wielu domach był to moment zdecydowanie bardziej prozaiczny, żeby nie powiedzieć: dramatyczny. Dla kilku tysięcy polskich dzieci nieważne było nawet, czy Teleranek był w telewizji czy też nie, skoro już o świcie do drzwi mieszkania „zapukało” ZOMO i aresztowało tatę… Pamiętam widok zapłakanej mamy w drzwiach pokoju i słowa o tym, że wybuchła wojna. Spojrzałem przez okno – przed blokiem stali żołnierze, dwóch czy trzech, grzejący dłonie oddechami. Że telefony były wyłączone dowiedziałem się znaczniej później, bo takiego urządzenia w ogóle wtedy w domu nie posiadaliśmy.

Trauma pierwszych miesięcy stanu wojennego i późniejszych latach trafiała do mnie, jako do dziecka, stopniowo. Na początku były to dla nas niemal ferie zimowe – do szkoły poszliśmy dopiero w styczniu. Nie wiem, czy w odległym o kilkaset kilometrów w Toruniu wspominało się coś o pacyfikacji „Wujka”, ale o strajku na kopalni „Piast” w Bieruniu rodzice rozmawiali. Dopiero z czasem, od połowy lat 80., wraz z nauką w liceum, rosła nasza, pokoleniowa świadomość tego się działo. A może wcześniej? W szkole podstawowej w gablocie wisiał wielki plakat – reprodukcja „Manifestu” PKWN. Widzieliśmy go codziennie, omawialiśmy na lekcjach wiedzy o społeczeństwie. Nauczyciel mówił nam, jak wyglądają wyboru do sejmu, a my – 13-letnie łebki – wiedzieliśmy, że to jest jakaś wierutna bzdura. Jak tylko skończyliśmy szkołę, już po wakacjach, poszliśmy z kumplem i wyciągnęliśmy ten plakat; z tej kradzieży chyba nigdy się nie wyspowiadałem. Potem sprzed jego technikum nocą zwinęliśmy flagę z sierpem i młotem. Czy to były czyny bohaterskie czy szczenięce wybryki – nie wiem, ale nikt nie chciał być obojętny. I pamiętam jeszcze żal do pierwszej naszej polonistki, że taka niby patriotka, a uciekła z Polski.

Muzyka, życie jak muzyka

Ja wiem, nasza jedyna broń

Mocniejsza od czołgów, mocniejsza od bomb

I choćby wszystkie siły zaprzysięgły się

Duchowa amunicja: ja kocham cię (IZRAEL)

Jednak dopiero w liceum zaczęło się myślenie o otaczającej nas rzeczywistości. Nie brała się ta wiedza ze szkoły, tylko z ulicy i słuchanych kaset z muzyką. Już same nazwy zespołów, przycięte przez cenzurę, mówiły same za siebie. Rejestracja Przedpoborowych, która musiała się nazwać po prostu Rejestracją (druga, obok Republiki – z której nazwą też zresztą były problemy – legenda toruńskiego undergroundu). Kontrola Władzy zmieniła się w Kontrolę W., Brygada Kryzys w Brygadę K. Pluton Egzekucyjny w Pluton E., Izrael w Issiael. Z kolei Moskwa (zespół tak znanych później Gumy, Maleo i Stopy) nie mogła zwać się Moskwą tylko… M-kwą. Ten język ktoś nazwał koalangiem – najwyraźniej musiał przeczytać „Paradyzję” Janusza Zajdla. Ale my wówczas, w drugiej połowie lat 80., świetnie się tym językiem posługiwaliśmy.

Dwieście lat niewoli – z krótką przerwą w międzywojniu – świetnie nauczyło nas, Polaków, czytać między wierszami. A że wiersze zaśpiewane mają większą siłę rażenia, przez dodanie dodatkowej, bo muzycznej emocji – dlatego śpiewaliśmy dużo i głośno. I nagrywaliśmy jak tylko się dało. Kiedy widzę dziś na wystawie w Śląskim Centrum Wolności i Solidarności im. Dziewięciu Górników z „Wujka” srebrno-czarny magnetofon kasetowy to uświadamiam sobie, jak ważne było to urządzenie. Jechaliśmy z nim do Jarocina, na Muzyczny Camping do Brodnicy, Reggae nad Wartą w Gorzowie Wielkopolskim – to taka swoista letnia trasa koncertowa. Te kasety, dziś pieczołowicie schowane w pudłach, ale też digitalizowane przez nas, „muzycznych archiwistów” – ileż wśród nich perełek! Są wśród nich takie, które istnieją tylko w jednym albo kilku egzemplarzach. Na przykład taki koncert Kryzysu, po którym prowadząca zapowiedziała następny zespół Turbo. Dopiero po latach dowiedziałem się z autobiografii Roberta Brylewskiego, że jest to nagranie z jednego z koncertów zagranych podczas trasy na Górnym Śląsku, który Kryzys odbył właśnie z Turbo. Albo kaseta, wydana „oficjalnie” – „Młodzież z partią… skończy”. Z jednej strony Kult, z drugiej Róże Europy (kto dziś pamięta nawiązywała do tytułu książki o przywódcach państwa totalitarnych?). Nie śpiewali jeszcze wtedy o dziewczynach jak jedwab, tylko o tym, że „Anarchia jest poza kontrolą” a „Najlepszy uczeń” to generał Jaruzelski:

Oczy widziały zranione serca

Lecz oczy te nigdy nie płaczą

Generale, przestań imaginować

Skoro wszystko wygląda inaczej

Wbrew wszechobecnej cenzurze (a pod tym pojęciem rozumiem także dyrektorów szkół, którzy kontrolowali teksty piosenek zespołów mających próby w szkolnych świetlicach) o generale śpiewano często i mocno:

Generale, nie boimy się tej wojny wcale!

To Wańka Wstańka i świętej pamięci Bufet. Nie tylko Jaruzelski był bohaterem piosenek, ale także inni, jemu podobni. Grudziądzka Cela nr 3 świat widziała tak:

Dzięki tym czerwonym świniom

Znowu upadam na ziemię.

A chyba najbardziej znany z tamtych lat Dezerter (wcześniejsza nazwa SS-20, nawiązująca do radzieckich rakiet balistycznych, też oczywiście nie mogła umknąć cenzurze):

Znowu szwindel szykują nowy

Znów chcą się dobrać do twojej głowy

Nie możesz ciągle dostawać w ryj

Nie daj się zabić – żyj!

Kto tego słuchał, ten nie mógł pozostać obojętny. Moskwa:

Dlaczego stoimy i tylko patrzymy, dlaczego nic więcej od lat?

Zrywaj kajdany, choć ręce będą krwawić

Nie patrz za siebie, bo nie ma tam ciebie

Zaciśnij pięść i prosto przed siebie!

To punki, bo rastamani wojnę z systemem traktowali raczej w kategoriach duchowych:

Dosyć rozpaczy, dosyć przekleństw

Podnieście wyżej głowy, podnieście w górę ręce

Pamiętaj, nadejdzie czas odkupienia

Pamiętaj, nadzieja bliska jest spełnienia

Przed nami wielka przestrzeń… (DAAB)

Konieczną wydaje się uwaga, dlaczego powyżej słowo „oficjalne” ująłem w cudzysłów. Bo oficjalnie wydane płyty zespołów, które można uznać za „niezależne” czy „undergroundowe” (bez wchodzenia w dyskusję, co te terminy oznaczają) można policzyć na palcach obu rąk. Dopiero pod koniec lat 80., dzięki Klubowi Płytowemu „Razem”, liczba tych wydawnictw znacznie wzrosła, choć nadal daleka była od ideału. Ekipa BBC, która przyjechała do Polski nagrać film o swoistym fenomenie festiwalu w Jarocinie nie mogła wyjść ze zdumienia, że w Polsce zespoły nie mogą po prostu wejść do studia by zwyczajnie zarejestrować swoją twórczość. Cały ten podziemny ruch muzyczny odbywał się na zasadzie tzw. „trzeciego obiegu”. Dziś to pojęcie niemal zapomniane, w ogóle nie zauważane przez historyków, a stanowiło zupełnie odrębny świat. Pierwszy obieg, ten oficjalny, przeczesany przez cenzurę, był dla nas niestrawny. Żaden PerfeCt, żaden Bajm, nawet słynną listę przebojów Trójki wielu z nas obchodziło szerokim łukiem. To nie był nasz świat. Drugi obieg też nie, bo nie bardzo dotyczył nas, ludzi młodych. Zbyt skoncentrowany na polityce, łamaniu praw pracowniczych, podziemnej „Solidarności”… Musieliśmy stworzyć własną kulturę, zwaną przez niechętnych podkulturą (jako kalka z angielskiego subculture). Kasety z muzyką („jakość taka sobie, ale nie pękaj, bo lepszej nie będzie”), gazetki odbijane na ksero (tzw. ziny), festiwale i lokalne przeglądy zespołów muzycznych…

Trochę zawiedzeni światem dorosłych i ich martyrologią związaną z traumą stanu wojennego i delegalizacją „Solidarności”, tworzyliśmy też własne struktury. Od małych, lokalnych, kilkuosobowych grupek przyjaciół i znajomych, zazwyczaj z jednej klasy, po te bardziej znane. W całej Polsce było ich kilkaset, wiele z własnymi wydawnictwami, ale czterem, mającym bardziej niż lokalny zasięg, należy się choćby wymienienie. To przede wszystkim Federacja Młodzieży Walczącej, Międzyszkolny Komitet Oporu, Ruch Wolność i Pokój czy wreszcie Pomarańczowa Alternatywa. Ciekawym może być prześwietlenie dzisiejszych naszych polityków, także tych z pierwszych stron gazet, kto z jaką formacją był wówczas związany. Nie będę podpowiadał, polecam własne poszukiwania.

Wiele rzeczy ciągle jest nieznanych i być może już niedługo nadejdzie czas, kiedy nie będziemy w stanie odkryć wszystkich znaczeń i aluzji. Przykładowo – podobno tekst piosenki „Objazdowe nieme kino”, mało przecież martyrologicznego Perfectu, nawiązuje do pacyfikacji kopalni „Wujek” (słynne „Chcemy bić ZOMO” zamiast „Chcemy być sobą” to zasługa bardziej publiczności przychodzącej na koncerty niż samego zespołu). Sam byłem niedawno zdumiony odkryciem, że piosenka legendy gliwickiej sceny niezależnej, zespół R.A.P. (Reggae Against Politics) „Żołnierzu, wyrzuć broń”, powstała w okolicach 1982-83 roku, też mówi o tych najtragiczniejszych chwilach stanu wojennego na Śląsku:

Żołnierzu, wyrzuć broń na śmietnik

Dość już wojen, chcemy żyć

Ucisz gniew swojego serca

W imię czego masz się bić

Żołnierzu, ściągnij hełm i maskę…

Patrzymy dziś na zdjęcia z pacyfikacji „Wujka” i widzimy wyraźnie, że o to autorowi chodziło. A że musiał ubrać swoje emocje w słowa o bezsensie wojny – cóż, takie właśnie były realia i cenzura, która trzeba było obejść. Koalang i czytanie między wierszami.

Zaczęliśmy ten tekst od Herberta i Gintrowskiego, zatem jeszcze jedna piosenka z płyty „Raport z oblężonego miasta”, bo on też śpiewał o tej pacyfikacji. Tekst jest anonimowy, ale z uwagi na podaną liczbę ofiar jest niezwykłym świadectwem chwili, kiedy niektórzy z postrzelonych górników jeszcze żyli:

Ich było tylko siedmiu

Mieli za broń zniszczone pracą ręce

Górniczy drelich, wiarę w Boga

Nic więcej

Dobrze jest dziś pamiętać o tamtych, dość już odległych czasach. Na lekcjach muzealnych, zatytułowanych „Mój tata był punkiem” oraz „Młodzież z partią… skończy” w siedzibie Śląskiego Centrum Wolności i Solidarności właśnie tę cześć naszej historii przekazujemy młodemu pokoleniu. Lekcje są mocno okraszone obrazem i muzyką. Nauczyciele wspominają swoje lata dumne i chmurne, a młodzież słucha zapomnianych piosenek, które dla ich rodziców mogły być najważniejszą częścią ich świata. Świata, o którym w ferworze codziennej walki o zapewnienie godnego życia rodzinie często już dzisiaj zapomnieli. Może pora otworzyć stare pudła i poszperać w pamiątkach własnej przeszłości. Może ktoś sobie przypomni, jak przed laty, w rocznicę 13 lub 16 grudnia, ubierał się na czarno i jedną (zazwyczaj czwartą) ze szkolnych przerw spędzał w absolutnej ciszy i milczeniu. Nikt mu tego nie nakazywał, nauczyciele, a zwłaszcza dyrektorzy, byli raczej przeciwni. Dziś chcemy trochę nawiązać do tego zapomnianego już dziś zwyczaju, zapoczątkowanego przez Międzyszkolny Komitet Oporu. Oczywiście już nie jako oddolna akcja uczniowska – teraz wiele zależy od nauczycieli i wychowawców. Kilka szkół z naszego regionu chce się w tę akcję „Cichej Przerwy’ włączyć, nawet jeśli nie miałaby to być cała przerwa, a jedynie minuta ciszy. W Katowicach będzie łatwiej, bo 16 grudnia o godzinie 11 stanie całe miasto i zawyją syreny. Dobrze jest powiedzieć naszym dzieciom, dlaczego. A potem, albo wcześniej, przeszukać internet w poszukiwaniu tych starych, zaangażowanych piosenek.

Dokąd pójdziemy, Polsko?

Dokąd pójdziemy?

Poprowadź mnie za rękę

I opowiadać co słychać u Ciebie.

Co słychać – opowiadaj

I nie wstydź się mnie, Polsko

Nie wstydź się

Już dobrze, zgaszę światło

I będę szukał w ciemnościach ciebie

(Sztywny Pal Azji)

 

POST SCRIPTUM

W jednym z komentarzy pod artykułem w „DZ” kolega rozwinął nieco wątek toruńskiego PLUTONU EGZEKUCYJNEGO. Zatem jeszcze jeden cytacik, prosto z Torunia:

Obłuda i oszustwo, czerwone kołtuństwo [?]

Zakała świata, czerwona szmata

Kraj Rad!

 

 

 

 

 


środa, 24 września 2025

POWROTY

 Mało piszę ostatnio, a w sumie byłoby o czym. Więc króciutko, z kronikarskiego obowiązku:

NIEZWYKŁA GRANICA

Na zaproszenie Muzeum Saturn w Czeladzi miałem przyjemność poprowadzić spacer historyczny na pograniczu Czeladzi i Siemianowic Śląskich z pogadanka na temat historii granicy Śląska i Zagłębia.

KAZIMIERZ (ZNOWU) NAD PRZEMSZĄ

W tak zwanym międzyczasie wspólnie z Krzyśkiem Michalskim, na prośbę Marcina Lazara i Sławka Brodzińskiego (ogólnie rzecz biorąc: Towarzystwa Przyjaciół Będzina) przygotowaliśmy drugie, zmienione wydanie książki KAZIMIERZ NAD PRZEMSZĄ. Jeszcze nie miałem przyjemności trzymania w ręku, taka okazja nadarzy się jutro na spotkaniu autorskim.



poniedziałek, 8 maja 2023

JEZIORO WSPOMNIEŃ

 Film o budowie tamy i protestach kręcony dla TVP Historia: JEZIORO WSPOMNIEŃ



poniedziałek, 13 lutego 2023

...SENZA FINE...

Książka miała być prezentem dla siebie samego na czterdziestkę. Nie była... Potem na pięćdziesiątkę. Nie była... W końcu przyszedł odpowiedni czas - i jest! Może nawet dobrze się stało, bo kilka stron mogło przybyć. 

Nakład niewielki, wersja drukowana dla Przyjaciół. Niestety - niektórzy, którym chciałbym ją podarować, żyją już tylko w ludzkiej pamięci... 

A ...SENZA FINE... właśnie tę pamięć ma ratować.



poniedziałek, 25 lipca 2022

CZORSZTYN AH 2022

I stało się...

Dzięki niezwykłemu zbiegowi różnych okoliczności - a jedną z nich jest prowadzenie tego bloga i zakładki w nim TAMA TAMIE - miałem okazję po 30 latach znowu pojawić się w Czorsztynie. Kilka (może kilkanaście) lat temu przejeżdżałem przez okolicę, byłem w Niedzicy i Dębnie, ale do Czorsztyna nie skręciłem. Teraz wreszcie nadarzyła się okazja w postaci zdjęć do filmu dokumentalnego Roberta Sowickiego "Jezioro wspomnień" dla TVP Historia, traktującego m.in. o budowie zapory i protestach z tym związanych, których byłem świadkiem. Jechałem trochę jako taki "świadek historii" - no cóż, wiek powoli zaczyna robić swoje... Paradoks polega na tym, że nie byłem ani zbyt aktywnym uczestnikiem tych protestów, ani tym bardziej ich organizatorem, ale jestem w pewnym sensie - dzięki tym tutaj zapiskom - ich dokumentalistą.

Wyruszyliśmy z Kramlą wczesnym rankiem, żeby mieć cały dzień na zwiedzanie okolicy. Na umówionym miejscu spotkania z Robertem (który jest motorem całego przedsięwzięcia) i ekipą telewizyjną byliśmy już około 9. Zdjęcia miały trwać godzinę, może dwie, a przeciągnęło się gdzieś tak do 15. Dlaczego? Problemy z laptopem (który był istotnym elementem scenariusza), miejscem gdzie miały być nagrywane niektóre sceny... Dzień zapowiadał się długi i upalny - jeszcze przez lata te dni lipcowe 2022 roku będą wspominane jako rekordowe upały w Polsce, grubo ponad 30 stopni. 

Najsampierw (takie określenie pamiętam z dzieciństwa) pojechaliśmy do Osady Turystycznej Czorsztyn. To miejsce, gdzie przeniesiono część domów z terenów zalanych przez budowę zapory. Myślę, że to jakiś uboczny skutek naszych ówczesnych, z początku lat '90, protestów. Pamiętam, że choć główny motyw był ekologiczny - dziś nie wnikam już czy słuszny - dla mnie ważniejszy był aspekt krajobrazowo-kulturowy.

Na marginesie drobna uwaga po latach. Dziś jestem raczej sceptyczny do działań wszelkiej, choć głównie lewackiej, maści ideologów ekologicznych. Przy czym nie chodzi mi o ich motywy działania - tu mogą mieć szczere intencje i słuszną wiarę w działania przeciw skostniałym instytucjom - tylko o całą otoczkę tego typu działań, łącznie z finansową. Nie mam zaufania i już. Protesty na Tamie miały (chcę wierzyć, że miały) inny charakter - to wtedy był pierwszy i naturalny odruch rodzącego się społeczeństwa obywatelskiego, zlot kolorowej młodzieży z całej Polski, ważny na wakacyjnym szlaku jak Jarocin czy wypad w Bieszczady. Komuna właśnie się waliła, organizacje opozycyjne (także, zwłaszcza w tym przypadku, młodzieżowe, jak ruch Wolność i Pokój czy Federacja Anarchistyczna) rozwijały swoje działania w nowej, dopiero kształtującej się rzeczywistości. To była niezwykła fala entuzjazmu, przekonania, że coś mogliśmy zmienić. Rzeczywistość jak zwykle okazało się skrzecząca, ale wspomnienia pozostały.

W Osadzie Czorsztyn ekipa szukała plenerów, cos tam sobie nagrywała, a ja biegałem z komórką i robiłem zdjęcia. Teraz widzę, że powinienem pojechać jeszcze raz, bo już wiem, w których konkretnych miejscach nie byłem. W niektórych już nigdy nie będę, bo są pod wodą, ale sporo rzeczy, faktów i miejsc ułożyło mi się w głowie. Niektóre rzeczy dla miejscowych mieszkańców mogą być oczywiste, ale dla mnie, który z dalekiego Torunia wtedy przyjechał tam po raz pierwszy, takie nie były. Wujka Googla też spytać nie mogłem.

Najpierw chciałem lokalizować miejsce wykonania tego zdjęcia (na marginesie, wszystkie niepodpisane fotografie z lat 91-92, które w tym wątku się pojawią, są Pelego, Jacka lub moje - dziś już nikt nie pamięta kto wykonał którą z wyjątkiem wykluczenia tych, na których sami się znajdujemy). Zwracam uwagę na dwie skały u podnóża zamku, między którymi wije się droga, bo jeszcze kilka razy o nich wspomnę. Oryginalna fotka Pelego, podrasowana:

Stanąłem na skraju Osady Czorsztyn, zrobiłem poniższe ujęcie, ale teraz już wiem, że powinienem stanąć nieco bliżej zamku, na następnym stoku.
Zbliżenie:
Po powrocie rzut oka na mapę Google i już wiem, gdzie powinienem stanąć:
Zielona kropka to miejsce z którego wykonałem zdjęcie teraz; czerwiona kropka - przybliżone miejsce skąd wykonano fotografię w 1991 roku; żółty owal - miejsce, w którym stały squaty (dawne wille i pensjonaty) i nasze namioty. Na pomarańczowo zaznaczyłem pierwotne położenie budynku, o którym będzie w dalszej części tekstu.

Poniżej screeny z map Googla, z okolic miejsca oznaczonego czerwoną kropką - jedno ujęcie znad tafli wody, drugie nieco wyżej. Strzałką zaznaczyłem lewą (tę wyższą) skałkę widoczną na zdjęciu z 1991 roku:
Jeszcze fotka wykonana teraz, dokładnie z miejsca gdzie kręciliśmy sceny do filmu, z widokiem na owe skałki (ta niższa ledwo wystaje ponad lustrem wody):
Przypominam że dołem, między tymi skałkami, wiła się droga. 

Niejako przy okazji wyjaśniły mi się inne, dla mnie dotąd zagadkowe, lokalizacje. Na przykład to zdjęcie poniżej (już z 1992 roku) wykonane zostało z tej niższej skałki: 
Budynek na pierwszym planie to nowy (o ile się nie mylę?) "dwór" Drohojowskich, za nim drewniana owczarnia, bodajże z XVIII wieku, która została zalana (ten XVIII wiek zdaje się zgadzać, ale sam budynek określany jest też czasami jako stodoła lub czworaki). W tle oczywiście zamek w Niedzicy - ten w Czorsztynie nie zmieścił się w kadrze, jest bardziej na lewo (góruje nad dworem Drohojowskich). Ciekawe, ze dopiero teraz odkryłem zbieżność tych dwóch widoków - naszej fotografii z 1992 roku i z okresu międzywojennego:
Widać te same elementy - dwór (właściwie fragment, bo to ujęcie wykonane jest z większej odległości - widać całą lewą skałkę i podnóże prawej), owczarnia, zamek w Niedzicy... Ten w Czorsztynie znajdziemy na innym kadrze:
Tę dużą skałę widoczną na prawo od zamku, zajmującą niemal połowę widoku, też mam na fotce z '92 roku:
Z kolei mniej więcej z niej, choć trudno określić dokładnie, musiała być wykonana ta fotografia, ze mną w prawym rogu:
Zastanawia mnie ta charakterystyczna skałka nad Dunajcem - nie wygląda mi na jedną z tych, o których piszę cały czas prawa/lewa (w tym przypadku prawa) - może ktoś, kto zna ten teren z autopsji (i sprzed 30 lat) potrafi to wyjaśnić? Na starej mapie mniej więcej w tym miejscu usytuowana jest kapliczka - może w tym miejscu, jakby placyku obok skały. Wiem, że bezpośrednio nad Dunajcem znajdowały się dwie duże skały - Skałka nad Wodą i Halka - powodujące charakterystyczny zakręt rzeki. Może to jedna z nich? Pewne szczegóły pozwalają mi przypuszczać że ta, którą widać na tym zdjęciu powyżej, to owa Halka, a Skałka nad Wodą, to ta po prawej stronie zalanej drogi, ale pewności nie mam... Tak sobie tylko rozważam, choćby na podstawie poniższej fotografii, gdzie widać Skałkę nad Wodą (po lewej, z grotą), Halkę (po prawej) a między nimi ową kapliczkę. 
Podobne ujęcie, już z czasów protestów (1990, fot. Techniczny) - kapliczka jeszcze stoi na swoim miejscu.
A skoro mamy już pole namiotowe, to jeszcze obrazek z drugiej strony (fot. Kay Romeyko-Hurko):
Współczesny widok z zamku (fot. Robert Sowicki) - kółeczkiem zaznaczyłem mniej więcej miejsce tego pola namiotowego.
Jeszcze taki obrazek, znaleziony w sieci (ŹRÓDŁO):
Jak już wspomniałem o starej mapie to proszę, oto ona. To jest dokładnie ten obszar, który od paru chwil opisuję - R. to ruiny zamku (w Czorsztynie rzecz jasna), D. to dwór (zakreskowany obszar). Budynki po obu stronach strumienia (dziś to zatoczka Jeziora Czorsztyńskiego) obok liczby 496 to nasze squaty... Widać też ową kapliczkę (zbudowaną w XVIII wieku na terenie dóbr Drohojowskich) i na lewo od niej mniejszy strumień i - co za tym idzie - dzisiejszą mniejszą zatoczkę (obie widać wyraźnie na umieszczonym wyżej screenie z GoogleMaps).
Dla fanatyków (jak ja) jeszcze trochę innych mapek do analizy (świetnie widać na przykład owczarnię):
Albo jeszcze taka - host (ten napis w środku obrazka) to pewnie restauracja w willi Szperlinga, tak sądzę:
Najdokładniej widać tutaj:
Świetnie widać dwie skały nad Dunajcem (te o których wspominałem wyżej) gorzej tę na lewo od drogi, najbardziej wystającą do dziś, którą oznaczyłem zieloną kropką. Strzałka pokazuje miejsce, gdzie droga łączy się z prastarym szlakiem biegnącym z Polski na południową stronę Karpat - to fragment słynnego traktu znanego do dziś jako via regia. 

A tutaj Skałka nad Wodą (z grotą) i Halka na zdjęciu Kaya Romeyko-Hurko - właśnie o zachowanie dla następnych pokoleń tego krajobrazu wtedy nam chodziło...
Absolutnie nie czuję się kompetentny poruszać kwestii sensu budowy zapory, ale podam taki jeden przykład. Kilka razy wspomniałem ową stodołę czy też owczarnię Drohojowskich. Był to olbrzymi, czteroskrzydłowy budynek, jakiego trudno szukać nie tylko w Polsce, ale i w całej Europie. Obiecano zrobić wszystko, żeby go zachować, miał trafić do skansenu w Łopusznej. Tak wyglądał, gdy jeszcze wyglądał:
A tak, gdy już nie było mowy o żadnym skansenie... (obie fotki ze zbioru Kaya Romeyko-Hurko):
Im dłużej wpatruję się w tę naszą fotografię z dworem i owczarnią, tym więcej na niej widzę - na przykład grupkę osób na wzniesieniu po prawej stronie. Ale jeszcze fantastyczniejsze jest przedłużenie owego widoku, na kolejnym (a w zasadzie wcześniejszym) ujęciu:
Powyższa fotografia musiała zostać wykonana z tej niższej, prawej skałki. Zresztą - mam dowód, ze na nią wlazłem: 
Po co policja ta stoi? A to już widać na kolejnym ujęciu. 
Wszystkie trzy układają się w niesamowity tryptyk:
Teraz dokładnie widać, o czym śpiewał Janusz Reichel (Czorsztyn '91, można posłuchać na YOUTUBE):
... Ramionami spleceni, ciało blisko ciała
Zarasta całą jezdnię ta żywa barykada
Za nogi, za ręce, do nysek wleczeni
Nie ma kompromisu w obronie Matki Ziemi...

Gdzieś niedaleko musiało być wykonane także to ujęcie:
W tle widać jakiś budynek, który ktoś mógłby może dokładnie zlokalizować. Widać też Jacka, który robi swoje zdjęcie dokładnie z drugiej strony w odwrotnym kierunku, ale niestety nie mam go - nie wyszło? nie wywołaliśmy go? - nie wiem...

Ależ się zrobił spicz boczny od tej jednej fotografii, wykonanej ze wzgórza nad Kluszkowcami w kierunku zamku. A przecież to nie jedyne zdjęcie, które wykonałem spacerując po Osadzie Turystycznej Czorsztyn, w zamierzeniu mającej być skansenem. Cos z tym terenem jest nie tak, bo właściciele zmieniają się z częstotliwością mniej więcej raz na rok, a na obecnych padł blady strach na wieść, że pojawiła się telewizja. Czyżby jakieś dalekie echo afery, za którą wójt Czorsztyna został kiedyś skazany? A może oczekiwanie na jakiś tajemniczy pożar sprawiający, że problem starych drewnianych chałup sam się rozwiąże i pojawią się nowe tereny pod deweloperkę... Na ten moment - choć nie wiadomo na jak długo -  domy ze starego Czorsztyna jeszcze stoją, choć ich stan zachowania pozostawia wiele do życzenia. Swoją drogą to ciekawa myśl, którą podsunęła mi Kramla, że być może, gdyby protesty poskutkowały i zaprzestanoby budowy zapory, to te budynki byłyby zalane w czasie wielkiej powodzi 1997 roku... Niektóre widoki przypominają mi te z "Zaginionych krajobrazów" Kaya Romeyko-Hurko. Zwłaszcza te:
Mniej więcej tak to wyglądało w oryginale (fotki ze Starych - czyli tych zalanych - Maniowów, autorstwa Kaya Romeyko-Hurko):
Tu mała dygresja: pierwsze plany budowy zapory na Dunajcu w okolicach Czorsztyna-Niedzicy pochodzą jeszcze z lat 20 i 30 ubiegłego wieku. Przed wojna tej inwestycji oczywiście nie zrealizowano, ale perspektywa zalania terenu skutecznie odstręczyła mieszkańców od jakichkolwiek inwestycji. Przez kilkadziesiąt lat niewiele się tu działo, stąd te niezwykłe krajobrazy, widoczne jeszcze w latach 70 i 80 - jakby żywcem przeniesione z przełomu XIX i XX wieku...

Domy-pensjonaty, przeniesione ze starego Czorsztyna na wzgórze pod Kluszkowcami są najlepszym dowodem, jakież to krajobrazy (mam na myśli krajobraz kulturowy) zostały zalane:
Zbliżenie:
Niektóre z tych budynków, jak widoczna powyżej (na trzech ostatnich ujęciach; trzecią zrobił mi Robert w czasie naszego spaceru) willa/restauracja Leopolda Szperlinga są znane, inne mniej. Ja poszukiwałem zwłaszcza tych dwóch budynków, sfotografowanych w roku 1992 - tego:
I tego:
Te ostatnie fotografie zostały wykonane podczas akcji "pacyfikacji" squata. W 1992 roku to już nie było ZOMO, ale dla nas to było bez różnicy. Atmosfera i tak była jak w stanie wojennym (na obszarze dwóch czy trzech gmin, gdzie byli protestujący, wprowadzono stan wyjątkowy, o którym także śpiewał Reichel: ...Jazda na 24 bez kolegium prosto z celi, przyspieszony tryb karania, taki mały stan wojenny... Już po jakości zdjęć widać było, że Pele miał trochę pietra jak je wykonywał:
Teraz, spacerując po skansenie, Robert pokazał mi na jeden z zachowanych budynków, w którym wtedy nocował. Ten oto:
Łatwo go rozpoznać po owej murowanej przybudówce. tak wyglądał jeszcze na "swoim" miejscu (fot. Kay Romeyko-Hurko):
Podszedłem do niego z drugiej strony i... BINGO!
Jeszcze zbliżenie, wystarczy tylko wkleić "zomowca" z tej fotografii powyżej...
Żeby nie skrolować, raz jeszcze wrzucę tamtą fotkę, dla porównania:
Tak na marginesie - spacerując teraz po Czorsztynie Robert wspominał, że w akcjach brały udział plutony specjalne milicji/policji z Katowic. Dziesięć lat wcześniej pluton specjalny ZOMO z Katowic strzelał do strajkujących górników w kopalni "Wujek" czyli w miejscu, gdzie teraz pracuję (Śląskie Centrum Wolności i Solidarności). Jak to historia potrafi czasami zatoczyć koło...

Ja kręciłem się pomiędzy opuszczonymi domami, upał narastał, filmowcy kręcili plenery a pani reżyser bezskutecznie próbowała się dogadać z właścicielami terenu na możliwość nagrania sceny, w której razem z Robertem wspominamy dawne czasy. Magia telewizji nie zadziałała, wręcz odwrotnie - skutecznie odstraszyła owych właścicieli. Musieliśmy znaleźć nowe miejsce. Zjechaliśmy do obecnej zatoczki, która kiedyś była dolinką, na granicy Kluszkowiec i starego Czorsztyna, w której spędziłem fantastyczne chwile wakacji '91 i '92. Teren ten dziś jest już pod wodą (choć miejsce, gdzie stał dom o którym pisałem wyżej, ten z "zomowcami", znajduje się tuż nad lustrem wody) ale nie udało się znaleźć odpowiedniego - z punktu widzenia filmowców - miejsca. 
Gdybym wszedł do wody, przepłynął kilkadziesiąt metrów i zanurkował, znalazłbym się dokładnie w tym miejscu: 
Drugie ujęcie wykonane wykonane z piętra domu, który widać na zdjęciu pierwszym - to jest ten squat, o którym śpiewał Reichel: 
Na squat w Czorsztynie łatwo było trafić
Cały od ulicy pokryty graffiti
Przed budynkiem przy ogniu zastałem całą grupę
Patyczak w wielkim kotle kijem mieszał zupę...

Dokładnie widać i ową "całą grupę", kociołek Patyczka, jego samego...

Nic to, miejsce nie nadawało się na zdjęcia, pojechaliśmy dalej, pod zamek. Przy okazji podszedłem pod same mury ale po raz kolejny nie miałem okazji być na samym zamku (wtedy, w latach '91-92 też nie byłem, choć przechodziliśmy u podnóża skały na której się wznosi; w sumie nie wiem dlaczego tam nie poszliśmy, może dlatego, ze nasze spacery po okolicy były nielegalne - stan wyjątkowy - i baliśmy się zwinięcia na komendę...). Tym razem byłem już niemal na samym dziedzińcu, ale chyba muszę pojechać jeszcze raz, żeby dokładnie zwiedzić to miejsce pamiętne powstaniem Kostki-Napierskiego.
Zeszliśmy z całym sprzętem na dół, nad taflę jeziora  u stop skały, naprzeciw tych dwóch skałek wystających z wody, o których pisałem wyżej - i w potwornym upale nareszcie zaczęliśmy kręcić zdjęcia do filmu. Efekt mam nadzieję zobaczyć jesienią na TVP Historia.
Tu się pożegnaliśmy, choć tyle rzeczy byłoby jeszcze do obgadania z Robertem. Nie udało mi się (problemy laptopem) zobaczyć filmu, kręconego chyba w 1991 albo 1992 roku, przechowywanego w archiwum TVP. Jest na nim Patyczak, Robert - tyle wiem, ale może są także inni? Może widać jeszcze krajobrazy, które otworzą kolejne szufladki pamięci?
*     *     *
Pożegnaliśmy się, a że do wieczora czasu jeszcze trochę zostało (nie na tyle, żeby wejść na Trzy Korony, co przy tej temperaturze byłoby niezłym wyzwaniem) więc pojechaliśmy do Szczawnicy, i kawałek dalej, zobaczyć Wąwóz Homole. Na tyle starczyło nam sił...