poniedziałek, 13 grudnia 2010

UKRYTE STRONICE



Tym razem będzie trochę snobistycznie. Bo książka nie moja, tylko – o mnie. Co prawda nie cała, tylko fragment, ale zawsze.
Ale najpierw dwa słowa tytułem wstępu. Jako pracownik będzińskiego Muzeum, do tego zajmujący się tematyką żydowską, siłą rzeczy poznałem nieco Żydów - albo dawnych mieszkańców Będzina, albo ich potomków. Pewnego słonecznego dnia do Będzina przyjechała Erin Einhorn. Mówiła, że jest dziennikarką z Filadelfii i chce napisać książkę o tym, jak jej mama została uratowana w czasie Holokaustu przez polską rodzinę. Pomogłem jej odnaleźć tę rodzinę. Później widzieliśmy się kilkakrotnie. Nasz kontakt choć rzadki, był na tyle ciekawy, że często o nim opowiadałem. W międzyczasie Erin rzeczywiście napisała i wydała w Stanach swoją książkę, która cieszyła się dużym zainteresowaniem. W roku 2010 przetłumaczyło ja i wydało w Polsce krakowskie wydawnictwo „Znak”.
Trochę gorzki śmiech budziło we mnie zdanie umieszczone w podziękowaniach: „Jarosław Krajniewski, prawdziwy ambasador Będzina, gościł mnie w swoim mieście.”
Poniżej fragmenty pierwszego rozdziału. To także moja historia, choć widziana innymi oczami. Cała książka jest dosyć ciekawa dla kogoś, kto interesuje się Holokaustem oraz stosunkami polsko-żydowskimi.



Będzin okazał się sporo większy, niż mi się zdawało, i znacznie bardziej miejski w charakterze. Wyobrażałam sobie kury i kozy na ulicach, gdy tymczasem autobus z dworca kolejowego wysadził nas na poboczu spowitej smogiem autostrady, w pobliżu centrum miasta, gdzie dwu- i trzypiętrowe budynki z betonu i cegły kłóciły się o miejsce wzdłuż zatłoczonego chodnika. Młody miejski historyk Jarek Krajniewski był zachwycony, że interesujemy się jego miastem, i z entuzjazmem oprowadził nas po średniowiecznym zamku i jego podupadłym sąsiedztwie. Kontakt z Jarkiem nawiązałam tydzień wcześniej, umawiając się na tę wycieczkę, a teraz spacerowałam po ulicach, gdzie zaczęła się historia mojej rodziny. To było niesamowicie emocjonujące. Ludzie wydawali się przyjaźnie nastawieni, machali do Jarka i pozdrawiali nas ciepło. Mimo to wciąż nie mogłam pozbyć się z głowy ostrzegawczych podszeptów. Martwiłam się, że patrzą na nas i widzą, że jestem Żydówką. Unikałam kontaktu wzrokowego. Zdjęcia robiłam tylko ukradkiem. Tak długo oglądałam się przez ramię, że gdy Jarek raptem przystanął i uśmiechnął się, omal na niego nie wpadłam.
- Co się stało? – zapytałam, rozglądając się dokoła.
- To on – odparł, wskazując kiwnięciem brody, na pobliski budynek. – Dom, o który pytałaś.
Przyglądałam się jego twarzy przez minutę, nie do końca pewna, co takiego powiedział ani czy w ogóle pytałam go o dom. Wreszcie przypomniałam sobie, że gdy spotkaliśmy się przez wspólnego znajomego w Krakowie, podałam Jarkowi stary adres mojej rodziny. Uświadomiłam sobie, gdzie jestem. Przed budynkiem, który był celem mojej podróży do Polski.
Powiodłam wzrokiem za spojrzeniem Jarka ku szerokiej dwupiętrowej kamienicy z różowawej cegły, przykrytej warstwą brudu. Był to jedyny budynek na całej przecznicy, który nie przylegał do chodnika. Przycupnął nie wiedzieć czemu sześć metrów od ulicy, za kwadratem nagiego trawnika, rozłożystym, grubym drzewem i irytująco brzydką aluminiową szopą. Dom jakby wręcz się ukrywał. Podobnie jak miasto, okazał się znacznie większy, niż się spodziewałam, i o wiele bardziej nowoczesny, ale zarazem bardziej obskurny. Cegły wydawały się ułożone niestarannie, rzędy okien – po siedem na drugim i na pierwszym Pietrze – jakby gapiły się na mnie nieprzytomnie spod opadających powiek. Na balustradzie balkonu na drugim piętrze suszyła się bluza od dresu.
Raptem poczułam, że zaparło mi dech w piersi. Uprzytomniłam sobie, że wstrzymywałam oddech i gwałtownie wypuściłam powietrze z przepełnionych płuc. Staliśmy jak wrośnięci w trotuar i oglądaliśmy dom. Czekaliśmy. Zdaje mi się, że to Magda w końcu przerwała milczenie.
- Myślisz, że jeszcze tu są? – spytała.
- Wątpię – odparłam, ciągle wpatrzona w budynek. – Minęło mnóstwo czasu.
Naprawdę mnóstwo. Dokładnie pięćdziesiąt pięć lat, pięć miesięcy, dwa tygodnie i trzy dni, od kiedy mój dziadek zaprosił ich do mieszkania w swoim domu, a potem opuścił Polskę na zawsze. Wciąż jednak była nadzieja, że za jednym z tych okien odnajdę ludzi, którzy uratowali życie mojej matce. Po przeszło pół wieku ciągle mogą tu mieszkać, suszyć pranie na poręczach balkonu. Znów usłyszałam pulsowanie tętna w głowie. Po raz kolejny znalazłam się na skalistym urwisku i modliłam się o łatwe zejście w dół, o łatwe wyjście z sytuacji. (…)
Skuliłam się ze strachu, gdy drzwi uchyliły się powoli i ukazała się w nich twarz kobiety. Omal nie schowałam się pod schodami.
Jarek przedstawił się i zapytał kobietę, czy znała mieszkających tu niegdyś rodzinę Skowrońskich. Kobieta zawahała się i sceptycznie mierząc wzrokiem stojących przed nią nieznajomych, wolno pokiwała głową. Powiedziała coś po polsku, wskazała na niebo, a potem zniknęła w głębi mieszkania. Była to wieść, której się obawiałam i na którą zarazem liczyłam:
- Nie żyją? – zapytałam.
- Co ty – odparł Kris, klepiąc mnie żartobliwie po ramieniu. – Mieszkają na górze.
Oniemiałam. Na górze? Ciągle tu są? Jak to? A jeśli pójdziemy na górę, a oni zatrzasną nam drzwi przed nosem? Moi przyjaciele już byli w drodze na piętro. Przyspieszyła kroku, żeby ich dopędzić. (…)
Gdy nikt nie otwierał, poczułam przypływ ogromnej ulgi i błagalnie poprosiłam moich przyjaciół, żebyśmy stąd wyszli. Przypomniałam, że ucieknie nam powrotny pociąg do Krakowa, ale oni uparli się, żeby porozmawiać z sąsiadami. Postanowili zadzwonić do jeszcze jednych i jeszcze jednych drzwi, aż w wąskiej klatce schodowej podszedł do nas mężczyzna z żoną, którzy mieszkali po drugiej stronie korytarza, i jeszcze starsza kobieta, która wyszła, aby zbadać, o co całe zamieszanie. Jarek zwrócił się do nich w dość oficjalnym, jak mi się zdawało, tonie z zapytaniem, czy wiedzą, że ich sąsiadka, pani Skowrońska, w czasie okupacji udzielała schronienia żydowskiemu dziecku. Sąsiedzi byli wyraźnie zaskoczeni, ale zdawało się, że mówią: „Ukrywała żydowskie dziecko”. Potem zaczęli mówić jeden przez drugiego, uśmiechać się, kiwać głowami i przekrzykując się nawzajem, opowiadać historię, którą usłyszeli od sąsiadki. Wychwyciłam kilka słów: „Dziecko”. „Żydówka”. „Wojna”.
- Pani Skowrońska opowiedział im o twojej matce – szepnęła do mnie Magda. – Cały czas o niej opowiadała. Już nie żyje, ale jej syn ciągle tu mieszka. – Moi przyjaciele zaczęli wskazywać na mnie, mówiąc po polsku „córka”. „To córka dziecka, które mieszkało z panią Skowrońską”. Sąsiedzi opowiadali dalej, gestykulując żywo. Staruszek wskazał na drzwi Skowrońskiej, ale powiedzieliśmy mu, że nikogo nie ma w domu.
- Nie, są w domu, są w domu – chyba to właśnie mówił mężczyzna, obchodząc nas dookoła i pukając do drzwi. Nie było odpowiedzi, więc staruszek zapukał raz jeszcze, tym razem mocniej.
- SKOWROŃSKI! – wrzasnął, grzmocąc w drzwi jak gliniarz z nakazem aresztowania. – MASZ GOŚCI! (…)
I wtedy otwarły się drzwi, zza których wyłoniła się twarz starszego, zakłopotanego mężczyzny. Zobaczyłam niebieskie, rozszerzone strachem oczy, otulone siateczką miękkich zmarszczek. Mężczyzna mrugał szybko, jakby właśnie wyrwano go ze snu. Potem wszyscy zaczęli mówić naraz, wskazywać palcami i kiwać głowami – Kris, Magda, Jarek, staruszek o mocnej pięści, jego żona, pani z naprzeciwka – ich głosy tworzyły brzęczącą kakofonię słowiańskiego rozgwaru. (…)
- Mam na imię Erin – powiedziałam. Mężczyzna przedstawił się jako Wiesław. Zaprosił nas do pokoju dziennego, małego, prostokątnego pomieszczenia z dwoma oknami wychodzącymi na ulicę, rozsypującą się wersalką oraz kwadratowym stołem, otoczonym krzesłami pochodzącymi z różnych kompletów. (…) Sięgnęłam do torebki po zdjęcie mojej matki w wieku trzech lat z ojcem i ciemnowłosą kobietą. Wręczyłam je Wiesławowi. Natychmiast się ożywił.




- Mój Boże – szepnął, przymykając oczy i otwierając je znowu. – To moja matka.
Zrozumiałam. Uśmiechnęłam się, dotknęłam jego ramienia i wskazałam na dziewczynkę na zdjęciu.
- Moja matka – powiedziałam po polsku.
Wiesław przeniósł wzrok na mnie, a potem z powrotem na fotografię. Nie potrzebowałam więcej dowodów. Wziął mnie w ramiona i rozpłakał się.
- To była moja siostra – wyjąkał. Oczy nabiegły mu łzami. – Byłem dla niej starszym bratem.

BITWA POD SIEWIERZEM, 1289

Ten tekst ma już kilka lat, opublikowany był chyba w dwóch gazetach ("Kronika Powiatu Będzińskiego" oraz "Gazeta miasta i gminy Siewierz" - tytuł taki lub podobny) oraz w necie, ale skoro ten blog powstał m.in. po to, aby zgromadzić tu z czasem jak najwięcej moich tekstów, więc przeklejam i tutaj. Generalnie tekst zrodził się trochę z nudów a trochę z mojej fascynacji szachami. Tak się kiedyś akurat złożyło, że mniej więcej w jednym czasie czytałem coś o tej bitwie, grałem w szachy i wpadł mi w ręce zapis partii rozegranej przez młodego będzinianina. Połączyłem te trzy rzeczy i powstał tekst, który późnił chciała opublikować jakaś gazeta szachowa, ale w sumie nie doszło to do skutku.
Purystów historycznych lojalnie uprzedzam - to jest tekst nieco fikcyjny. Ale samą bitwą jeszcze kiedyś zamierzam się zająć.

BITWA POD SIEWIERZEM

Wiek XIII powoli zbliżał się ku końcowi. 150 z górą lat już minęło jak ziemie polskie widziały zjednoczone królestwo czy choćby księstwo, którego jedność zabrał ze sobą do grobu Bolesław Krzywousty. Zasada senioratu nie utrzymała się długo i właściwie nigdy nie było pełnej zgody wszystkich zainteresowanych co do jej stosowania. Podejmowane tu i ówdzie próby zjednoczenia nie przyniosły jak dotąd rezultatu. Wielkie dzieło Henryków Śląskich w niwecz obrócili Tatarzy odnosząc słynne zwycięstwo pod Legnicą (1241).
Idea królestwa obejmującego wszystkie macierzyste ziemie polskie nigdy nie znikła z horyzontu politycznego śląskich Piastów, tak sama jak nie zanikła tradycja nadawania tego samego imienia męskim potomkom głównej linii rodu. Po sławnym Henryku Brodatym, nieszczęsnym Pobożnym, wybitnym strategu Henryku III swoje pięć minut w dziejach miał ich prawnuk, wnuk i syn – Henryk IV Probus (Prawy).
Pierwsze lata swego panowania w dzielnicy wrocławskiej książę Henryk spędził głównie na konflikcie z ambitnym biskupem Tomaszem. Konflikt ten zakreślał coraz szersze kręgi, przeradzając się w sprawę o charakterze narodowo-językowym, i nie wiadomo jak by się to wszystko skończyło, gdyby Henryk nie rozejrzał się nieco szerzej i nie zaczął myśleć o polskiej koronie. Nie mógł jej osiągnąć bez pomocy polskiego kleru, więc schował miecz i w roku 1287 zawarł z księciem krakowskim Leszkiem Czarnym układ o przeżycie.
I stało się...
Leszek zmarł już 30 września 1288 i natychmiast jako jego następca wystąpił Henryk IV. Kasztelan krakowski oddał mu Wawel, gdzie stanęła śląska załoga, zaś krakowscy rzeźnicy otworzyli bramy miasta.
Porozumienia z roku 1287 nie zaakceptował jednak książę kujawski Władysław, brat Leszka, ze względu na niski wzrost przezwany przez współczesnych Łokietkiem. Udało mu się zebrać dość liczną koalicję książąt mazowieckich, wielkopolskich, łęczyckich a nawet wsparcie Mszczuja pomorskiego i Lwa halickiego (właściwie centralną postacią owej koalicji był Bolesław, książę płocki, który jednak już wkrótce miał zniknąć ze sceny). Nie czekając nawet aż stopnieją śniegi już w lutym 1289 roku ruszył na Kraków, skąd chciał przepędzić załogę Henryka. Ten, sam złozony chorobą, wysłał do Krakowa posiłki celem zabezpieczenia miasta. Ci, zostawiwszy na Wawelu wzmocnioną załogę, ruszyli z powrotem na Śląsk. Nie uszli jednak daleko, bo już na pograniczu małopolsko-śląskim, nieopodal Siewierza, zostali do pędzeni przez siły Władysława.
O świcie, 26 lutego 1289 roku, rozpoczęła się krwawa bitwa. Nie znamy jej dokładnego przebiegu, choć znamy rezultat. Nie wiadomo nawet dokładnie, gdzie owo starcie miało miejsce. Poniższa rekonstrukcja wydarzeń tamtego ranka jest fikcyjna, chociaż w pewnym sensie bitwa taka odbyła się naprawdę...

Spójrzmy zatem na mapę. Najważniejszą osadą w okolicy miejsca starcia był Siewierz, leżący przy szlaku ze Sławkowa w kierunku Poznania. Prawdopodobnie już wtedy lokowany w nowym (czyli tym co obecnie) miejscu, jako że pierwotnie Siewierza znajdował się jakieś dwa kilometry na południe, w okolicach zachowanego do dziś XII-wiecznego kościółka (obecnie Kuźnica Świętojańska). Wypływająca z lasów na wschód od Siewierza Mitręga łączyła się z Przemszą niemal u stóp owej niewielkiej świątyni. Patrząc na południe rozpościerały się faliste wzgórza, porośnięte lasami ciągnącymi się po obu stronach późniejszego Gościńca Siewierskiego.
Oddziały Władysława Łokietka szły właśnie owym gościńcem, od południowego wschodu. Zeszły ze wzgórz w okolicy wsi Trzebiesławice i – znalazłwszy się kilka kilometrów od Siewierza – zaczęły o świcie rozstawiać swe szyki.
Na środku, obok drogi, stanęły hufce – najpierw piesi a za nimi konnica – samego Bolesława płockiego. Później, już w czasie bitwy, książę przesunął się na lewe skrzydło, gdzie na wzgórzu stanęli konni Konrada mazowieckiego, mający przed sobą oddział pieszych z ziemi łęczyckiej (książę Kazimierz). Na prawo od Bolesława, po drugiej stronie drogi, stanęli zbrojni księcia Władysława, w podobnym szyku jak ludzie Bolesława. Prawe skrzydło obejmowało już nieco zarośnięte wzgórze i zajęte było przez hufiec przysłany przez Mszczuja pomorskiego, na lewym skraju stanęli łucznicy z Wielkopolski.
Rozbudzone odgłosami zbliżającego się nieprzyjaciela oddziały śląskie rozlokowały się po drugiej (północnej) stronie Czarnej Przemszy oraz Mitręgi. Wokół kościoła Św. Jana stanęły hufce młodego Przemka ścinawskiego (przez niektórych określanego jako szprotawski) – przy samym kościele piesi, za nimi jazda a na samym skraju prawego skrzydła rozlokowali się łucznicy. W samym środku szyku, tuż za miejscem gdzie Mitręga łączy się z Przemszą, stanął Henryk książę legnicki, który objął dowodzenie nad całością sił nieobecnego Henryka IV.. Najdalej na lewym skrzydle, na skraju lasu dochodzącego do samej Mitręgi, stanął Bolesław opolski. Obie strony gotowe były do starcia.

Na starcie nie trzeba było długo czekać. Od początku stroną agresywniejszą byli książęta śląscy, choć teoretycznie to oni się bronili i chronili za dość leniwie płynącą rzeką. Ufne w siłę swojego rycerstwa oddziały Henryka i Przemka przeszły rzekę, na której dopiero niedawno puściły lody, i – kierując się wzdłuż drogi – ruszyli na centralne hufce polskie.
Do pierwszego zwarcia doszło na łagodnie opadających wzgórzach w okolicach dzisiejszego Sulikowa. Śląskie rycerstwo, chcące zgnieść przeciwnika, wysłało w bój od razu jazdę i piechotę. Zaskoczeni Bolesław płocki i Władysław Łokietek początkowo nie mogli nie rozwinąć swoich sił i skupili się na obronie zajętych rankiem pozycji. Pod wpływem silnego natarcia Bolesław schronił się wraz z najbliższym swoim otoczeniem na szczycie pobliskiego wzgorza, na zachód od drogi, w otoczeniu zbrojnych przybyłych z Wielkopolski. Tu, stosunkowo bezpieczny i z dobrą widocznością całego pola bitwy, mógł skutecznie kierować najpierw obroną, a później także natarciem podległych sobie oddziałów. Mógł, ale to do Władysława należała teraz główna inicjatywa. On też wkrótce wypłynął na szerszą arenę dziejową, sięgając nawet po polską koronę, podczas gdy po Bolesławie słuch raczej zaniknął.
Centralny hufiec zbrojnych Łokietka otrząsł się z zaskoczenia tak silnym natarciem i wkrótce zdołał opanować sytuację. Mając za plecami wzgórza nie dał się na nie zepchnąć. Było to tym łatwiejsze, że od tego miejsca przeciwnik musiał już napierać pod górkę, co nigdy – nawet współcześnie – nie jest sytuacją komfortową.
Widząc, że pierwszy atak uległ załamaniu, z lewego skrzydła ruszył Bolesław opolski. Swój atak skierował dokładnie w to samo miejsce, gdzie nastąpiło pierwsze starcie. Jednak i ten atak został skutecznie odparty. Widząc, że sytuacja przybiera dość niebezpieczny obrót, Henryk legnicki posłał w bój konnych ze Ścinawy na czele z samym młodym i ambitnym księciem. W bezpośrednim starciu spotkał się on z jazdą księcia mazowieckiego Konrada. W czasie natarcia, ugodzony przez któregoś z wrogów, stracił najpierw rękę, a chwilę później życie. Po bitwie jego ciało odwieziono na Śląsk i pochowano w klasztorze w Lubiążu.
Widząc śmierć jednego ze swoich dowódców szyki rycerzy śląskich uległy rozluźnieniu. Kiedy po chwili także Bolesław opolski dostał się do niewoli, wycofali się na wyjściowe pozycje i w pośpiechu – acz wcale nie ścigani – udali się na Śląsk.

Triumfujący Władysław Łokietek ruszył pod Kraków, który tym razem jemu otworzył swe bramy (inna sprawa że już wkrótce musiał miasto opuścić, a że bramy były zamknięte, uciekał nocą spuszczony z murów). Sam Henryk IV z opanowania stolicy Małopolski nie zrezygnował i jeszcze dwukrotnie ją zajął,a le to już zupełnie inna historia...
* * *
Pisałem już wyżej, że nie znamy dokładnego przebiegu bitwy. Na podstawie więc jakich źródeł zrekonstruowano wydarzenia mające miejsce rankiem 26 lutego 1289 roku? Otóż podstawą była... partia szachów, rozegrana przed kilku laty pomiędzy Krzykiem Zarychtą z Będzina a rosyjskim arcymistrzem Anatolijem Karpowem. Partia ta skończyła się remisem, co dla młodego będzinianina było oczywiście sporym sukcesem. W trakcie analizy tej partii pojawił się pomysł, aby opisać ją w formie jakiejś wyimaginowanej bitwy. A że akurat w tym czasie zastanawiałem się także nad przebiegiem bitwy pod Siewierzem, stąd pomysł, aby starcie to przedstawić w tych właśnie historycznych realiach.
Co z powyższego opisu bitwy jest prawdą? Oto dla porównania co na temat samej bitwy napisał Jan Długosz:
Wczesną przeto wiosną zgromadziwszy wojsko z własnych i zdobytych ziem, kiedy Kazimierz łęczyckioraz Bolesław i Konrad książęta mazowieccy przyszli mu osobiście z pomocą, a Przemysł wielkopolski i Mszczuj pomorski przysłali mu zbrojne posiłki, zmierza w kierunku Krakowa celem wypędzenia załogi Henryka IV. Książę wrocławski Henryk IV dowiedziawszy się o tej napaści i od posłów krakowskich, i z pogłoski, nie mogąc podjąć grożącej wojny z powodu choroby, która go już wtedy nurtowała, wysyła ze swoimi wojskami księcia Legnicy Henryka i księcia Szprotawy Przemysła dla zabezpieczenia Krakowa. Gdy ci, po uporządkowaniu spraw w Krakowie i zostawieniu tam niektórych rycerzy dla utrzymywania w uległości mieszczan i ludu, wracali na Śląsk, w czasie postoju koło miasta Siewierza napada na nich książę kujawski Władysław Łokietek z innymi książętami. A ponieważ oni także chwycili za broń, dwudziestego szóstego lutego dochodzi do zawziętej walki między braćmi i rycerzami. I po wielkiej obustronnej rzezi zwycięstwo, jakkolwiek krwią drogo okupione, przypadło Łokietkowi i jego towarzyszom. Bardzo wielu spośród rycerzy śląskich padło, albo w czasie ucieczki dostało się do niewoli. Ginie w tej bitwie syn księcia głogowskiego Konrada, książę szprotawski Przemysł, który dopiero co osiągnął wiek młodzieńczy9. Odwieziono go na Śląsk i pochowano w klasztorze w Lubiążu, któremu zamierzając iść na tę wyprawę, w której poległ, zapisał dwie wsie: Łososzkowice i Żyrków. Książę opolski Bolesław ranny dostaje się do niewoli.
Oczywiście w tej „rekonstrukcji” musiało się znaleźć sporo uproszczeń i oczywistych niezgodności. Na przykład pominięto stosowany wówczas szyk, aby móc poszczególne oddziały walczących stron wpisać niejako w szachowe figury. Wieże, które zwyczajowo kojarzone są z królową pola bitwy – artylerią – tutaj przerodziły się w oddziały strażników. Klasyczna roszada to schronienie się księcia Bolesława płockiego na wzgórzu na prawej flance. Czarny hetman to oczywiście Władysław Łokietek. Zobaczmy zresztą sami:

BIAŁE
CZARNE
UWAGI
1
Sf3
Sf6
Pierwsze do ataku ruszają hufce jazdy
2
c4
g6
Już widać, kto tutaj się broni a kto atakuje
3
Sc3
Gg7

4
e4
d6

5
d4
o-o
Książę Bolesław chroni się na wzgórz za hufcami swoich sojuszników
6
Ge2
e5

7
Ge3
ed4
Pierwszy atak – piechota z lewego skrzydła
8
S:d4
We8
Pierwsze natarcie zostało odparte
9
f3
C6

10
Gf2
a6

11
o-o
d5
Drugie starcie, tym razem piechota z prawego skrzydła
12
ed5
cd5
Zwarcie się nasila
13
c5
Sc6

14
Hd2
Gd7

15
S:c6
G:c6
Starcie kawalerii, śmierć Przemka ścinawskiego
16
G:d4
Sh5

17
Wfd1
G:d4+

18
H:d4
Sg7

19
Gd3
Hf2

20
Se2
H:c5

21
H:c5
S:c5

22
Sd4
Se6

23
Gf7
S:d4

24
W:d4
We6



Powyżej - sytuacja po 17 posunięciach.

CEFAŁKA

NAJPIERW BYŁ WIERSZ
tak okolo1991 roku. Brzmiał tak:

jah ras love k –
student z bożej łaski
lat dwadzieścia
oczy zapatrzone w błękit
wzrost raczej średni
choć w dowodzie „wysoki”
znaki szczególne – brak
chyba że gniazdo we włosach
czasem radosny uśmiech
uzębienie – brak dolnych szóstek
po obu stronach szczęki
zawód – włóczęga
a po godzinach
poeta


PO KILIKUNASTU LATARCH PRZERWY
znów wróciłem – na chwilę – do pisania wierszy. Wówczas napisałem tak:

jarosław k
lat trzydzieści
i okład na dokładkę
duży chłopiec
oczy zapatrzone
zabłękitnione
szarawe
niczym voovoo z kobietami
jak cztery strony świata
tęsknota za wschodem
północą i południem

czy to jest powrót
ucieczka czy strach

jeżeli dziś
to także przeszłość
to stoję jak wczoraj
człowiek z bożej łaski
lat dwadzieścia
znaki szczególne
szpaki we włosach
i dziura gdzieś tam
tuż obok serca



A TERAZ PROZĄ

Absolwent toruńskiego przedszkola, Szkoły Podstawowej nr 4, LO nr 2. W latach 1989-1995 student archiwistyki na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu, co zaowocowało stopniem magistra. W roku 1997/98 studiowałem na Podyplomowym Studium Nauk o Rodzinie na Akademii teologii Katolickiej – z przyczyn ode mnie niezależnych skończyłem po dwóch zaliczonych semestrach. W chwili obecnej jestem bardziej praktykiem w tej dziedzinie.
W roku 2002 miałem przyjemność ukończyć podyplomowe muzealnictwo na UJ w Krakowie. Na razie to tyle, jeśli chodzi o edukację.
W latach 1996-2010 pracowałem w Muzeum Zagłębia w Będzinie, dochodząc do stopnia kustosza, który w oczach dyrekcji stracił zaufanie. Od kwietnia 2010 pracuję w Muzeum Miejskim „Sztygarka” w Dąbrowie Górniczej jako kustosz w dziale historii.
Ponadto robiłem w handlu (farby i lakiery w Toruniu, telewizory w Aleksandrowie Kujawskim, skarpetki na targu w Sosnowcu), promocji (wprowadzanie parmezanu i mozzarelli na rynek polski), przy maszynie (toruński „Biurfol”) i jeszcze paru innych egzotycznych branżach. Na początku lat 90 współtworzyłem pierwsze edycje festiwalu AFRICA IS HUNGRY w Toruniu, który pod nieco uproszczoną nazwą odbywa się w Toruniu po dzień dzisiejszy (jak dotąd odbyło się 29 edycji festiwalu; jubileuszowa 30 została odwołana/przeniesiona na inny termin z powodu pandemii).

A TERAZ NA POWAŻNIE
Jestem ojcem – na razie – czterech pięknych córek i syna beniaminka.
I czekam na propozycje.

piątek, 10 grudnia 2010

ROK KAZIMIERZOWSKI


Ech..., ten rok kazimierzowski w Będzinie. Tyle rzeczy miało być, a tyle się nie udało... Na pewno odbyła się msza w rocznicę urodzin, w rycie łacińskim (czyli pewnie trydenckim, choć Trydent był po Kazimierzu). No i na pewno zrobiono witraż w Kościele Świętej Trójcy w Będzinie (fotki można zobaczyć w jednym z wcześniejszych wpisów).

Niestety, książka się nie ukazała, z przyczyn, o których mniej więcej już pisałem.

Z tym rokiem kazimierzowskim w Będzinie od samego początku było pod górkę, bo miasto nijak nie chciało się do tego pomysłu przyłożyć. Inicjatywę Stowarzyszenia Ratujmy Kościół na Górce poparło jednak Starostwo i Stowarzyszenie na Rzecz Ochrony Dziedzictwa Kulturowego i Przyrodniczego "Moje Miasto", którego w owym czasie miałem przyjemność być członkiem Zarządu.

Już pisałem o cenzurze i na jakie cięcia w książce się nie zgodziłem. początkowo tych kontrowersyjnych fragmentów było więcej, a wydawca przestraszył się głównie tej złośliwości (którą zresztą na jego prośbę usunąłem):
Na świecie nie ma nic doskonałego, więc i owa monografia [chodzi o wydaną w 2008 r. 3-tomową monografię Będzina] kilku znamienitych obywateli Będzina pominęła. O naszym Kazimierzu jednak rzecz jasna wspomina, w tomie II. Włodarze miasta są jednak ludźmi pamiętliwymi i pewnie z zemsty nie uznali 700 rocznicy urodzin twórcy miasta, którym przyszło im zarządzać, za rzecz godną uczczenia, nawet w roku wyborczym.

Teraz, w nowej rzeczywistości, owi włodarze już nie są włodarzami, ale nie będę złośliwy i nie przywrócę tego fragmentu...

BIBLIOGRAFIA

Ten wpis będzie na bieżąco uaktualniany, a w etykietach po prawej stronie zawsze jako pierwszy. Wpisy pogrubione oznaczają, że daną rzecz można znaleźć w całości (lub prawie w całości) na tym blogu. Z czasem tych pogrubień będzie coraz więcej:-) Poniższa bibliografia nie obejmuje kilku pomniejszych tekstów drukowanych w różnego rodzaju folderach i informatorach.

PS - tych pogrubień praktycznie nie widać, więc je poprzedzam pięcioma gwiazdkami *****

JAROSŁAW KRAJNIEWSKI - BIBLIOGRAFIA

KSIĄŻKI:

* DZIEJE ZIEMI ZAGŁĘBIOWSKIEJ, wspólnie z A. Rogaczewską, Będzin 1997 [istnieją dwa różne wydania różniące się okładką]
***** BĘDZIŃSKIE SPACERY, Będzin 1998
* POWIAT BĘDZIŃSKI 1867-1975, Będzin 1998 [informator]
***** NA TROPACH LEGENDY. SZKICE Z DZIEJÓW ZAGŁĘBIA, Będzin 2003
***** MIASTECZKO BĘDZIN, Będzin 2003 [rzecz o dziejach będzińskich Żydów i będzińskiej synagodze]
***** ZAMEK, Będzin 2005
***** SZWEDZI W BĘDZINIE, Będzin 2005
* BĘDZIN. HISTORYCZNE DZIEDZICTWO/HISTORICAL HERITAGE, Będzin 2006
***** MIEROSZEWSCY W ZAGŁĘBIU, Sosnowiec 2008
* BĘDZIN. POCZĄTKI MIASTA, Będzin 2008 [fragmenty można znaleźć na stronie www.miasto.org.pl, w zakładce Warto wiedzieć, teksty: Zamek na nowo odkrywany, cz. 1 i 2; Zamek dolny]
* BĘDZIN. DZIEDZICTWO PRZYRODNICZE I KULTUROWE, Będzin 2008
* ZAGŁĘBIOWSKIE BITWY. BĘDZIN 1939, Będzin 2009 [kilka skanów na tym blogu]
* ZAMEK W BĘDZINIE, Dąbrowa Górnicza 2009
***** OD JASTRZĘBIA DO PIONIERA. Z DZIEJÓW UJEJSKIEGO SPORTU, Dąbrowa Górnicza 2010
* ANTONIÓW. ZIELONA DZIELNICA DĄBROWY GÓRNICZEJ [współautorstwo], Dąbrowa Górnicza 2010
* 50 LAT MIEJSKIEJ BIBLIOTEKI W WOJKOWICACH, Wojkowice 2010
* STRZEMIESZYCE MAŁE. SREBRNA PERŁA DĄBROWY GÓRNICZEJ, Dąbrowa Górnicza 2011 [współautorstwo - razem z D. Rozmusem, A. Rybakiem, J. Tokaj i A.J. Wójcikiem - oraz redakcja i projekt graficzny]
* TUCZNAWA. DZIELNICA DĄBROWY GÓRNICZEJ, Dąbrowa Górnicza 2012
* KAZIMIERZ NAD PRZEMSZĄ, Będzin - Dąbrowa Górnicza 2013
* TRZEBIESŁAWICE, Dąbrowa Górnicza 2013

* INWENTARZE I LUSTRACJE KLUCZA SŁAWKOWSKIEGO Z XVII I XVIII WIEKU, Dąbrowa Górnicza - Sławków 2013(opracowane i wydane wspólnie ze Sławomirem Witkowskim)
* ZAMKI NAD PRZEMSZĄ, Będzin 2016
* STRZEMIESZYCE WIELKIE, Dąbrowa Górnicza 2017 (wspólnie z O. Lulek)
* KAZIMIERZ WIELKI W BĘDZINIE (razem z: S. Lazar, M. Lazar, W. Borkowski, S. Brodziński), Będzin 2017
* STRZEMIESZYCE MAŁE, Dąbrowa Górnicza 2018 (wspólnie z O. Lulek i A. Rybakiem)
* DĄBROWIACY W DRODZE DO NIEPODLEGŁOŚCI, Dąbrowa Górnicza 2018 (wspólnie z A. Rybakiem)
* UJEJSCE, Dąbrowa Górnicza 2019 (tekst mój, fotografie: Marek Wesołowski)
* ...SENZA FINE..., Tafaria DG 2023  
KAZIMIERZ NAD PRZEMSZĄ (wyd. II), Będzin 2025

GOŚCINNIE NA ŁAMACH INNYCH AUTORÓW

* Żydzi będzińscy i ich cmentarze, wstęp w: R. Garstka, Dom wieczności, Będzin 2008
* [Z dziejów Będzina], wstęp w: K. Michalski, Będzin - gród nad Czarną Przemszą, Będzin 2008

ARTYKUŁY (mniej lub bardziej) NAUKOWE

* Turystyka w Zagłębiu Dąbrowskim, w: Stan i kierunki rozwoju turystyki w województwie katowickim, Katowice 1997
* 640 lat królewskiego miasta Będzina, w: "Zeszyty Zagłębiowskie, nr 4/1998
* Szkolnictwo parafialne w Będzinie do roku 1795, w: "Zeszyty Zagłębiowskie, nr 4/1998
* Mniejszości narodowe Zagłębia Dąbrowskiego, w: "Zeszyty Zagłębiowskie, nr 4/1998
* Zbiory kartograficzne Muzeum Zagłebia w Będzinie, w: "Zeszyty Zagłębiowskie, nr 5/2000
* Selected historical maps of the Upper Silesia Region from Muzeum of Zagłębie in Będzin, w: Quick reference guide International Conference and Exhibition GIS SILESIA 2003, Sosnowiec 2003
* Wybrane mapy Śląska w zbiorach Muzeum Zagłębia w Będziniew: GIS SILESIA 2003, Sosnowiec 2003
* "Żywa historia martwych przedmiotów" - spuścizna po Żydach zagłębiowskich w zbiorach Muzeum Zagłębia w Będzinie, w: Zagłada Żydów zagłębiowskich, Będzin 2004
* Żydzi wiejscy kahału będzińskiego, w: Żydzi na wsi polskiej, Szreniawa 2006
***** Gmina żydowska w Będzinie na przełomie XVIII/XIX wieku, w: Z dziejów Żydów w Zagłębiu Dąbrowskim, Sosnowiec 2006
* Ziemie zagłębiowskie w czasach nowożytnych (XVI-XVIII w.), w: Zagłębie Dąbrowskie zanim powstało (od pradziejów do końca XVIII wieku), Sosnowiec 2007
* Mieroszewscy w Zagłębiu, w: Zagłębiowskie rody, Sosnowiec 2008
* Będzin na dawnej mapie, w: Będzin 1358-2008, t. I, Będzin 2008
* Żydzi w Będzinie, w: Będzin 1358-2008, t. II, Będzin 2008
* Gmina żydowska (1795-1914), w: Będzin 1358-2008, t. III, Będzin 2008
* Lekcje muzealne, w: Regionalizm w szkolnej edukacji, t. III, Sosnowiec 2008
***** Szaleństwo pisania, w: Regionalizm w szkolnej edukacji, t. IV, Sosnowiec 2009
* Rola i znaczenie klubu sportowego w lokalnej społeczności na przykładzie UKS "Pionier" Ujejsce, w: Z dziejów kultury fizycznej w Zagłębiu Dąbrowskim i regionach ościennych, Sosnowiec 2010
***** Kazimierz Wielki nad Przemszą, w: "Zapiski Kazimierzowskie", nr 6/2011, Kowal 2011
* Polichromie będzińskich synagog, w: Żydzi na Górnym Śląsku i w Zagłębiu Dąbrowskim, Sosnowiec 2011
* Zamki nad Przemszą, w: Architektura Zagłębia, Sosnowiec 2011
* Długoszyn, Szczakowa, Ciężkowice - między królem a biskupem, w: Jaworzno interdyscyplinarnie, Jaworzno-Częstochowa 2013
* Trzebiesławice, w: Dąbrowa Górnicza. Monografia, t. II, Dąbrowa Górnicza 2016
* Tucznawa, w: Dąbrowa Górnicza. Monografia, t. II, Dąbrowa Górnicza 2016
* Antoniów, w: Dąbrowa Górnicza. Monografia, t. II, Dąbrowa Górnicza 2016
* Ujejsce, w: Dąbrowa Górnicza. Monografia, t. II, Dąbrowa Górnicza 2016
* Początki wsi Dąbrowa, w: Dąbrowa Górnicza. Monografia, t. III cz. 1, Dąbrowa Górnicza 2016
* Na styku gospodarki i polityki - sekularyzacja dóbr biskupów krakowskich w dobie Sejmu Czteroletniego, w: Jaworzno interdyscyplinarnie, Jaworzno-Częstochowa 2016
* Listopad 1918 w Dąbrowie Górniczej, w: Droga do Niepodległej. Listopad 1918 w Zagłębiu Dąbrowskim, opr. D. Nawrot, Sosnowiec 2018

WYBRANE ARTYKUŁY POPULARNO-NAUKOWE
(Publikowane na łamach "Aktualności Będzińskich", "Pulsu Zagłębia", "Kuriera Literackiego" oraz "Nowego Zagłębia". Niektóre z tych artykułów znalazły się później w książce NA TROPACH LEGENDY). Z czasem większość artykułów publikowana jest najpierw tutaj na blogu, potem gdzieniegdzie (np. w "Nowym Zagłębiu") drukowana.

* Wytrawny dyplomata czy szlachecki warchoł
* Będzin, sól i arianie albo kto zabił będzińskiego plebana
* W poszukiwaniu zaginionego miasta
* Kozietulski i inni...
* Legenda Syberki
* Będzińskie lochy
* Serce Będzina
* Dźwięki starej piosenki
* Mośki, Joski i Srule w Legionach
* W poszukiwaniu korzeni
* Jak Żydzi będzińscy miasto budowali
* Jak Szymon Londner bramę rozbierał
*
**** Zamek na znaczkach pocztowych
* Kto był autorem dworca kolejowego w Będzinie?
* Z góry widać lepiej
* Jan III Sobieski w Będzinie]
* Kiedy powstała Dąbrowa Górnicza


Osobno potraktowałem artykuły z "KRONIKI POWIATU BĘDZIŃSKIEGO", według numerów:

1/2004

* Powiat będziński
* Sztetł Bendin
* Niezwykła granica
[tekst poszerzony o Post Scriptum można też znaleźć na www.miasto.org.pl]

2/2005

* Synagoga "Mizrachi" w Będzinie
* Bitwa pod Siewierzem 1289
[tekst dostępny także na www.miasto.org.pl]
* Tajemnice zamkowej góry
* Palatyna podróż przez serce Europy


3/2005/2006

* Korzenie kardynała Lustigera
* Ksiądz Mieczysław Zawadzki
* Najstarsze kościoły ziemi będzińskiej
* Sanktuarium Polskiej Golgoty Wschodu
* Opowieści starych dzwonów


4/2006

* 23 pułk artylerii lekkiej
* Szpital w Będzinie w latach okupacji
* Będzińskie piwowarstwo
* Tatary idą!
[tekst w całości wszedł do książki BĘDZIN. POCZĄTKI MIASTA]
* Nie wyjaśniona historia arian


INNE
(w tym nie wydane)

* Zespół archiwalny starostwa powiatowego w Chełmnie z lata 1920-1939, msps, Toruń 1995
* Dziedzictwo kulturowe Dąbrowy Górniczej, msps, Będzin 1996
* Czego nie widział król Kazimierz albo historia Muzeum Zagłębia w Będzinie, msps, Będzin 1996
* Zamek w Będzinie, w: Broń biała i uzbrojenie ochronne. Katalog zbiorów, Będzin 2001
* Zarys dziejów Żydów będzińskich, w: A. Szydłowski, Synagoga Mizrachi, Będzin 2005
* Działalność wydawnicza w praktyce muzealnej, msps, Kraków 2002


REDAKCJA

* "Zeszyty Zagłębiowskie", nr 3/1997, 4/1998, 5/2000, 6/.... [nigdy się nie ukazał]
* W. Stadnik, Niech przemówią kamienie, Będzin 2005
* Z. Rydel, Z Rydzem-Śmigłym i Barbarą Radziwiłłówną w tle - wspomnienia, Będzin 2006
* Będzin 1358-2008, t. I - III, Będzin 2008
* Strzemieszyce Małe. Srebrna perła Dąbrowy Górniczej, Dąbrowa Górnicza 2011

PUBLIKACJE INNYCH AUTORÓW wydane w ramach własnego wydawnictwa POSITIV znajdą się w oddzielnym wątku.

środa, 8 grudnia 2010

HEREZJARCHA

KSIĄDZ ANDRZEJ HUSZNO

[już raz o nim było na tym blogu - zobacz w etykietach: Basiula, Huszno]

O księdzu Andrzeju Huszno usłyszałem po raz pierwszy, jak tylko zacząłem się interesować historią Zagłębia Dąbrowskiego. Moją uwagę przykuło jego nazwisko - takie samo jak rodowe mojej teściowej. Do tego zawsze interesowały mnie tematy religijne... Ksiądz buntownik, heretyk - czyż to nie brzmi intrygująco?
Później kilkakrotnie stykałem się z tym tematem. pamiętam nawet, że kilka(naście) lat temu na Basiuli widziałem fragment dawnej willi ks. Huszno - w postaci ocalałego hełmu wieży. Teraz, kiedy mieszkam niedaleko tego miejsca, wszelki ślad po tym zaginął. Potem miałem odczyt na temat mniejszości religijnych Zagłębia i rozmawiałem o ks. Husznie z księdzem Kościoła Polskokatolickiego w Sosnowcu. Ale do rzeczy.

Wpadł mi w ręce rocznik wydawanego przez Husznę "GŁOSU ZIEMOWIDA". Czytam i znajduje w nim rzeczy zdumiewające. Smaczku dodaje jeszcze fakt, że moja żona idąc na slawistykę kierowała się młodzieńczo-rastafariańska chęcią poznania swoich korzeni. Potem pracę mag. pisała o związkach demonologii słowiańskiej z bajkami dla dzieci (rusałki, wodniki, te sprawy). No i teraz odkrywam niemal w swojej rodzinie kogoś o tak zdumiewających poglądach! Zachęcam do lektury - to historia taka nieodległa a tak nieznana.

Na razie tylko dwa fragmenty, ale myślę że o Husznie jeszcze trochę tutaj napiszę.

KAZANIE KS. HUSZNY NA 1-SZĄ NIEDZIELĘ ADWENTU [1925]
(czyli prawie aktualne; podaję tylko mały fragment z przypisem)

My, wyznawcy Polsko-Katolickiego kościoła nie wierzymy w to, że 19 wieków temu w Palestynie narodził się Chrystus z narodu żydowskiego, tego co był przez Rzymian pokonany i na cztery strony świata rozpędzony, ale wierzymy w to, że Jezus-światłość jest tym samym Bogiem, którego czcili nasi praojcowie Sławianie, pod imieniem Jesse*, Jeszu, Lesze, co się wykłada światłość, i wierzymy, że był on Lechitą i na lackiej ziemi się narodził, z matki Lechitki i ojca kapłana starego Kościoła, który był tym aniołem Gabryelem. A działo się to nie 19 wieków temu ale w zaraniu świata naszego, w okresie jego poczęcia przed tysiącami lat. I wierzymy w to, że Polacy dali w zeszłych światach i w tym świecie znowu dadzą nowe objawienie światu. Wierzymy w to, że z narodu polskiego przyjdzie nowy Zbawca świata, Chrystus, Król-Duch.

* Według świadectwa Długosza praojcowie nasi czcili Boga pod wezwaniem Jesse Lado, które to wezwanie tyle znaczy co Jezus Chrystus, czcili Iwana Kupałę, który to samo znaczy co Jan Chrzciciel, czcili Kraka, zwycięzcę smoka, który odpowiada Michałowi Archaniołowi. Nic też dziwnego, że Polacy z łatwością przyjęli rzymskie symbole, bo to nawrócenie równało się przejściu z jednego wyznania chrześcijańskiego na drugie, ze swoistego na obce, dając w zamian pewne atuty polityczne Sławianom. Chrześcijaństwo przeto i kult Jezusa jest naszą wiarą pralechicką a nie żydowszczyzną, jak to błędnie wszyscy dotychczas sądzą. Wcale przeto nie zbłądzimy, jeżeli wołać będziemy, Ojcze Lachów, Eli Lachów, albo Allachu, albo Jesse Lado t.j. Jezu Królu.

"Głos Ziemowida", rok II, nr 1, 1925


Pierwsze nabożeństwo ks. Huszno "pod Gruszą" (kolonia Dziewiąty w Dąbrowie Górniczej) miało miejsce 1 lipca 1923. Na zdjęciu powyżej nabożeństwo chyba nieco późniejsze, z uwagi na spory tłum wyznawców. W tle na budynku widać napis GŁOS ZIEMOWIDA.


ILE JEST KOŚCIOŁÓW POLSKICH?

(...) Kościół naprawdę Polski jest tylko jeden, a tym jest nasz Kościół w Dąbrowie Górniczej.
Dlaczego?
Bo my tylko wierzymy w Polskiego Chrystusa, w Polskę - jako Ojczyznę Chrystusa i kolebkę Jego Kościoła.
Nie uznajemy żadnej zwierzchności obcej, niepolskiej, zagranicznej nad sobą.
Żadnych też cudzych bogów nie mamy, bo wierzymy, że nasz Polski Jesse Lado czyli Jezus Chrystus jest Bogiem wszystkich ludów. (...)
My, Polacy z Ducha - jesteśmy tym prawdziwym Izraelem t.j. dziećmi Prawdy Bożej. Ojczyzna nasza - Polska jest tym prawdziwym Poale-Stanem (t.j. Palestyną) Ziemią Świętą. Wybrani z Polaków są powołani do piastowania Boga-Prawdy i niesienia tej prawdy do wszystkich krańców ziemi.

"Głos Ziemowida", rok II, nr 11, 1926

czwartek, 2 grudnia 2010

KAZIMIERZ NAD PRZEMSZĄ


Fragment witraża w kościele Świętej Trojcy w Będzinie, fot. K. Michalski

KAZIMIERZ NAD PRZEMSZĄ

No cóż, kwestia wydania mojej książki o Kazimierzu Wielkim jednak znów się oddaliła. Wydawca nie mógł przełknąć trzech fragmentów, które jego zdaniem były zbyt krytyczne wobec miasta. Cóż, miał do tego prawo, tak jak ja mam prawo do własnego tekstu. Fakt jest taki, że ja ze swej strony wywiązałem się aż zanadto (tekst w terminie, dwa różne zestawy ilustracji, kilka propozycji okładek) i mimo że książka miała się ukazać już w maju, to ja jeszcze ani razu nie widziałem nawet próbki składu - może nawet nigdy go nie było.

Miałem nawet taką przelotną myśl, żeby puścić to tak, jak drzewiej bywało, za poprzedniego jedynie słusznego systemu [... art. 2 ustawy o kontroli publikacji i widowisk, DzU, nr 20, 1981] - nie pamietam dokładnie, ale jakoś tak to leciało.

Książka się jednak tak czy inaczej ukaże. Fiasko jej wydania nie jest jedynym brakiem realizacji programu Wydawcy, jaki sobie sam uchwalił na mijający właśnie "rok kazimierzowski". Ale to już ni mój problem.

Poniżej trzy "kontrowersyjne" fragmenty, zdaniem Wydawcy zbyt krytyczne o Będzinie. Osądźcie sami:

1. Na szczycie niewielkiego, ale niemal niedostępnego wzgórza stała kamienna wieża, ze słowiańska zwana stołpem. Niemcy mówili bergfried, Francuzi donjon - ale Kazimierz nie musiał tego wiedzieć (po wielu, wielu latach nie wiedzieli tego także będzińscy urzędnicy, nazywając ją "okrągłym stołem u podstawy kwadratowym").


2. Mimo wszystko wiele osób także dziś zalicza zamek w Będzinie do szlaku orlich gniazd. Tak do sprawy podchodzą niektóre z przewodników, zresztą skoro do zamków śląskich zaliczyć go nie można (wszak stanął właśnie po to, by Polski przed Śląskiem strzec), to nie ma innego wyjścia. Z punktu widzenia miasta rzecz wydaje się zasadniczo korzystna choć i ten potencjał, jak wiele innych rzeczy, nie zostaje należycie wykorzystany. Brak przynależności do szerszych struktur (jak choćby Związku Gmin Jurajskich) owocuje także swoistym milczeniem. Przykładów nie trzeba daleko szukać: najnowszy, sześćset stron liczący przewodnik Pascala Polska na weekend Będzina w ogóle nie wymienia. A mapa zamków na Jurze Krakowsko-Częstochowskiej, w miejscu gdzie mógłby się znaleźć Będzin, zawiera... legendę, mimo że przeciwległy jej narożnik jest pusty i niewykorzystany.


3. Znaleźć tam można szczególnie opis architektury zamku oraz uwagi do hipotetycznej rekonstrukcji zamku z okresu średniowiecza, która to rekonstrukcja, w postaci trójwymiarowej wizualizacji, nie miała szans ukazać się w Będzinie.



Zamek (w tym zamek dolny) w Będzinie na witrażu w kościele Świetej Trójcy w Będzinie, fot. K. Michalski